Przewiń w lewo
Przewiń w prawo
Zwiń
Przegląd
12/2012
Marzenie o byciu razem
autor: Magdalena Legendź
Marzenie o byciu razem
foto: Maciej Stobierski

Spektakl o początkach Sosnowca budując tożsamość mieszkańców miasta, podejmuje zarazem łagodnie ironiczny dialog z tak powstającymi mitami.

Na proscenium cztery kasetony kremowych płytek ceramicznych, lekko podniesione w stronę widowni, tak aby nikt nie przeoczył, że to właśnie podstawa, na której wspiera się widowisko – źródło, z którego bierze swój początek sceniczna opowieść. Korzeniec tandemu Remigiusz Brzyk/Tomasz Śpiewak jest adaptacją pierwszej części sosnowieckiej trylogii miejskiej Zbigniewa Białasa, którego zainspirował rzeczywisty kafelek z napisem „A. Korzeniec Sosnowice” (Sosnowiec do lat osiemdziesiątych XIX wieku nosił nazwę Sosnowice) wmurowany przed progiem jednej z kamienic. Nieustannie towarzyszy on zresztą bohaterom spektaklu, już to jako trzymana w rękach płytka, już to – zamykając horyzont sceny – jako sporych rozmiarów, raz po raz spuszczany z góry, prospekt. Ten mityczny glazurnik A. Korzeniec, o którym naprawdę nic nie wiadomo, to korzenie Sosnowca w takim stopniu, w jakim jego nieoczekiwana śmierć ekscytuje wszystkich mieszkańców – miasta położonego w tzw. Trójkącie Trzech Cesarzy – a zatem ludzi różnych kultur, przynależności państwowej, narodowości, wyznań, aspiracji, marzeń i zapatrywań.
Scenografia ograniczona jest do niezbędnych elementów, choć patrząc na to, co się dzieje na scenie, trudno się opędzić od skojarzeń: „widowisko plastyczne”, tak mocno oddziałują na emocje jej elementy, zwłaszcza rekwizyty i kostiumy. Na tle tylnej ściany zagłębiowskiej sceny jest miejsce na projekcje i slajdy charakterystycznych dla miasta miejsc, poniżej piętrzy się kilka warstw worków z zaprawą do glazury. Pomiędzy nimi a proscenium jest spora przestrzeń, którą swobodnie poruszają się aktorzy przenoszący w obie strony monstrualnie powiększone stare widokówki Sosnowca. Jedne i drugie pełnią różne funkcje: określają miejsce akcji poszczególnych scen, symbolizują ruch lub upływ czasu, odwołują się do emocji lub kierują myśl widza w stronę pozascenicznych, zupełnie współczesnych wydarzeń.
Nic dziwnego, że w mieście wałkowanej przez media „sprawy matki małej Madzi”, czyli w miejscu, „w którym nic się nie dzieje”, jak mówi redaktor Walerian Monsiorski (Grzegorz Kwas, grający także tytułowego kafelkarza), zmianę scenicznych sytuacji wywołuje zjeżdżająca z góry jak deus ex machina olbrzymia płachta lokalnej gazety „Iskra”. Jej krzyczące nagłówki to zarazem kolejne etapy śledztwa prowadzonego przez policję i samego redaktora, rzekomo przybliżające widza do odpowiedzi na pytanie: kto zabił i dlaczego głowę znaleziono osobno, a ciało osobno? Ale kryminalna zagadka jest tylko pretekstem do pokazywania ludzkich historii współtworzących dzieje i współczesność Sosnowca. Zarówno rzeczywistych, przemysłowca Heinricha Dietla czy śpiewaka Jana Kiepury, jak i wymyślonych, syntetyzujących losy żołnierzy i przemytników, kobiet i handlarzy, artystów i dorobkiewiczów.
Przedstawienie zaczyna się niepostrzeżenie, jak niepostrzeżenie prowincjonalna dziura zmienia się w miasteczko, potem w miasto, a w końcu aspiruje do miana ważnego elementu przemysłowej aglomeracji. Światło na widowni nie gaśnie, trwają jeszcze rozmowy, gdy na scenę wchodzi dwóch mężczyzn. Majster z pomocnikiem zaczynają układać kafelki. Za plecami monologującego Korzeńca przesuwa się cały jego świat: żona z ramą ślubnej fotografii, kawiarniani artyści, żydowska służąca, strajkujący robotnicy. Za chwilę wybuchnie wielka wojna, ale oni tego nie zauważą, zajęci swoimi interesami, rywalizacją, bogaceniem się na handlu świniami i ludźmi… To trochę klimat jak z Wyspiańskiego: „niech na całym świecie wojna, byle polska wieś zaciszna, byle polska wieś spokojna”. Ale świat się zmienia, zaczyna się rywalizacja, może nawet coś w rodzaju wyścigu szczurów – w swoim żywiole jest Samuel Lubelski (Piotr Bułka) pracujący dla agencji emigracyjnej Maksa Weichmana, menadżer i showman, jak byśmy dziś powiedzieli. Do granicy jadą furmanki, w rękach lejce, zawieszone gdzieś pod sufitem nad widownią. Jadą szybciej, i szybciej, może na zatracenie? Jeszcze modlitwa przed drogą i słowa „niech ta historia będzie dobrze opowiedziana”.
Po scenografii słowo jest drugim zasadniczym elementem budującym przedstawienie. Rzeczywistość konstruują epickie frazy rodem z biblijnych przypowieści, przywoływanych przez sceniczne postaci kilkakrotnie, nie tylko, co byłoby naturalne, przez zadomowionych w starotestamentowym świecie żydowskich bohaterów. Manifestując epickość, twórcy spektaklu z rozmysłem próbują stworzyć mit założycielski miasta, którego zaprawą jest marzenie o wspólnocie, współistnieniu bez konfliktów i zadrażnień, oraz przekonanie, że obecność przodków i ich duchowe wsparcie towarzyszy ludzkim wyzwaniom. Przychodzą tu na myśl Umarli ze Spoon River Edgara Lee Mastersa, telewizyjne widowisko zrealizowane przez Jolantę Ptaszyńską w nieczynnej hucie „Kościuszko” w Chorzowie. Tamto przedstawienie, pokazując jednostki, mówiło o przemijaniu i okrucieństwie historii, w Teatrze Zagłębia jest odwrotnie – od nieuchronności historycznych procesów widz jest prowadzony do tragikomicznych losów poszczególnych ludzi. Twórcy zapragnęli, by dawne wydarzenia były tak żywe dla współczesnych, jak opowieści o założeniu Teb dla starożytnych Greków. Sądząc z reakcji wypełnionej po brzegi widowni, która nie musi już Ślązakom zazdrościć Cholonka – to im się udało.
Brzyk nie po raz pierwszy odkurza historyczne fakty, patrząc na nie z sympatią, lecz nie bezkrytycznie. Ciekawie zaznacza dystans do wydarzeń, wkładając w usta postaci takie słowa, jak: „za sto lat wielki polski pisarz napisze o panu książkę” albo „a ja jestem Janek Kiepura i zostanę śpiewakiem słynnym na cały świat”. Nie po raz pierwszy odnosi się też do pewnych zjawisk z dziejów teatru. To nie tylko zasługa autora, że tym razem dostajemy dialog o muchach jak z Mrożkowych Emigrantów – przezabawny, w kontekście tego, że przez pobliskie Mysłowice do Ameryki wyemigrowało w jednym tylko 1914 roku ćwierć miliona ludzi. Uśmiech zastyga na ustach dopiero wtedy, gdy w świetnym monologu Ester Pławner (debiutująca Edyta Ostojak) okazuje się, że ten american dream dla wielu, zwłaszcza kobiet, stał się snem o piekle brazylijskich burdeli. Z kolei sceny z odciętą głową przywołują skodyfikowane gesty z Hamleta, a tuż przed finałem unosi się nad aktorami duch Fredry ze swym „Zgoda! A Bóg wtedy rękę poda”. Łagodna ironia tych zabiegów jest oczywista.
Przedstawienie, jakby na przekór epickiej treści, jest niezwykle teatralne i obfituje w takie pomysły, jak rozegranie piłkarskiego meczu przy pomocy poruszających się mechanicznie aktorów, grających piłkarzyków. Ładnie też rozwiązano kwestię Trójkąta Trzech Cesarzy: trzech żołnierzy o imionach Mikołaj, Franz i Wilhelm w niemal identycznych mundurach, beznamiętnie podnosząc i opuszczając graniczny szlaban (tu kłania się Mrożkowy Dom na granicy), martwi się, że podczas wojny nie będzie można rozpoznać, kto swój, a kto wróg. Świetne są również sceny z Doktor Mojkowską (Ewa Kopczyńska) badającą przyszłych emigrantów: stoi na stołku z wyciągniętą do góry ręką w geście Statuy Wolności i oświetla gardło każdemu podchodzącemu, wypowiadając przy tym słowa: „Ameryka nie przyjmuje każdego”.
Ten odwieczny polski motyw – zostać czy wyjeżdżać – przewija się przez cały spektakl, wskazując, jak trudny w realizacji jest ideał wielokulturowości. Marzenie o byciu razem jest raczej życzeniem reżysera, a nie scenicznych postaci! Antonina (Agnieszka Bieńkowska), właścicielka świńskiego interesu, marzy tylko o lepszym życiu dla córki. Jak wszyscy tutaj. Oni są razem, bo tak wyszło, tak powiał wiatr historii – to wyraziście wynika z monologów „obcych”: fińskiej guwernantki Emmy (Agnieszka Okońska) i żydowskiego aptekarza Kerszenblata (Wojciech Leśniak, bardzo dobry także jako kolejarz Ociepa i rzeźnik Goździk).
Trzeba przyznać, że młody w większości zespół aktorski stanowi zgrany team, nikt bez potrzeby nie wybija się na pierwszy plan, bo nie o to chodzi. Postaci zostały przyzwoicie zarysowane wokół jednego, dwóch gestów, min, zachowań, sposobów mówienia. Tu łyżka dziegciu – wszystkie monologi były ciut za długie, nieco męczące dla nie-sosnowiczanina. Bez szkody dla postaci i całości spektaklu można było je skrócić. Może dlatego niezła dramaturgia i tempo siadły nieco w drugiej części. Ratowała je muzyka, pełna miejskich dźwięków, nostalgiczna i ekspansywna zarazem.
Jaki z tego morał – jak zapytaliby przed wiekiem nauczyciele w Sosnowcu i nie tylko? Nie bardzo wiadomo, bo choć spiskowa teoria w wyjaśnianiu zbrodni wzięła w łeb, finał nie wybrzmiał za mocno. Jakiś łatwy optymizm czuje się w tym, że portret cara zastąpił polski orzeł, a nad byłymi szwarcownikami z biało-czerwonymi opaskami i w galowych czapkach górniczych unosi się piosenka „bo ta jedyna”… czyli kto: Ester Pławner? Zofia Korzeniec? Polska?
 

Teatr Zagłębia w Sosnowcu
Korzeniec Zbigniewa Białasa
adaptacja i dramaturgia Tomasz Śpiewak
reżyseria Remigiusz Brzyk
scenografia Remigiusz Brzyk, Tomasz Śpiewak
premiera 26 maja 2012
 

Komentarze
W najnowszym numerze
„Teatr. Krytycy” tom 2

„Teatr. Krytycy” tom 1

http://polskidramat.pl/centrumsztukitanca.eu


Nasz serwis korzysta z plików cookies zgodnie z polityką prywatności i plików cookies [dowiedz się więcej]. Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym lub ich usunięcie możliwe jest po właściwym skonfigurowaniu ustawień przeglądarki internetowej. Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może spowodować utrudnienia lub brak działania niektórych funkcji serwisu. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie.

Zamknij