Przewiń w lewo
Przewiń w prawo
Zwiń
Przegląd
3/2012
Życie zamknięte w walizce
autor: Anna Szymonik
Życie zamknięte w walizce
foto: Andrzej Wencel

Walizka Doroty Ignatjew to kolejna, ważna próba zmodyfikowania repertuaru i estetyki Teatru Żydowskiego. Sztuka Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk, w oryginalny sposób opowiadająca o traumie Holokaustu, doczekała się wreszcie warszawskiej premiery.

Fransua Żako ma pół serca, pół płuca, jedno oko. Stoi na jednej nodze. Nie może oddychać. Coś mu siedzi w gardle. Jest mu źle. Tak mówi. Choć jest przekonany, że urodził się kompletny i zdrowy. A jednak jest tylko połową człowieka, bo nigdy nie żył w pełni. Chociaż miał żonę, pracował, jeździł na wakacje... Tak jak inni ludzie.
Fransua nigdy nie poznał swojego ojca. Historia nie dała mu szansy, bo ojciec, Leo Pantofelnik, francuski Żyd, podczas wojny trafił do Auschwitz, gdzie zginął w komorze gazowej. Fransua miał wówczas zaledwie kilka lat. To wszystko zatem, co o ojcu wie. Nigdy nawet nie widział jego zdjęcia. Stąd dojmująca pustka, którą nieustannie odczuwa i która sprawia, że Fransua żyje tylko połowicznie. Brak wiedzy o ojcu – brak ojca – to brak punktu odniesienia, a zatem i prawdy o sobie samym. „Gdzie pan jest? Proszę natychmiast wrócić – pisze w liście do ojca. – Opowiedzieć mi wszystkie historie, których zostałem pozbawiony. Proszę też podłączyć mnie do rury pompującej wodę ze źródła naszej kultury narodowej”. Cóż z tego, że Fransua wychował kochający ojczym, który dał mu swoje nazwisko. „Piękne francuskie nazwisko”. Tym bardziej Żako nie wie, kim jest. Nie wie, w co wierzyć, jaką religię wyznawać. Swoje życie nazywa oszustwem.
Zmienia się ono jednak całkowicie, gdy Fransua Żako trafia do Muzeum Zagłady – na polecenie żony, która nieustannie nakłania go do wyjścia z domu. Tam przypadkiem trafia na wypożyczoną z muzeum w Auschwitz walizkę, podpisaną... nazwiskiem jego ojca. Ten pierwszy ślad istnienia Leo Pantofelnika, konkretny, namacalny, nadaje życiu Fransua punkt odniesienia, pozwala mu wyzwolić się z „oszustwa”, poznać siebie, przeistoczyć się z Fransua Żako w Fransua Pantofelnika. Pozwala wreszcie wziąć głęboki oddech.
Historia z odnalezioną walizką ojca, która podczas wojny trafiła z Francji do Polski, by po wielu latach powrócić jako wypożyczony eksponat muzealny, kilka lat temu wydarzyła się naprawdę. Małgorzata Sikorska-Miszczuk oparła więc sztukę o pamięci Zagłady i piętnie, jakie wojenne doświadczenie odciska na następnych pokoleniach, na autentycznej historii. Choć, jak twierdzi, przedtem sama wymyśliła podobną, a informacja, którą kilka lat temu podawały gazety, tylko potwierdziła jej intuicję. Bo, jak ocenia w sztuce Narrator, „załamanie wciąż trwa, mimo że kolejne pokolenia mówią, że było dawno i ich nie dotyczy”. Walizka stawia pytania o to, jak sobie z tym piętnem radzić, pyta o sens upamiętniania i pielęgnowania w sobie bólu. O to, czy otwierać swój bagaż wspomnień, czy nie. Sztuka Sikorskiej-Miszczuk jest próbą rozliczenia z bolesną historią, która nie pozwala żyć w pełni. Nie daje przy tym jednoznacznych odpowiedzi.
Dorota Ignatjew wystawiła Walizkę w foyer Teatru Żydowskiego w Warszawie. Przestrzeń gry wyznacza długi, wąski biały chodnik, ciągnący się wzdłuż rzędów widowni, ograniczony tylną białą ścianą z licznymi drzwiami i okienkami. To świat Fransua – ogołocony, pusty, naznaczony jednak pamięcią Zagłady. Świat z pogranicza realności i snu. Biała ściana pełni funkcję ściany w muzeum, gdy z jej okienek wychylają się aktorzy-eksponaty; Ściany Płaczu, w której szczeliny Fransua (dobra rola Andrzeja Blumenfelda) wsuwa list do ojca. Czasem zaś wyświetla się na niej monotonny, przesuwający się powoli krajobraz, jakby widziany z okien długiego pociągu. Takiego, jakim wieziono Pantofelnika i innych Żydów do Auschwitz. Bohater Blumenfelda porusza się w tej przestrzeni wolno, jakby automatycznie, bez życia. Często mówi, stojąc twarzą do ściany, która przytłacza go i dusi, lub – niepozorny i zagubiony w białej pustce – duka niepewnie: „Nie wiem, po co tu przyszedłem. Żona kazała mi przyjść”. Z życiem świat ten łączą jedynie dwa niewielkie skrawki powierzchni na końcach białego chodnika, zasygnalizowane fototapetami przedstawiającymi współczesny Paryż – kawiarnię i Muzeum Zagłady.
Fransua uda się wyzwolić z przytłaczającej pustki. Zdecyduje się on otworzyć walizkę z przeszłością, dzięki czemu wreszcie będzie mógł choć na chwilę spotkać się z ojcem (Szymon Szurmiej). Spotkanie to sprawi, że bohater po raz pierwszy w życiu weźmie głęboki, ożywczy oddech. „Oddychaj, synku, oddychaj, nie możesz tak żyć” – mówi mu Leo. Fransua oddycha i wraca do życia. Odnajduje siebie. „Jestem tu – mówi. – Nazywam się Fransua Pantofelnik”. Finałowej scenie daleko jednak do happy endu. Wszak jednocześnie z synem głęboki oddech bierze Leo Pantofelnik, wciągając do płuc cyklon B.
Chociaż dotarcie do prawdy o przeszłości okazuje się wybawieniem dla Fransua, dla innych bohaterów pamięć Zagłady jest zbyt ciężkim brzemieniem. Matka Żako, pojawiająca się tylko w jego opowieści, wybiera zapomnienie – kiedy syn pyta ją o ojca, nie chce na ten temat rozmawiać. „Co cię to obchodzi? To są moje sprawy, nie chcę do nich wracać” – mówi. Podobnie Zrozpaczona Przewodniczka w Muzeum Zagłady (Ernestyna Winnicka) – rezygnuje z pracy, bo ciągłe obcowanie z pamiątkami po ofiarach Holokaustu przywodzi ją na skraj załamania nerwowego.
W usta Zrozpaczonej Przewodniczki Sikorska-Miszczuk włożyła pytanie o sens tworzenia muzeów Zagłady, konserwowania cierpienia w tysiącach eksponatów: w butach, okularach, walizkach, zdjęciach. Zrozpaczona Przewodniczka twierdzi: „Miał rację biskup, gdy powiedział: Aby wybaczyć, trzeba zapomnieć. Wyrzućmy to wszystko, co jest w tym muzeum! Zakopmy i spalmy [...]. Przestańmy pamiętać”. Bo tak, jak jest, „to jest nie do wytrzymania” – powtarza co chwilę. Paradoksalnie również Przewodniczce odnalezienie walizki Pantofelnika przynosi ulgę. Wreszcie bowiem jakiś przedmiot odnalazł właściciela i wywędruje z muzeum. Być może kiedyś pozostałe eksponaty znikną w podobny sposób, wyzwalając ją z sytuacji nie do wytrzymania. Byłby to zarazem doskonały sposób na to, by spełniły swoją rolę: gdyby każdy otworzył swoją walizkę z przeszłością, być może więcej osób potrafiłoby żyć odważniej i pełniej.
Sztuka Sikorskiej-Miszczuk i spektakl Ignatjew są próbą rozliczenia się z tragiczną historią Europy. Każda z postaci tkwi jedną nogą w przeszłości – Walizka pokazuje wyraźnie, że w taki sposób nie da się żyć. Trzeba znaleźć swoją drogę do uwolnienia się od traumy Holokaustu i zacząć żyć w pełni. Walizka to przede wszystkim apoteoza życia, to „sztuka o uzdrawianiu”, jak mówi Sikorska-Miszczuk.
Afirmację życia podkreśla nierealistyczna rama, w którą autorka wpisała historię Fransua Żako. Opowiada ją Narrator, wspomagany przez ukochaną Żaklin, Automatyczną Sekretarkę Fransua. Młodzi, wszędobylscy, zakochani bohaterowie kotwiczą opowiadaną historię w teraźniejszości, przybliżają ją współczesnemu widzowi, będąc dla niej jednocześnie kontrapunktem. Nadają też sztuce dynamikę, podkreślają lekkość i ironię, z jaką autorka mierzy się z tematem. Narrator już na początku zapowiada, że jego opowieść, choć poważna, będzie chwilami podawana w sposób zabawny; będzie też śpiewał w najmniej oczekiwanych momentach. Wspólnie z Żaklin z zacięciem speców od marketingu opisują Muzeum Zagłady – to, do którego zmierza Fransua, i każde inne na świecie. „Czego tu nie ma!”, „To jest muzeum niespodzianek” – zaczynają, by zakończyć z ironią: „Gdy patronka muzeum, Zagłada, ukazuje się pod postacią walizki, buta lub stłuczonych okularów, wtedy można bezpiecznie Przeżyć Zagładę, której nie ma w muzeum”.
Niestety w spektaklu Doroty Ignatjew, chociaż reżyserka próbowała, tak jak Sikorska-Miszczuk, opowiadać o Holokauście bez patosu, gdzieś zacierają się wpisane w sztukę lekkość i ironia. Tak jakby zespół aktorski teatru nie mógł się w takim sposobie mówienia o Zagładzie odnaleźć. Jakby nie potrafił do końca sprostać nowym wyzwaniom. Niemniej jednak Teatr Żydowski, decydując się na inny niż dotychczas, odważniejszy i bardziej nowoczesny repertuar, uczynił wielki krok naprzód. Nie tylko zresztą na polu estetyki, ale i tematyki, którą się zajmuje. Miejmy nadzieję, że będzie szukał dalej i wkrótce, tak jak Fransua Żako, znajdzie sposób, by wziąć głęboki, ożywiający oddech.

 

Teatr Żydowski im. Estery Racheli i Idy Kamińskich w Warszawie
Walizka Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk
reżyseria Dorota Ignatjew
scenografia Rafał Sisicki
muzyka Teresa Wrońska
premiera 4 listopada 2011

Komentarze
W najnowszym numerze
„Teatr. Krytycy” tom 2

„Teatr. Krytycy” tom 1

http://polskidramat.pl/http://festiwalsluchowisk.blogspot.com/http://scenaotwarta.pl/http://muzeumkarykatury.pl/joomla/index.php?option=com_content&view=article&id=1256&Itemid=528


Nasz serwis korzysta z plików cookies zgodnie z polityką prywatności i plików cookies [dowiedz się więcej]. Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym lub ich usunięcie możliwe jest po właściwym skonfigurowaniu ustawień przeglądarki internetowej. Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może spowodować utrudnienia lub brak działania niektórych funkcji serwisu. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie.

Zamknij