Przewiń w lewo
Przewiń w prawo
Zwiń
Przegląd
6/2013
Baśń polityczna
autor: Jolanta Kowalska
Baśń polityczna
foto: Krzysztof Bieliński

Spektakl Olsten to nie thriller, ale baśń polityczna: historia zamiast toczyć się wartko po koleinach intrygi, niespiesznie sączy się przez sekwencje obrazów o wielkiej urodzie plastycznej.

 

Przez długi czas niewiele się dzieje. W mroku na scenę wbiegają trzy dorodne psy. Na podłodze, w skąpym świetle rysuje się sylwetka leżącej kobiety, nieopodal siedzi mężczyzna. Przez jakiś czas obserwujemy wspólne trwanie ludzi i zwierząt. Niby nic nadzwyczajnego, lecz przestrzeń coraz intensywniej nasyca się treścią ich wzajemnych relacji. Scena, jak zwykle w spektaklach Agnieszki Olsten, wydaje się większa niż w rzeczywistości. Rysująca głęboką perspektywę platforma zbita z gładkich, jasnych desek robi wrażenie przestronnej, a jednak obecność psów sprawia, że ta przestrzeń się kurczy – człowiek nie jest tu suwerenem, nie ma pełnej kontroli nad sytuacją. Czworonogi biegają beztrosko, merdają ogonem, czasem – zaciekawione – zbliżają się do widowni, która jest na wyciągnięcie ręki. Kobieta prowadzi z nimi dialog w niejasnym narzeczu, choć może to zaklęcia jakiegoś tajemnego rytuału.
W tym obrazie jest coś fascynującego. Trwa kwadrans, może dłużej, czyli całą teatralną wieczność, lecz bynajmniej się nie dłuży. Najbardziej intryguje jego niejednoznaczność. Można odnieść wrażenie, że oglądamy jakiś wycinek życia – wiadomo przecież, że zwierzęta to najbardziej niebezpieczni dywersanci fikcji, ich obecność z miejsca kompromituje jakąkolwiek umowność. Ale ten obraz jest również kreacją, przede wszystkim niezwykłym pejzażem dźwiękowym, w którym naturalne i sztuczne brzmienia, efekty i odgłosy życia budują muzyczny kosmos, jakby wyjęty z wyobraźni dźwiękowej Heinera Goebbelsa. Kolejna rzecz, która przykuwa uwagę, to niepokojące detale: spomiędzy wygiętych jakąś odśrodkową siłą desek wyzierają kamienie, mchy, gdzieniegdzie widać plamy krwi. To świat podszyty nadciągającą rebelią, być może za chwilę natura rozsadzi ściany i w domu ze starannie wyszorowaną białą podłogą zapanuje chaos. Nad pogodnym prologiem do spektaklu ciąży cień apokalipsy.
Apokaliptyczną wizję buduje też Olga Tokarczuk w powieści Prowadź swój pług przez kości umarłych, będącej podstawą fabularną przedstawienia. Oto górskim odludziem wstrząsa seria tajemniczych morderstw. Dziwnym trafem ich ofiarami padają wyłącznie zapaleni myśliwi. Janina Duszejko, samotniczka prowadząca prywatną wojnę z polowaniami, propaguje teorię, że owe zbrodnie mogą być dziełem zemsty zwierząt za krzywdy współbraci. Tę hipotezę zdają się potwierdzać okoliczności morderstw, którym towarzyszyły zawsze jakieś zwierzęce ślady. W gardle pierwszego denata na przykład znaleziono kość upolowanej sarny, którą przed śmiercią spożywał nieboszczyk.
Kości w książce Tokarczuk są sygnaturą śmierci i odwetu, ale też ustanawiają kod symboliczny, w którym ogniskuje się konflikt moralny pomiędzy kluczowym dla chrześcijańskiej etyki zakazem zabijania a masową rzezią zwierząt. Ów konflikt, rozpoznawany jako defekt dzieła Stworzenia, bywał już przedmiotem krytycznej refleksji w polskiej literaturze. Stefan Themerson poświęcił mu nieco zapomnianą dziś jednoaktówkę Kość w gardle, w której obnażał hipokryzję religii i kultury, produkujących moralne alibi dla ludzkich sumień. Ostatecznie jednak uznał ową sprzeczność za nierozwiązywalną. Książka Olgi Tokarczuk idzie nieco dalej, na jej kartach dochodzi do metafizycznej awantury. Kościół katolicki jest w niej demaskowany jako ostoja i moralny żyrant wielkiej hekatomby zwierząt, porównywalnej z Zagładą. Chrześcijańskiej wizji świata, instrumentalizującej naturę jako najpośledniejsze ogniwo hierarchicznego porządku, usankcjonowanego przez święte księgi, powieść przeciwstawia projekt alternatywnej kultury duchowej, budowanej na empatii. Kosmos przypomina tu gnostycką maszynerię, którą budowniczy zostawił samej sobie, nie troszcząc się o skutki własnych błędów. Sfuszerowane dzieło Stwórcy pragnie naprawić samotna ekoterrorystka, Janina Duszejko. Sęk w tym, że planując serię morderstw na myśliwych, chce płacić przemocą za przemoc. Jej desperacka pedagogika, budowana na strachu potencjalnych ofiar, jest więc co najmniej dyskusyjna.
Agnieszka Olsten i dramaturg Igor Stokfiszewski nieco inaczej wyważyli akcenty. Czyny bohaterki nie uchodzą w spektaklu płazem, jak w książce. Finał, w którym kieruje broń w kierunku psa, wydaje się raczej gestem tragicznej desperacji. Reżyserka nie skorzystała z kostiumu gatunkowego powieści Tokarczuk – to nie jest thriller, lecz baśń. Baśń niewątpliwie polityczna, choć małomówna, bo tekstu jest tu niewiele: historia zamiast toczyć się wartko po koleinach intrygi, niespiesznie sączy się przez sekwencje obrazów o wielkiej urodzie plastycznej. Zapada w pamięć opis kotliny, osadzony w kosmicznym pejzażu, bluźnierczo radosny taniec Janiny Duszejko i Matogi nad ciałem Wielkiej Stopy, unoszący wyzwoloną duszę kłusownika do nieba, i bal grzybiarzy, który z groteskowej, prowincjonalnej potańcówki przeradza się w dramat.
Mimo pozornie swobodnej formy spektakl trzyma w ryzach dyscyplina przypominająca narrację muzyczną, z jej zmiennością, porządkiem rytmicznym, przemyślanym rozwojem motywów i tematów. Spora w tym zasługa kompozytora, Kuby Suchara, który zaprojektował niezwykle sugestywną przestrzeń dźwiękową. Niepokojąca, gęsto nasycona efektami fonosfera przedstawienia dobrze współbrzmi z konceptami scenograficznymi Olafa Brzeskiego, które nadają Kotlinie wymiar okrutnego snu. Pomysł zaproszenia do współpracy tego rzeźbiarza okazał się nad wyraz celny. Można nawet powiedzieć, że pejzaż powieści Tokarczuk istniał na długo przed jej napisaniem, właśnie w pracach Brzeskiego. Aranżacje jego ekspozycji często przypominają makabryczne gabinety osobliwości, w których stale powracają motywy szczątków i szkieletów. W spektaklu można odnaleźć nawet gotowe obiekty artysty, jak strzelba z kości, znana z wystawy Pan myśliwy w warszawskim CSW. Każdy drobiazg zresztą może stać się trampoliną do zaskakujących skojarzeń. Materia ma tu jakby drugie życie, naznaczone profetycznym piętnem.
Również postacie, jak we śnie, układają się w płynne konstelacje. Część aktorów gra po kilka ról. Marta Malikowska (Pisarka/Popielista/Brunetka), Tomasz Orpiński (Syn Matogi/Prezes), Katarzyna Bednarz (Dobra Nowina), Maciej Kowalczyk (Dyzio) i Tadeusz Ratuszniak (Boros) tworzą niewielką galerię figur o niepowtarzalnym kolorycie: prowincjonalnych dygnitarzy, zamkniętych w sobie tubylców, zepchniętych na margines życia nadwrażliwców i ekscentrycznych uciekinierów z wielkich miast. Bogusław Kierc nieco skorygował powieściowy pierwowzór Matogi i zamiast małomównego, pełnego szorstkiego dystansu samotnika, wykreował postać pełną ciepła i empatii. Ton spektaklowi nadaje jednak Renate Jett. Decyzja obsadzenia austriackiej aktorki w roli Janiny Duszejko wzmacnia w niej rys obcości. Jest inna niż wszyscy. Mówi w kilku językach i żyje w nieco innym wymiarze – z głową w metafizycznych chmurach, pełnych strof Blake’a, blisko zwierząt, ziemi i gwiazd. Bywa śmieszna, wzruszająco bezradna, i zdumiewająco silna w szaleństwie samotnej walki przeciwko całemu światu. To mocna rola, choć trochę żal wielowymiarowości powieściowej Janiny, rozpiętej między tragizmem Elizabeth Costello Coetzeego i zdystansowanym humorem Marion z Trąbki do słuchania Leonory Carrington.
W spektaklu pada wiele deklaracji w obronie zwierząt, tak dalece słusznych, że aż oczywistych. Znacznie ciekawsze są pytania, jak uczynić je pełnoprawnymi podmiotami historii i wpisać w ludzką świadomość konieczność respektowania ich potrzeb? Autorzy przedstawienia postulują, by zbudować nowy paradygmat wspólnoty, opartej na partnerskich relacjach wszystkich istot. Nie wydają się jednak tak radykalni, jak Janina Duszejko, wedle której cywilizacja przyjazna naturze byłaby możliwa wyłącznie poza chrześcijaństwem. Być może zresztą ten radykalizm nie jest już potrzebny. Antropocentryczny dyskurs traci wpływy nawet w teologii, czego dowodem głosy dopuszczające możliwość zbawienia zwierzęcych dusz. Wydaje się, że Olsten i Stokfiszewski chcieliby pójść jeszcze o krok dalej i wyobrazić sobie, jak wyglądałby świat po ekorewolucji. Kim byłby człowiek? Czy wyrównanie rachunku krzywd wyrządzonych zwierzętom poprawiłoby jakość ludzkiej historii? To myślenie bardzo kuszące, lecz tkwi w nim pewne ryzyko. Bo czy marząc o transgatunkowej wspólnocie, nie zastępujemy jednej arbitralnej wizji świata inną? Skąd pewność, że człowiek byłby w niej mile widziany?
 

Wrocławski Teatr Współczesny
Kotlina
wg powieści Prowadź swój pług przez kości umarłych Olgi Tokarczuk
scenariusz Agnieszka Olsten, Igor Stokfiszewski
reżyseria Agnieszka Olsten
dramaturgia Igor Stokfiszewski
scenografia Olaf Brzeski
kostiumy Joanna Kaczyńska
światła Bartosz Nalazek
muzyka Kuba Suchar
choreografia Tomasz Wygoda
wideo Krzysztof Mielczarek
premiera 9 marca 2013
 

Komentarze
W najnowszym numerze
„Teatr. Krytycy” tom 2

„Teatr. Krytycy” tom 1

http://polskidramat.pl/centrumsztukitanca.eu


Nasz serwis korzysta z plików cookies zgodnie z polityką prywatności i plików cookies [dowiedz się więcej]. Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym lub ich usunięcie możliwe jest po właściwym skonfigurowaniu ustawień przeglądarki internetowej. Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może spowodować utrudnienia lub brak działania niektórych funkcji serwisu. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie.

Zamknij