Przewiń w lewo
Przewiń w prawo
Zwiń
Przegląd
4/2013
W służbie teatru?
autor: Małgorzata Piekutowa
W służbie teatru?
foto: Marta Ankiersztejn

To przedstawienie, a nie tekst Krasińskiego, jest serią niezrozumiałych, retorycznie nieskutecznych obrazów.

 

Zdarzyło się kilkanaście lat temu. Wraz z przyjaciółką gościłam w pewnym teatrze, na scenie wielki dramat romantyczny. Przedstawienie, oględnie mówiąc, nieudane. Po spektaklu, przy stoliku w teatralnym bufecie, zapadła mordercza cisza. Wobec życiowego i zawodowego dorobku reżysera byłyśmy po prostu smarkate; zresztą świadomość, ile wysiłku wymaga przygotowanie słabego przedstawienia, odbierała odwagę ostrych wypowiedzi. Z drugiej strony wszystkie te konwencjonalne wytrychy, że przedstawienie „interesujące”, wydawały się rozwiązaniem obraźliwym. Uciekałyśmy wzrokiem, licząc wzajemnie, że ta druga powie coś, co uratuje wieczór. Z pomocą pośpieszył sam reżyser: „To jest taki służebny teatr…”. „Służebny – podchwyciła przyjaciółka – bardzo, bardzo służebny”.
Teatr Polski w Warszawie to wyzwanie, nie przeczę. Stuletni Teatr Polski i oblig jubileuszowego przedstawienia to wyzwanie stukrotnie trudniejsze. Nie sądzę wszakże, by Andrzeja Seweryna satysfakcjonowała pochwała za odwagę wystawienia Irydiona.
Wszystko zaczyna się od określenia tekstu. Wychodzę z teatru z przeświadczeniem, że ta historia została bardzo źle opowiedziana; tylko wątek katakumbowy nie budzi wątpliwości. A przecież – zdaje się – ze sceny padają kwestie niezbędne do poskładania fabuły. W dodatku reżyser ułatwia jak może, dając przy okazji świadectwo kompletnej niewiary w jakość klasycznej edukacji Polaków: tekst oczyszczono z latynizmów, tak u Krasińskiego licznych; pozostał tylko „Pater Noster”, ale już „kości zostają rzucone” po polsku. (Nie czepiam się, te posunięcia są dopuszczalne, Seweryn niczego nie dopisał, po prostu skorzystał z autorskich przypisów). Mimo to wciąż nic nie rozumiem; zdobywam się na to wyznanie tym śmielej, że nic nie zrozumiał też Paweł Goźliński („Gazeta Wyborcza”), a przecież polski dramat romantyczny to jego domena.
Tymczasem Krasiński opowiedział, co zobaczył w wyobraźni, w ruinach Koloseum, posługując się bardzo precyzyjną, jasną, przemyślaną konstrukcją, gdy idzie zarówno o postaci, jak i dramaturgię. Oto Sygurd-Irydion, półkrwi Grek, wychowany w dwóch religijnych rzeczywistościach: bogowie jego ojca nie byli bogami jego matki. Z drugiej strony Rzymianin, cesarski konsul, Aleksander; Mammea, matka, coraz skuteczniej popycha go ku chrześcijańskim katakumbom. Mentorem Irydiona jest Masynissa, Aleksandrowi doradza Ulpianus. Irydion i Aleksander mają wspólny cel – pokonać Heliogabala, cezara-tyrana, i zdobyć władzę nad centrum, nad Rzymem; różnią ich wszakże motywacje i środki, których są skłonni użyć dla osiągnięcia celu. Ta konstrukcyjna symetria antypodów jest wprost uderzająca; na niej opiera się cała pierwsza część dramatu, która jest fantastycznym politycznym thrillerem. Krasiński po mistrzowsku posłużył się starym gatunkiem. Wszystko tu jest: pozyskiwanie sprzymierzeńców, sojusze pozorne, podstęp, negocjacje otwartym tekstem i między słowami, gry doradców. To wcale nie jest „zawikłany labirynt obrazów zamkniętych w retorycznych formułach” (w tym punkcie nie zgadzam się z Goźlińskim), to jest scenariusz dla Hollywood, bardzo sprawnie opisujący mechanizmy walki o władzę.
Za to na scenie Polskiego cienia nerwu i napięcia. Słyszę, ale nie rozumiem, co mówią aktorzy; rzecz nie w złej dykcji, dykcja w porządku. Teatralne rozwiązania co i rusz rodzą wątpliwości i opór. Rzymskie zepsucie ma karykaturalną postać; nie budzi wstrętu, raczej rozbawienie. Dlaczego Irydion (Krzysztof Kwiatkowski) prowadzony jest przed oblicze Heliogabala (Krystian Modzelewski) jako więzień? – domyślam się intencji reżysera, który najpewniej chce udobitnić, że strach przed skrytobójstwem nakręca cesarską paranoję, a Irydion budzi w cezarze lęk; mimo to pomysł wydaje mi się nietrafny. Dlaczego Elsinoe (Anna Cieślak), u Krasińskiego okazująca Heliogabalowi zimną wzgardę (czym niezwykle skutecznie onieśmiela, równocześnie wzmagając pożądanie), u Seweryna posuwa się do ostrej seksualnej prowokacji (pewno chce cezara bardziej ukarać)? Tak zachowuje się nieszczęsna dziewica, z nakazu brata stręczona odrażającemu despocie? (Trudno zresztą zrozumieć, dlaczego cezar po prostu nie skorzystał z zaproszenia). Wreszcie pojawia się sugestia, że Irydiona i Elsinoe łączy więcej niż bratersko-siostrzana więź; w ten oto sposób rzeczywistą drastyczność sytuacji, tak przejmująco zaprojektowaną przez Krasińskiego, biorą diabli. Nic dziwnego, że cała ekspozycja, zamiast zaciekawiać, charakteryzować bohaterów i wprowadzać w przebieg zdarzeń, co najwyżej wywołuje dysonans poznawczy.
Teatralnym sytuacjom towarzyszą dźwięki na żywo; w pierwszej części to dość stereotypowa próba rekonstrukcji muzyki „antycznej” – zamiast tła buduje przestrzeń alternatywną; alternatywną to znaczy: niezintegrowaną. Za dużo bodźców, które w sumie nie tworzą sensu, więc natrętnie powraca marzenie o ciszy. To przedstawienie, a nie tekst Krasińskiego, jest serią niezrozumiałych, retorycznie nieskutecznych obrazów.
Są jednak grzechy o niebo cięższe. W adaptacji, w pierwszej części, stanowczo brakuje Aleksandra (Maksymilian Rogacki), przez co konstrukcję trafia szlag, a konflikt staje się mniej zrozumiały. No a przede wszystkim pozostaje podstawowe pytanie: kim jest Irydion? Nie wiem. Co nim powoduje? Nie wiem. Kim byli jego rodzice? W co wierzy? Chce dobić upadające imperium – ale po co? Po paru minutach, kiedy aktor oswoi szeleszczenie polszczyzny, kwestie Irydiona płyną gładko; czas mija i tekst też mija. U Krasińskiego, jakkolwiek młody i niepewny, jakimkolwiek poddawany podszeptom, przymusom i presjom, Sygurd-Irydion-Hieronim jest mężczyzną. Prawda, zaślepionym przez nakaz zemsty, moralnie kompletnie zwichrowanym, w gruncie rzeczy religijnie niezakorzenionym – ale jednak mężczyzną. Pół Grekiem, pół barbarzyńcą wykarmionym nienawiścią do Rzymu. U Seweryna w ogóle nie ma Sygurda, a Irydion-Hieronim jest młodzieńcem bez właściwości. Być może brak mu przewodnika. To jest bowiem największa tajemnica przedstawienia w Teatrze Polskim: gdzie się podział Masynissa (Jerzy Schejbal)? Zły duch i główny rozgrywający przepadł wcześniej, niż chciał autor. A przecież, jeśli wytężyć wzrok, można dojrzeć, że przechadza się po scenie, a nawet przybiera napoleońskie pozy. I co z tego? Jest, ale go nie ma, a demona w nim tyle, „ile trucizny w zapałce”.
W przedstawieniu ocalały katakumby: rozumiem mechanizm neofickiej podatności na herezje, wiem, skąd pokusa wykorzystania labilności sekty i na czym polega niebezpieczeństwo religijnej egzaltacji; na przeciwnej szali niezachwiana pewność prawdziwej wiary i polityczna mądrość hierarchii. Widać, że te wątki Seweryn po prostu czuje.
Kornelia (Marta Kurzak) umiera, biskup (Olgierd Łukaszewicz) przywraca ład i pora na rozstrzygające starcie. Muzyczna rekonstrukcja przechodzi w zgrabną, niedosłowną imitację odgłosów walki; scenę wypełnia dym; usta i ciała wojowników kłamią. Patos jest piekielnie trudną formą; między wzruszeniem, które czasem wywołuje i śmiesznością, którą często wzbudza, przebiega najcieńsza z możliwych granic. Kiedy na finał z głośników zabrzmi głos Seweryna deklamującego mesjanistyczną puentę, czuję ulgę; wreszcie słyszę dobrze podany tekst.
Zaczęłam od osobistego wtrętu, to i zaokrąglę. Zdarzyło mi się żyć z „wewnętrznego” recenzowana scenariuszy filmowych. Po pewnym czasie wypracowałam własne kryterium oceny, nigdy mnie nie zawiodło. Scenariusz przechodził wstępną selekcję, jeśli bez mozołu wypełniałam pozycje „krótkie streszczenie” i „konstrukcja dramaturgiczna”. (Innymi słowy, kluczowe było, na ile prosto da się odpowiedź na pytania „o czym?” i „jak?”.) Irydiona potrafię streścić bez trudu, a jego konstrukcja nieodmiennie mnie zachwyca; przenikliwość i erudycja niewiele ponad dwudziestoletniego autora nie mieści mi się w głowie. (Żeby było jasne: polski mesjanizm uważam za ciężką herezję).
Nie sądzę, by dla skutecznego odbioru dzieła konieczna była świadomość ojcowsko-synowskich napięć w rodzinie Krasińskich w kontekście powstania listopadowego. Nie oczekuję, że Irydion powie coś na temat „aktualnej tożsamości narodowej” (bo po prostu jest elementem narodowej tożsamości) albo „polityki polskiej” – choć z cytatów bez trudu dałoby się zestawić pożyteczny samouczek dla członków partyjnych młodzieżówek, w formie, powiedzmy, tomiku aforyzmów. W 1913 roku dla realizatorów i widzów Irydiona znaczenie miało nieodległe sąsiedztwo Pałacu Namiestnikowskiego, dziś może należałoby rozegrać dramat w murach Kremla albo w biurowcu jakiejś korporacji; wszystkie te warianty potencjalnie zawarte są w tekście dramatu, jak w każdym klasyku. Tymczasem, ku mojemu zdumieniu, w popremierowych relacjach, jakby w trybie usprawiedliwienia dla reżysera i teatru, parokrotnie sformułowano niewiarę w tekst Krasińskiego. To znaczy, że za każdą porażkę szekspirowskiej realizacji odpowiedzialny jest Szekspir? Nie strzelajmy sobie w kolano, bo logicznie następnym pytaniem będzie: po co nam teatr?
 

Teatr Polski w Warszawie
Irydion Zygmunta Krasińskiego
adaptacja i reżyseria Andrzej Seweryn
współpraca literacka Anna Skuratowicz
scenografia Magdalena Maciejewska
kostiumy Dorota Kołodyńska
światła Jacqueline Sobiszewski
muzyka Olo Walicki
ruch sceniczny Leszek Bzdyl
premiera 29 stycznia 2013
 

Komentarze
W najnowszym numerze
„Teatr. Krytycy” tom 2

„Teatr. Krytycy” tom 1

http://polskidramat.pl/centrumsztukitanca.eu


Nasz serwis korzysta z plików cookies zgodnie z polityką prywatności i plików cookies [dowiedz się więcej]. Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym lub ich usunięcie możliwe jest po właściwym skonfigurowaniu ustawień przeglądarki internetowej. Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może spowodować utrudnienia lub brak działania niektórych funkcji serwisu. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie.

Zamknij