Przewiń w lewo
Przewiń w prawo
Zwiń
Przegląd
7-8/2013
Polowanie na wątrobę
autor: Szymon Spichalski
Polowanie na wątrobę
foto: Krzysztof Bieliński

Całkowita zmiana poetyki Wichrowych Wzgórz, jaką wprowadzili Holewińska i Kowalski do swojego spektaklu, niesie ze sobą określone konsekwencje. W tym świecie rządzi wyłącznie biologia.

 

Kuba Kowalski razem z Julią Holewińską znajdują się ostatnio na fali wznoszącej. Nie mogli zatem nie pojawić się w Warszawie. Ich przedstawienie zostało oparte na najważniejszych wątkach powieści Emily Brontë. Nie jest to zatem częściowe przepisanie, jak w przypadku późniejszego Życia snem. A jednak całkowita zmiana poetyki, jaką wprowadzili, niesie ze sobą określone konsekwencje. Sceniczne Wichrowe Wzgórza są na to dowodem.
Na pierwszym planie pojawia się zagadnienie miłosnych namiętności. Szkielet fabuły nie różni się tutaj znacząco od swojego pierwowzoru. Zupełnie inny wymiar zyskują natomiast relacje między postaciami. Twórcy od początku stawiają określone założenia. Scenograf Katarzyna Stochalska dzieli powierzchnię Malarni na dwie części. Po lewej stronie umiejscawia domyślną przestrzeń domostwa w Drozdowym Gnieździe. Cechuje ją sterylność i nieskazitelność. Podłoga i ściany wyłożone są białymi kafelkami. Później pojawią się tam jeszcze plastikowe krzesła i stolik. Na łańcuchu zostanie zawieszony półkolisty hamak. Wystrój charakteryzuje zatem z góry mieszkańców tego domu – Lintonów. Po prawej stronie znajdują się Wichrowe Wzgórza. Stanowią zaprzeczenie czystości i porządku. Ciemny piasek zalega na proscenium, piętrzy się w stosach na tyłach sceny. Dębowe meble są dopasowane kolorystycznie do koloru podłoża. Siedziba Earnshawów jest ponura i nieprzyjazna. Wizualnie może kojarzyć się z cieniami, jakie pojawiały się w Antychryście Larsa von Triera.
Świat przedstawiony ukazuje widzowi starcie dwóch żywiołów. Wygładzone uniwersum Lintonów zderza się z nieporządkiem domostwa Earnshawów. Pierwsze z nich reprezentuje to, co zwykło się nazywać konwenansem. Drugie uosabia dzikość natury, która wyłamuje się z narzuconych norm. Oba te światy nie pozostają od siebie całkowicie oddzielone. Kowalski sprowadza bowiem niemal wszystkie motywacje bohaterów do działania popędów biologicznych. Kluczowa w zrozumieniu tego konceptu jest scena, w której Heathcliff (Wojciech Solarz) przynosi Katarzynie (Anna Smołowik) upolowanego zająca. Daje jej lekcję anatomii – rozdziera brzuch martwego zwierzaka i pokazuje po kolei wszystkie organy. Katy ogląda wątrobę, serce i jelito. Wkrótce wyzna miłość swojemu kompanowi. Zrobi to przez złożenie propozycji zamiany nerek. „Jedno przetrwa w drugim, jeśli będziemy połączeni w ten sposób” – mówi kobieta.
Nieprzypadkowo w rozmowach pojawiają się później różne „ciekawostki” ze świata nauki, na przykład jak należy obdzierać ze skóry zwierzę. Są to bowiem aluzje do działań postaci. A każde z ich posunięć zdaje się polegać na zdobywaniu drugiej osoby. Edgar uczy Katarzynę tańca, będącego z pozoru sztywnym układem określonych ruchów. Ale jeden z nich zostaje w pewnym momencie zapętlony, przy czym aktorzy zaczynają wymownie dyszeć. Heathcliff uwodzi Izabelę (Lena Frankiewicz), która, z ułożonej dziewczyny poruszającej się krokiem baletnicy, zmienia się w wampa. Żądny zemsty mężczyzna zdąży jeszcze uwieść swoją przybraną siostrę na oczach jej męża.
Kowalski pokazuje interakcje między postaciami jako cykl zdrad, zamknięty krąg władców i niewolników. Można to zaobserwować już w pierwszej scenie, podczas zabawy Heathcliffa, Hindleya i Katarzyny. W pewnym momencie postanawiają oni odegrać odprawianie mszy. Księdzem zostaje Hindley (Wojciech Żołądkowicz), który wyrywa stułę z rąk siostry. Wkrótce potem rzuca się z gniewem na swojego przybranego brata. Aktor pokazuje stopniowe rodzenie się domowego tyrana. Bo to Hindley niebawem zaprowadzi ład w swoim domu. Warto bowiem zauważyć, że w spektaklu nie ma państwa Lintonów ani Earnshawów. Świat Wichrowych Wzgórz jest światem bez prarodziców, bez Boga Ojca. Hindley próbuje wziąć na siebie rolę tego ostatniego. Oczywiście jego starania kończą się niepowodzeniem. W ostatnich scenach przedstawienia staje się parodią samego siebie. Ponownie odprawia mszę, ale już na polecenie Heathcliffa. Całkowicie zależny od niego, staje się ubranym w pieluchę alkoholikiem. Jego syn Hareton (Krzysztof Koła) dzieli los rodzica, stając się psem całkowicie posłusznym niedawnemu outsiderowi. Umie tylko przeklinać, a słowo „love” kojarzy mu się jedynie z napisem wytatuowanym na własnym brzuchu.
Szansą na stworzenie nowego ładu mogą być sztywne zasady panujące w Drozdowym Gnieździe. Edgar (Marcin Januszkiewicz) jest zmanierowanym, wystraszonym chłopczykiem w białej koszuli. Często łamie mu się głos. Wierzy, że jest rycerzem w hełmie i z rapierem, który znajdzie w końcu swoją księżniczkę. Jego nieśmiałość nie jest jednak przeszkodą dla Katarzyny. Młodzi Earnshawowie bawili się dotychczas w piasku, nie znając innego świata. Dziewczyna jest zachwycona czystością i porządkiem panującymi tuż za miedzą. Typowo angielska układność pozostaje jednak przykrywką. Nawet jeśli „nieokrzesani” Earnshawowie nabiorą ogłady, to pewne instynkty pozostaną silniejsze. Nie oprze się im nawet dżentelmen Edgar.
Emocjonalne okrucieństwo postaci Brontë nie zostało uwydatnione wystarczająco mocno. Problemy pojawiają się na poziomie realizacji. Wina leży w pewnym sensie po stronie aktorów. Grają lekko, skutecznie wchodzą ze sobą w interakcje. Ich kreacjom brakuje jednak koniecznej głębi. Poszczególne postacie nie przechodzą niekiedy żadnych przemian wewnętrznych. Jest tak w przypadku kreacji Anny Smołowik, Natalii Rybickiej i Wojciecha Solarza. Okazuje się to dość znamienne dla warszawskiego spektaklu. Wichrowe Wzgórza Kowalskiego przepełnione są relacjami na poziomie flirtu i erotycznej fascynacji, ale na pewno nie głębokich uczuć i moralnych dylematów. Postacie przypominają bohaterów filmu dla nastolatków, którzy są przeświadczeni, że przeżyli już wszystko.
W przedstawieniu pojawia się też sporo psychologicznych nieścisłości. Co wywołuje nienawiść Hindleya do Heathcliffa, skoro nie zazdrość o względy nieobecnych przecież rodziców? Dlaczego młoda Katarzyna nagle wiąże się z Haretonem? Gdy jej matka umiera, Heathcliff wspomina jedynie moment zbliżenia seksualnego. Naiwny jest też zbiorowy finał. Cały zespół wychodzi na scenę, recytując fragmenty poematu o miłości. Tło muzyczne całego przedstawienia stanowią brzdąkania gitary, które w pewnym momencie stają się po prostu nieznośne i nieprzystające do akcji. Postacie nie umierają dosłownie – po prostu „odchodzą”, wyjeżdżają.
Pojawia się zatem pewien paradoks. Twórcy spektaklu chcieli wyrwać tekst Brontë z kręgu melodramatycznych adaptacji. Tymczasem warszawskie Wichrowe Wzgórza powielają wiele grzechów łzawych amerykańskich ekranizacji słynnej powieści. Banalizacji ulega choćby problem poczucia krzywdy. Może to wszystko wynika z tego, że struktura angielskiego utworu jest nieprzekładalna na język teatru? Na scenie wszystkie wydarzenia dzieją się tu i teraz. U Brontë jednym z czynników determinujących akcję jest czas. Upływ kilkudziesięciu lat ma znaczenie dla działań postaci, ponieważ uwydatnia dźwigane urazy i emocje. Podobną sytuację można przecież zaobserwować w Wielkim Gatsbym, gdzie trauma straconych lat nie pozwoliła na powrót do dawnego uczucia. W spektaklu Kowalskiego ten czynnik zdaje się nie istnieć, przez co i relacje postaci okazują się niedojrzałe i powierzchowne.
Zastanawiające też jest, że antytezą dla najniższych instynktów mogą być tylko skostniałe maniery i savoir-vivre. Edgar Januszkiewicza długo wierzy w to, że „miłość” oznacza dawanie Katarzynie tego, czego ona tylko zechce. Upadek jego iluzji jest równoznaczny z beznamiętnym cedzeniem biblijnych fraz: „Miłość cierpliwa jest…”. Pojawia się pytanie, czy wynika to z rzeczywistego bankructwa idei kochania jako związku emocjonalnego, czy raczej z niezrozumienia jego istoty. Zbyt łatwo dochodzi do rozwiązania podjętych wątków, przez co wymowa całego spektaklu ulega znacznemu spłyceniu. Udana kompozycja niektórych scen niestety nie rekompensuje tych braków.
 

Teatr Studio w Warszawie
Wichrowe Wzgórza wg powieści Emily Brontë
scenariusz Julia Holewińska, Kuba Kowalski
reżyseria Kuba Kowalski
dramaturgia Julia Holewińska
scenografia Katarzyna Stochalska
światła Damian Pawella
muzyka Piotr Maciejewski
muzyka na żywo Bartek Tyciński
choreografia Izabela Chlewińska
premiera 16 listopada 2012
 

Komentarze
W najnowszym numerze
„Teatr. Krytycy” tom 2

„Teatr. Krytycy” tom 1

http://polskidramat.pl/centrumsztukitanca.eu


Nasz serwis korzysta z plików cookies zgodnie z polityką prywatności i plików cookies [dowiedz się więcej]. Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym lub ich usunięcie możliwe jest po właściwym skonfigurowaniu ustawień przeglądarki internetowej. Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może spowodować utrudnienia lub brak działania niektórych funkcji serwisu. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie.

Zamknij