Przewiń w lewo
Przewiń w prawo
Zwiń
Przegląd
11/2013
Zeppelin w stolicy żużla
autor: Jacek Cieślak
Zeppelin w stolicy żużla
foto: Bartłomiej Sowa

Igrzyska dziś
Austro-węgierski twórca plebejskich sztuk zawdzięcza powrót na polskie sceny wydanej niedawno dwutomowej antologii dramatów, w której perłą jest Kazimierz i Karolina w przekładzie Jacka St. Burasa. To dzięki kongenialnemu tłumaczeniu rzadko wystawiana w Polsce sztuka znalazła się w repertuarze Teatru Narodowego w Warszawie, gdzie wystawił ją Gábor Zsámbéki, jeden z najważniejszych twórców sceny węgierskiej. Nie było to pewnie bez znaczenia dla powstania mocno uwspółcześnionego przedstawienia Jana Klaty na Scenie Kameralnej Teatru Polskiego we Wrocławiu.


Zsambeki podążył wiernie tropem tekstu Horvátha i pokazał bohaterów w realiach kryzysu lat trzydziestych, podczas monachijskiego Oktoberfestu, w pejzażu ludowej zabawy z drewnianym rollercoasterem w tle. Jan Klata przeniósł akcję do współczesności, rozgrywając ją w ramach uroczystego otwarcia galerii handlowej. Sportretował napięcia wywołane przez żałosny konsumeryzm czasów, gdy hierarchię społeczną weryfikuje coraz częściej stan posiadania. Klata, zawsze chętny do kreowania efektownych obrazów i metafor, nie omieszkał skonfrontować polskiego supermarketu z ostrym sporem politycznym na tle katastrofy smoleńskiej – z krzyżem z puszek po piwie Lech w roli głównej.


Obie inscenizacje, warszawska i wrocławska, zrealizowane były z perspektywy wielkomiejskiej. Tymczasem Wojciech Klemm postarał się, by scena teatru w Zielonej Górze nie była dla lokalnej publiczności miejscem oderwanym od jej życia. Umieścił akcję sztuki jeśli nie w samej Zielonej Górze, to już na pewno w mieście, gdzie szczyt marzeń o awansie społecznym wyznacza perspektywa najbliższej polskiej metropolii, czyli Wrocławia.


Rzecz rozpoczyna się od mocnej sceny, gdy zwolniony właśnie z pracy Kazimierz (Przemysław Kosiński) i jego narzeczona Karolina (Hanna Klepacka) przeżywają moment graniczny swojej miłości. Kłócą się o przyszłość i szansę na godziwe życie, obserwując jednocześnie, jak zeppelin z lokalną śmietanką biznesu na pokładzie frunie do Wrocławia.
„Tam leci sobie dwudziestu szefów od gospodarki, a tu, na dole, głoduje kilka milionów! Sram na tego twojego zeppelina, bo wiem, że to jest jeden szwindel, i sobie to wszystko przemyślałem” – krzyczy zradykalizowany i sfrustrowany Kazimierz. Definitywnie odrzuca lukrowany obraz rzeczywistości, której propagandowy wymiar tworzą dzisiejsze igrzyska, czyli „eventy” organizowane przez bossów z samorządowych władz.


UFO z Warszawy
Pojawiające się z czasem persony, aspirujące do rangi VIP-ów, to ludzie z rzeczywistości, która w lokalnym wymiarze przygranicznej Zielonej Góry nosi nazwę bliżej nieokreślonej centralnej Polski: zmitologizowanej, celebrowanej i znanej z telewizji oraz plotkarskich gazet. To niemal UFO – przedstawiciele obcej, lepszej cywilizacji, którzy reprezentują dostatnie życie, pozbawione problemów i trosk. Na tym tle realia święta, w którym biorą udział Kazimierz i Karolina, wikłając się coraz bardziej w przypadkowe romanse, relacje i pogawędki – są wyjątkowo przaśne, rodem z poprzedniej epoki, poddane tylko lekkiemu liftingowi. W perspektywie sceny, której przestrzeń zaprojektował Wojciech Klemm z pomocą Torstena Königa, pokutuje i ginie w ciemnościach neon Klubu Radość. Przemalowana na współczesną modłę tancbuda, pamięta z pewnością niejeden obleśny dancing. Dziś nabrała cech kapitalistycznej Polski – wyposażona jest w ławki i stoły, jakie wstawiają do knajp globalne browary, żądając w zamian sprzedaży własnego piwa na wyłączność. Jest też odblask dalekiego amerykańskiego świata, czyli szafa z napojami na monety, z której dziwnie nikt nie korzysta. Jakby nawet na drobne zachcianki zabrakło pieniędzy.
 

Od początku można odnieść wrażenie, że co innego nakręca ucieczkę od rzeczywistości – nie tradycyjne napoje wyskokowe, tylko „amfeczka”, jak pieszczotliwie mówią uzależnieni od niej bywalcy przemalowanych remiz i klubokawiarni. To ona pcha wszystkich na tak zwany dancefloor, gdzie starają się zapomnieć o codziennym koszmarze, oddając się transowemu tańcowi. Ten zaś, zamiast beztroskiej zabawy, przypomina konwulsyjne drgawki. Rozgrywany niemal w ciemnościach koszmar nie ma końca. Dziewczyny niby są sexy, a ich minikiecki odbijają światło z dyskotekowych kul. A jednak trudno pannom wejść na orbitę dobrej zabawy, która w rytm hedonizmu ogarnia cały świat. Wszystko, co robią, pozostaje niespełnionym marzeniem prowincjuszek. To tania karykatura lepszego życia i wspaniałych, szczęśliwych ludzi z telewizyjnych reklam.
 

Patrząc na ten zdegradowany świat, trudno nie pomyśleć, że w społeczeństwie opanowanym przez żądzę materialnych dóbr, zły pieniądz wypiera dobry pieniądz. Trudno wziąć tę rzeczywistość za dobrą monetę. Co innego Kazimierz. Może i jest wulgarny, może jest nieudacznikiem, ale w ujęciu Klemma to misjonarz prawdy, kontestujący wszechobecną hipokryzję, również w miłości, która kończy się, gdy jedno z kochanków ląduje na bruku.



Lis i hostessy
W zielonogórskim spektaklu miejsce Kazimierza u boku Karoliny zajmują faceci z posadami. Szefowie spółek, co prawda uciekający przed podatkami w coraz to nowe mutacje działalności gospodarczej, ale wciąż dysponujący dochodami i nieruchomościami. Podtatusiali, z brzuszkiem, łypiący podpitym okiem w stronę młodych panienek. Szukają okazji na piątkowy seks, złowienie kochanki, która zadowoli się rajstopami, wyjściem do restauracji albo propozycją wyjazdu... do Łeby.
 

Bo bohaterowie Klemma, owi przybysze z mitycznej centralnej Polski, to VIP-y skrojone na miarę prowincji. Zdradzają ich tanie garnitury i twarze pozbawione wyrazu. Wszyscy są siebie warci. Wszyscy grają w tę samą, opartą na kłamstwie grę, której celem jest wyszarpanie czegoś dla siebie, przeżycie chwili zapomnienia. Chodzi o to, by dać jak najmniej i wziąć jak najwięcej. Bilans musi być korzystny.
 

Znaczące są słowa Schurzingera (Dawid Rafalski), który uwodząc Karolinę, wypowiada credo szarej strefy ekonomicznej, ale i moralnej, którą reprezentuje: „Ludzie nie są ani dobrzy, ani źli. Ale nasz obecny ustrój gospodarczy zmusza ich do tego, żeby byli bardziej egoistyczni, niżby właściwie mogli, no bo w końcu muszą jakoś tam wegetować”.
W ten pełen fałszu pejzaż nie wpisuje się Franiu (Ernest Nita). U Horvátha to cwany złodziejaszek, który myszkuje na zapleczu zabawy, by skubnąć coś na parkingu, gdy wszyscy są pijani. Klemm poszukał współczesnego odpowiednika postaci rzezimieszka z lat trzydziestych. Jest nim blokers w bejsbolowej czapce, w charakterystycznej koszulce, w jakiej chodzą amerykańscy koszykarze i raperzy. Kostium uzupełniają wypasione adidasy i szerokie spodnie tuż za kolana. Paradoks zakłamanego świata, który pokazuje Klemm, polega na tym, że – poza Kazimierzem – tylko Franio jest uczciwy. Tylko on nie kłamie. Oświadcza bez ogródek: kradnie to, co nieuczciwe zdobyte i nieuczciwie zarobione. Ale nie dorabia do tego żadnej rewolucyjnej ideologii. Musi jakoś żyć. Przetrwać.
 

Publiczność znakomicie reaguje na obraz małomiasteczkowej zabawy. Nie przeszkadza jej nawet pesymizm ostatnich scen. A Klemmowi, podczas premiery i pierwszych pokazów, udało się wkomponować spektakl w kalendarz zielonogórskich festynów i eventów. Kończyło się właśnie winobranie, które przyciąga do Zielonej Góry nie tylko wrocławian, ale i gości... z centralnej Polski. Dodatkowy dopalacz w odbiorze spektaklu stanowił finał żużlowej ligi z udziałem lokalnego Falubazu. Żeby dostać się do teatru, trzeba było przepchać się przez tłumy zmierzające na stadion. A tam kibicowali żużlowcom m.in. tacy zielonogórzanie, od dawna żyjący w centralnej Polsce, jak Tomasz Lis czy Urszula Dudziak.
 

Przyjechali też biznesmeni, nie tylko z Dolnego Śląska, otoczeni miejscowymi dziewczynami, cheerleaderkami, hostessami. Gdy niejeden Kazimierz stracił pracę, niejedna Karolina szukała tego wieczoru swego szczęścia. Przecież rzadko zdarza się okazja, by wyfrunąć z Zielonej Góry na pokładzie szykownego zeppelina w towarzystwie VIP-ów z Wrocławia. A może i centralnej Polski.
 

Teatr Ziemi Lubuskiej w Zielonej Górze
Kazimierz i Karolina Ödöna von Horvátha
przekład Jacek St. Buras
reżyseria Wojtek Klemm
dramaturgia Michał Pabian
przestrzeń Wojtek Klemm, Torsten König
choreografia Magda Jędra
muzyka Micha Kaplan
światło Torsten König
kostiumy Sandra Fink
premiera 21 września 2013
 

Komentarze
W najnowszym numerze
„Teatr. Krytycy” tom 2

„Teatr. Krytycy” tom 1

http://polskidramat.pl/centrumsztukitanca.eu


Nasz serwis korzysta z plików cookies zgodnie z polityką prywatności i plików cookies [dowiedz się więcej]. Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym lub ich usunięcie możliwe jest po właściwym skonfigurowaniu ustawień przeglądarki internetowej. Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może spowodować utrudnienia lub brak działania niektórych funkcji serwisu. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie.

Zamknij