Przewiń w lewo
Przewiń w prawo
Zwiń
Przegląd
11/2013
Delimitacja granic teatru
autor: Joanna Tomaszewska
Delimitacja granic teatru
foto: Bartek Warzecha

Granice teatru? Przecież awangarda drugiej połowy XX wieku zniosła je wszystkie, podważyła każdą definicję. Dziś w kategoriach teatralnych mówi się o wszelkich sferach ludzkiego życia, nie wyłączając tych najbardziej intymnych. Mnie nie chodzi o granice, które pozwoliłyby zdefiniować zjawisko teatru, ale o granice wydarzenia teatralnego. Zdarza się czasem tak, że przedstawienie zaczyna żyć własnym życiem, w dużym stopniu niezależnym od twórców, a nawet przez nich nieuświadomionym. Rozprzestrzenia się i wchłania w siebie rzeczywistość dziejącą się naokoło, rozlewa się w czasie i przestrzeni we wszystkie możliwe strony. Coś takiego stało się podczas białostockiej premiery Antyhony.

 

Granice
Granice i podziały (różnego rodzaju) są zresztą głównym tematem spektaklu. Autorka scenariusza, Dana Łukasińska, splotła w nim dwie analogiczne opowieści: dzieje Antygony według Sofoklesa (w tłumaczeniu St. Hebanowskiego) z losami żyjącej na pograniczu polsko-białoruskim rodziny Nikorów podczas delimitacji granic w 1947 roku. Wydarzenia obu narracji dzieli ocean czasu, ale łączy klątwa ciążąca na rodzie Labdakidów i spełniająca się po wielu latach we wsi Krynki. Ona sprawia, że czas linearny zamienia się w czas mityczny, że historia Antygony wydarza się ciągle na nowo, że spełniła się w 1947 roku i że dzieje się także tu i teraz. Prostym, klarownym znakiem współistnienia dwóch rzeczywistości są genialne kostiumy Magdy Dąbrowskiej: mundur Wojska Polskiego, zasłaniany w razie potrzeby do połowy ciała fragmentem togi, i biała sukienka przewiązana w pasie fartuszkiem, który uniesiony i przyczepiony na ramionach tworzy górę charakterystyczną dla damskiej tuniki ze starożytnej Grecji. Granica przebiega przez środek ciała człowieka, nie tylko ta między antykiem a najnowszą historią. Postaci u Agnieszki Korytkowskiej-Mazur łączą w sobie bohaterów Sofoklesa i mieszkańców wschodniego pogranicza powojennej Polski, tak samo jak ci ostatni często łączyli w sobie krew polską i białoruską. Mosze/Haimon, narzeczony Teresy/Antygony (Bernard Bania), przyłapany na przenoszeniu słupa granicznego, ginie od postrzału, a słup przygniata jego martwe ciało, dzieląc je symbolicznie na dwie połowy: jedna leży teraz w Polsce, a druga w Związku Radzieckim. Patrząc szerzej, podziały przebiegają również przez rodziny. Dom Labdakidów dzieli na pół granica między Tebami a Argos, a rodzinę Nikorów – przynależność wyznaniowa i poglądy polityczne. Teresa/Antygona (Marta Ledwoń) i Andrzej/Polinik (Piotr Szekowski) chodzą do kościoła katolickiego jak niegdyś matka, a Ksenia/Ismena (Agnieszka Możejko-Szekowska) i Jerzy/Eteokles (Mateusz Witczuk) – do cerkwi jak ojciec. Andrzej należy do polskiej partyzantki, a Jerzy wstępuje do wojska.


Kiedy komisarzowi Krynek/Kreonowi (Krzysztof Ławniczak) i jego doradcom, Koryfeuszowi (Grzegorz Falkowski) i Tyrezjaszowi (Aleś Malčanaǔ), nie udaje się skłonić Andrzeja do wyjścia z ukrycia obietnicami amnestii, rekrutują do wojska Jerzego i posyłają go do walki z partyzantką, stawiając w ten sposób braci przeciwko sobie. Tymczasem trwa delimitacja granic, w wyniku której rodzinna wieś obu chłopaków ma się znaleźć w Związku Radzieckim. Niewielkie przesunięcia słupów granicznych (po kilka kilometrów) zmieniają na zawsze życie mieszkańców. Jedni porzucają dobytek i uciekają do Polski, większość jednak czuje silniejsze więzi z rodzinną ziemią niż z narodem. Andrzej nakłania siostry do ucieczki. Sprzeciwia się temu Ksenia. Pytana o narodowość, odpowiada niepewnie: „tutejsza”. „Polka, która chodzi do cerkwi” to przecież oksymoron.

 

Wielogłosowa przestrzeń
Mimo przenikliwego zimna, premiera odbyła się w plenerze, na placu przed Katedrą. Przestrzeń gry tworzy wielopoziomowy metalowy stelaż. Z przodu dwa ciągi schodów prowadzą z poziomu gruntu na coś w rodzaju galerii, biegnącej po obrzeżach rusztowania. Kolejne cztery ciągi łączą się na wyższym poziomie niewielkim podestem – to pałac Kreona, czy też biuro komisarza Szymona. Im wyżej, tym bliżej władzy. Kreon ani na moment nie schodzi ze swojego podestu, gdzie oprócz niego mają prawo wejść tylko jego doradcy i syn. Strażnik (Marek Szkoda) natomiast nie waży się wejść nawet na galerię. W głębi sceny, zaczynając od poziomu galerii, na trzech „piętrach” stoją trzy chóry („441 Hz”, Mieszkańcy Białegostoku, Mieszkańcy Krynek) – ściana z ludzi tworząca żywe i barwne tło dla rozgrywających się wydarzeń. Autorem scenografii jest Leon Tarasewicz, polski malarz pochodzenia białoruskiego i pomysłodawca przedstawienia.

Chór przygląda się i przysłuchuje wydarzeniom. Czasem zajmuje jednogłośne stanowisko, stając się gestyczną multiplikacją któregoś bohatera. Innym razem dyskutuje burzliwym wielogłosem przygranicznej społeczności. Jako łącznik między bohaterami a publicznością poucza, ale poucza poetycko. Krzyczy, tupie, a czasem szepcze zwielokrotnionym echem słowa przepowiedni. Jako głos mieszkańców Krynek buntuje się przeciwko przesunięciom granicy („w Polsce zimy lżejsze”) i zostaje oskarżony o zamordowanie Żydówki, żony komisarza. Jego przejmujący śpiew bez słów dopełnia dramatyczne kompozycje muzyczne Michała Jacaszka, przypominające nastrojem utwory Gorana Bregovicia.

 

Antygona współczesna
Dwie przeplatające się narracje tworzą niesłychanie precyzyjną kompozycję, w której akcenty rozłożone są z ogromnym wyczuciem, a wręcz z empatią dla wszystkich emocjonalnie zaangażowanych w poruszane tematy. Scenariusz sprawia wrażenie uważnie wsłuchanego w głosy z przeszłości, a powściągliwa reżyseria dodaje mu ogromnej siły wyrazu. W otwierającej spektakl długiej sekwencji, w czasie której z tyłu powoli ustawia się chór, dwaj bracia – następcy tronu – wspólnie trenują, biegając, robiąc pompki i skłony. Ścigają się po schodach na górny podest i Andrzej/Polinik jest szybszy. Pod koniec sceny Jerzy/Eteokles celuje do brata z pistoletu. Po chwili opuszcza broń, sekwencja się urywa, ale nagromadzone napięcie zostaje utrzymane do końca przedstawienia.


Antygona Sofoklesa w opracowaniu Łukasińskiej i Korytkowskiej-Mazur staje się opowieścią o nienawiści, która prowadzi do zagłady świata. To ona dzieli rodziny i szczuje brata na brata, a „historia będzie się powtarzać, dopóki ludzie nie zaczną jej słuchać”, dopóki nie wyłamią się z zaklętego kręgu piętrzących się uprzedzeń, uraz i żalów. Przedstawienie piętnuje bezmyślną niechęć, bezwzględność w imię ideałów i niezdolność do przebaczenia, tak u przedstawicieli władzy sowieckiej, jak i u polskich partyzantów. Antyhona jest spektaklem współczesnym nie dlatego, że mówi o wydarzeniach z niedawnej przeszłości, wciąż wywołujących silne emocje. Przede wszystkim jest to przedstawienie o naszym spojrzeniu na historię. Obnaża stare, ale wciąż żywe uprzedzenia i zapiekłe urazy, które więżą nas w kręgu bez wyjścia.

 

Spektakl bez granic
W premierowy wieczór na plac przed białostocką Katedrą przyszedł tłum ludzi. Gotowi na wszystko (składane krzesełka, puchowe kurtki, termosy) białostocczanie i przyjezdni w znakomitej większości, zbici w ciasną gromadę, dotrwali do końca przedstawienia. Zimne powietrze wzmagało atmosferę grozy: dygocząc w przenikliwym chłodzie, z napięciem wyglądałam obłoczków pary unoszących się z ust leżących na stelażu „martwych” aktorów (Piotr Szekowski i Mateusz Witczuk leżeli tak na pewno ponad pół godziny, a Marta Ledwoń krócej, ale za to w cienkiej sukience), i odetchnęłam z ulgą, dopiero kiedy wstali do ukłonów. Hałas biegnącej tuż obok szosy wnikał w warstwę muzyczną spektaklu, a przejrzystość konstrukcji sceny sprawiła, że przejeżdżające za nią samochody stawały się częścią scenografii. Te bodźce, zewnętrzne w stosunku do przedstawienia, nie odciągały uwagi od świata scenicznego, raczej go dopełniały. Spektakl, zamiast odciąć widzów od bezpośredniej rzeczywistości, zanurzył ich w nią, wyostrzył wrażliwość. Zatarł granice między światem przedstawionym a światem rzeczywistym, wchłonął w siebie wszystko, co się działo naokoło podczas jego trwania, ba – na wiele godzin wcześniej i w wiele godzin później. Zmienił perspektywę patrzenia. Jeszcze długo trwał czas mityczny, jeszcze wiele razy wypełniał się los Antygony.
 

Teatr Dramatyczny im. Aleksandra Węgierki w Białymstoku
Antyhona Dany Łukasińskiej
reżyseria Agnieszka Korytkowska-Mazur
scenografia Leon Tarasewicz
muzyka Michał Jacaszek
premiera 29 września 2013
 

Komentarze
W najnowszym numerze
„Teatr. Krytycy” tom 2

„Teatr. Krytycy” tom 1

http://polskidramat.pl/centrumsztukitanca.eu


Nasz serwis korzysta z plików cookies zgodnie z polityką prywatności i plików cookies [dowiedz się więcej]. Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym lub ich usunięcie możliwe jest po właściwym skonfigurowaniu ustawień przeglądarki internetowej. Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może spowodować utrudnienia lub brak działania niektórych funkcji serwisu. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie.

Zamknij