Przewiń w lewo
Przewiń w prawo
Zwiń
Przegląd
5/2013
Poczet według profesora Pimko
autor: Jacek Cieślak
Poczet według profesora Pimko
foto: Agencja Gazeta

Poczet Królów Polskich Krzysztofa Garbaczewskiego to dziwne pomieszanie odważnego pomysłu z reżyserską pychą i płyciznami plakatowego tekstu.

 

Inauguracja dyrekcji w Starym Teatrze to jednak brzmi dumnie. Nowy tandem dyrektorski w osobach Jana Klaty i Sebastiana Majewskiego, który odniósł sukces na krakowskiej scenie Narodowej Trylogią, Weselem hrabiego Orgaza i Koprofagami, scedował trudne zadanie na Krzysztofa Garbaczewskiego. Pewnie również dlatego, że Klata od dawna był już umówiony na premierę Hamleta w Bochum i swój pierwszy pełny sezon otworzy dopiero we wrześniu Drogą do Damaszku Augusta Strindberga.

 

Nienazywalne
 

Wybór Garbaczewskiego to jasne nakreślenie linii artystycznej teatru: Stary ma być nowoczesny, a nawet obrazoburczy, by zmuszać do myślenia, bo taki był za najlepszych czasów Konrada Swinarskiego. Problem polega na tym, że Garbaczewski Swinarskim nie jest. Z etykietką „młodego zdolnego” i z mocno zarysowanym pomysłem na własny teatr w gatunku niejednoznacznych instalacji, od dłuższego już czasu stoi w przedsionku do scenicznej sławy. Poczet na pewno go stamtąd nie wyprowadzi.
Garbaczewski wystartował mocno, między innymi Opętanymi wg Gombrowicza w wałbrzyskim teatrze kierowanym wówczas przez Majewskiego. Zdefiniował wtedy na nowo młodego współczesnego polskiego bohatera. Takiego, który – wbrew romantycznej tradycji – nie ma już czysto szlacheckich bądź inteligenckich korzeni, bo w wyniku kataklizmu wojny, a i PRL-u, stał się mieszańcem z poczuciem mocno zakłóconej tożsamości. Musi ją dopiero na nowo definiować. Z kolei opolska Odyseja akcentowała konflikt z rodzicami, w szczególności z pokoleniem ojców. Zaś wrocławskie Biesy w sugestywny sposób pokazywały, że dla niektórych dzieci od komunizmu mógł być gorszy koszmar życia w katolickich, solidarnościowych rodzinach. Bywa, przekonywał Garbaczewski, że dla nich równie totalitarnych i opresyjnych jak PZPR, SB czy Układ Warszawski dla dorosłych.
Gdy Garbaczewski wyreżyserował w Nowym Teatrze Życie seksualne dzikich, pojawił się w jego pracach nowy, futurystyczny ton. Starsi kompletnie nie rozumieli „kilobajtów kontentu” atakującego ich zmysły poza dającymi się opisać kategoriami zdrowego rozsądku – mającego źródło w chaosie Internetu. Pokazującego narodziny nowego człowieka – działającego na zasadzie impulsów, bodźców, tak jak ludzie pierwotni w czasach, gdy naszej świadomości nie ukształtowała cywilizacja i religia monoteistyczna. Młodzi potraktowali spektakl jak totem i obwołali reżysera prorokiem ponowoczesności, który próbuje portretować w otwarty, skojarzeniowy, emocjonalny sposób formę, w jakiej płynie ich czas i kształtuje się ich egzystencja. Głównie zaś to, czego w swoim życiu nie potrafią lub nie chcą nazwać.

 

Bękarty wojny
 

Uwerturę Pocztu Królów Polskich stanowiła poznańska Balladyna Garbaczewskiego, oparta na wątkach Słowackiego, ale mutująca w stronę przyszłości. Scenariusz spektaklu, napisany przez Marcina Ceckę, sytuował bohaterów nie w mitycznej, przedpiastowskiej przeszłości, tylko w laboratorium genetycznym.
Poznański projekt jest również autoteatralny. W jego drugiej części za sprawą chwytów niszczących iluzję spektaklu dokonuje się ostentacyjne zerwanie z historią. Jednocześnie zostaje przedstawiony manifest nowego bohatera, który żyje w oderwaniu od dawnych płciowych „schematów”, przede wszystkim zaś narodowej tradycji. Ten wątek Balladyny został zwieńczony prowokacyjną pointą. Oto popularne w czasach zaborów hasło „Naród sobie”, zdobiące liczne świątynie sztuki narodowej, również Teatr Polski w Poznaniu, zostało zapisane na nowo literami gotyckiego alfabetu. Dokładnie tak, jak nad bramą obozu zagłady w Auschwitz, zapisali swoje „Arbeit macht frei”, adresowane do prowadzonych na śmierć więźniów, niemieccy naziści. To moralne nadużycie nie brało się, jak sądzę, z historycznej niewiedzy, ale z cynicznej kalkulacji, której autorem jest Garbaczewski oraz jego teatralne kombo. Naturalnie: warto prowokować! Kiedy jednak porównania mieszają czasy i porządki, katów i ofiary, równając „polskie piekło” z prawdziwym piekłem III Rzeszy, zaczyna rządzić zwykła naiwność. Zamiast więc oburzać się takimi ekscesami, proponuję okazać wobec autorów pobłażliwość, jaką mamy wobec dzieci. Bo też reżyser, który używa podobnych znaków, na własne życzenie wchodzi w rolę sztubaków z Ferdydurke. Pupa, pupa! Przyprawił ją sobie sam reżyser, skandalem niszcząc wartość intrygującego spektaklu.
Z tak bezsensowną prowokacją na koncie, Garbaczewski przystąpił w Krakowie do rozrachunku z symbolem polskości, czyli Wawelem, gdzie bije serce narodu – pokazane zresztą na scenie. Zawsze warto iść tropem Wyspiańskiego, to niezwykle inspirujące. Warto, gdy ma się coś oryginalnego do powiedzenia na temat narodowej historii, która idealizuje przeszłość, zasłaniając ból, małość i zbrodnie. Garbaczewski jednak nic oryginalnego do powiedzenia nie ma.
Początek jego spektaklu wpisuje się w modną ostatnio konwencję narodowego thrillera, którego bohaterami są kąsające nas wampiry patriotyzmu. Kontynuując teatr instalacji, Garbaczewski posadził nas przed ekranem zasłaniającym scenę Kameralnego. Na ekranie pokazał to, co dzieje się w teatralnej piwnicy, w przewrotny sposób grającej podziemia królewskiej krypty. Pośród kościotrupów, pomiędzy trumnami, siedzi, duma i monologuje Hans Frank, szef Generalnej Guberni (Krzysztof Zarzecki) – w smokingu, z podgoloną głową, opłakujący los prawdziwego Germanina, rzuconego w chaos słowiańszczyzny. Wystarczy chwila nieobecności wiernego sługi Hitlera, by wywleczone do połowy ciała polskich królów ożyły. Przywołując chętniej pseudonimy i przydomki niż rodowe nazwiska, jak to w polskiej konspiracyjnej tradycji bywa, trupy zawiązują spisek. Koronacyjny, bo oto król Stanisław August rwie się znowu do władzy, by wyzwolić w nas obywateli. Generalnie jednak chodzi o ocalenie, zrabowanych przez nazistów, naszych dóbr kultury, czyli arrasów…
Ten wyjściowy pomysł na narodową groteskę w kolejnych odsłonach żywi się przebieranką i qui pro quo, jakie oglądaliśmy choćby w Bękartach wojny Tarantina. Nasi królowie i królowe, bądź też, jak kto woli, grający ich aktorzy Starego, wchodzą na wawelskie pokoje, gdzie odbywa się bal i udają tych, którymi nie są, by uśpić czujność wroga. Z czasem ich cel główny, czyli dobro zbiorowe, zostaje zapomniany, a w działaniach postaci bierze górę piekło rozliczeń, pretensji i żalów. Kilkuminutowa uwertura kończy się więc falstartem, po którym wszystko zapada się w chaos i bełkot.

 

Zgińmy jak Wieleci
 

W konwencji filmu Tarantina grany jest też początek drugiego aktu. Lepszego, także dlatego, że Garbaczewski odstawia kamery i pozwala oglądać aktorów w żywym planie. Oto Hans Frank w kiczowatej, glamowej koszulce ze złotymi guzami i trupią czaszką, dialoguje z Władysławem Jagiełłą (świetny Roman Gancarczyk), który udaje stereotypowego wykształconego Niemca, grającego na fortepianie, niestety, mylącego co chwilę miejsce urodzenia i akcenty. Frank nie jest tak inteligentny jak pułkownik Hans Landa, Tarantinowski łowca Żydów i spiskowców Christopha Waltza, ale Gancarczyk w złotej koronie, operujący tradycyjną, farsową konwencją gry, tworzy jeden z nielicznych atrakcyjnych dla widza fragmentów widowiska. Przewraca oczami, mruga do nas, rozpisując farsę na wiele aktorskich planów. Gra smutny finał polsko-niemieckiej historii, w której dawna wielkość Rzeczpospolitej zmalała do wymiaru cwaniactwa rodem z wojennych komedii oraz bohaterstwa w stylu Franciszka Dolasa z Jak rozpętałem II wojnę światową.
Z czasem znowu wychodzi na wierzch przypadkowość scenariusza, który zamiast stać się autonomicznym dziełem i w oryginalny sposób rozwijać motywy, wyłącznie na nich wegetuje. Poza Bękartami wojny ich źródłem jest przede wszystkim powieść Łaskawe Jonathana Littella, której rozbudowane fragmenty rozgrywają się na Wawelu. Ich głównym bohaterem jest właśnie Frank, owładnięty obsesją eksterminacji ras innych niż nordycka i pozostawienia ich wyłącznie w śladowej reprezentacji. Frankowi marzy się na przykład ogród zoologiczny dla Słowian. Wątek nazistowskich paranoi u Garbaczewskiego odzywa się przede wszystkim w poszukiwaniu nordyckich korzeni piastowskiej dynastii, która jako dynastia słowiańska nie potrafiłaby, według Niemców, stworzyć państwa. Mamy więc Henryka Pobożnego i innych słynnych przedstawicieli linii kujawskiej, reprezentowanej przez Władysława Łokietka i jego syna Kazimierza Wielkiego.
W rolach królów występuje znakomity zazwyczaj Krzysztof Zawadzki. Tekst, jaki otrzymał do zagrania, nie daje mu jednak żadnej szansy na jakąkolwiek kreację. Na dodatek Garbaczewski zaproponował aktorowi cyrkowy paradoks: bycie twarzą w zbliżeniu kamery, dla której jest statywem. Kamerę zamontowano bowiem na wysięgniku opierającym się na klatce piersiowej aktora. Monologi Zawadzkiego są tyleż ironiczne wobec niemieckiej koncepcji polskiej historii, co nudne, mimo dużej dynamiki i ekspresji. Ujawnienie kulis transmisji obrazu na ekranie, gdy Zawadzki wychodzi na proscenium, ma znaczenie wyłącznie formalne. Widzowie oglądają nowy narracyjny gadżet reżysera.
O teorii nordyckiego najazdu, który rzekomo stał się fundamentem polskiej państwowości, pisała również profesor Maria Janion, a z jej książki Niesamowita Słowiańszczyzna: fantazmaty literatury zaczerpnięty został kolejny „obrazoburczy” motyw scenariusza o dramacie naszych praprzodków, który wiązał się z przyjęciem chrześcijaństwa. Sądzę, że Garbaczewski zainspirował się książką Janion, bo dostarczyła mu ona solidnej porcji argumentów w walce z Kościołem, chrześcijaństwem, katolicyzmem. Szkoda jednak, że pozostał wobec Słowiańszczyzny całkowicie bezkrytyczny. Janion wylicza zabójcze skutki przyjęcia chrześcijaństwa przez Polaków, w ogóle jednak nie pyta o to, czy dla Niemiec lub Rusi Moskiewskiej też stało się ono źródłem nieszczęść. Trudno też dociec, dlaczego Polacy mieliby iść samobójczą drogą Wieletów i Obodrytów, po których zostały tylko słowiańskie nazwy. Wątek ten reprezentowany jest w spektaklu przez postać nazwaną Maryją Królową Polski. Zyskała ona szyderczą oprawę, powstałą z połączenia korony i rogów, typowych dla przedchrześcijańskich kultów myśliwskich, w popkulturze prezentowanych w pogańskiej wersji Robin Hooda pod hasłem „Herne Protect Us”. W końcu, jako postać Słowiańszczyźnie obca, Maryja zaczyna mówić po niemiecku i zlewa się w jedno z żoną Franka – Marią Brigitte.

 

Strzał w stopę
 

Może i twórcy spektaklu wiedzą, o co chodzi w tym postdramatycznym bigosie, niedoprawionym, nieodstałym, zmontowanym z odpadów różnych idei. Zwykły widz może jednak nie nadążyć za ich skojarzeniami. Nie wiadomo, dlaczego na głównego bohatera i patrona młodej Polski wyrasta na przykład Władysław Warneńczyk (Wiktor Loga-Skarczewski). Pewnie ze względu na swoją seksualną legendę i gejowski bądź biseksualny sekret. Nie trzeba być zajadłym homofobem, by uznać to za bezsensowną uzurpację. Jest jakiś idiotyzm w stylu „na złość matce Polce odmrożę sobie uszy” i kreowaniu na patrona młodych Polaków nieudacznika, ofiary własnej lekkomyślności, jaką był Władysław III. Czy nie było innych, lepiej zorganizowanych średniowiecznych gejów?! I dlaczego właśnie gejów? Poza brakiem oryginalności scenariusza i jego bełkotliwą konstrukcją dokucza także minoderyjność dialogów. Ta napuczona pseudonaturalność szeptanych rozmów! Te rzekomo zmysłowo przyciszone głosy transmitowane przez mikroporty! Ta nie dająca się w końcu znieść grafomania! I manifesty buntu – nazbyt łatwe, dające się przewidzieć, nudne i bezpieczne. Poczucia żenady nie ratują nawet te sekwencje spektaklu, które jawnie wyłamują się z ideologicznych schematów, jak choćby scena, w której Henryk Walezy (Adam Nawojczyk) szydzi ze słabości polskiego designu…
Poczet niesie w sobie potencjał na przedstawienie mocne, szydercze, odważne, niebanalne. A przynajmniej ironiczne i przewrotne, jak finał spektaklu, w którym wielowiekowa narodowa trauma kompensowana jest współczesną wersją propagandy, czyli alternatywną historią kreowaną przez serial lub kino. Oto Władysław Jagiełło, zwycięzca bitwy pod Grunwaldem, mści krzywdy Polaków doznane w czasach II wojny światowej, strzelając do Hansa Franka i jego żony Marii Brigitte. Strzela do nich jak Hans Kloss ze Stawki większej niż życie. Niestety na nic więcej Garbaczewskiego nie stać. Reżyser strzela sobie w stopę, a patronem jego kulawego spektaklu jest ewidentnie książę Władysław Laskonogi.
 

Narodowy Stary Teatr w Krakowie
Poczet Królów Polskich
reżyseria i scenografia Krzysztof Garbaczewski
dramaturgia Agnieszka Jakimiak, Marcin Cecko, Sigismund Mrex, Szczepan Orłowski
scenografia, wideo, światło Robert Mleczko
kostiumy Svenja Gassen
muzyka Anna Zaradny
wideo Marek Kozakiewicz
prapremiera 23 marca 2013
 

Komentarze
W najnowszym numerze
„Teatr. Krytycy” tom 2

„Teatr. Krytycy” tom 1

http://polskidramat.pl/centrumsztukitanca.eu


Nasz serwis korzysta z plików cookies zgodnie z polityką prywatności i plików cookies [dowiedz się więcej]. Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym lub ich usunięcie możliwe jest po właściwym skonfigurowaniu ustawień przeglądarki internetowej. Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może spowodować utrudnienia lub brak działania niektórych funkcji serwisu. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie.

Zamknij