Przewiń w lewo
Przewiń w prawo
Zwiń
Przegląd
6/2014
Nuklearny grzyb
autor: Aneta Głowacka
Nuklearny grzyb
foto: Maciej Stobierski

Wizja piekła patriarchatu jest w tym spektaklu bardzo sugestywna. Szkoda, że zabrakło chociażby refleksji, co jest źródłem męskiej przemocy.

 

Koń, kobieta i kanarek to kolejny spektakl duetu Brzyk – Śpiewak w Teatrze Zagłębia, po wystawionym z sukcesem Korzeńcu. Poprzednia inscenizacja idealnie wpisywała się w realizowaną przez sosnowiecki teatr politykę lokalności. Przedstawienie, oparte na quasi-detektywistycznej powieści Zbigniewa Białasa, dotyczyło historii i tożsamości miasta, które na początku minionego stulecia – dzięki położeniu na przecięciu granic trzech cesarstw i budowie kolei żelaznej – rozwinęło się jako znaczący, wielokulturowy ośrodek handlu. W najnowszym spektaklu twórcy starają się uciec od lokalnego konkretu, opowiadaną historię układając w formie ballady. Nie precyzują miejsca ani czasu akcji, jakkolwiek łatwo odszyfrować, co kryje się pod enigmatyczną nazwą „miasteczko na K albo na S”, chociaż dla przebiegu fabuły nie ma to większego znaczenia. Nietrudno również w postawach bohaterów odnaleźć współczesne dylematy. Podstawowym tematem spektaklu jest bowiem prawo kobiety do samostanowienia, zwykle ignorowane w świecie zdominowanym przez mężczyzn.


Tytuł realizacji odnosi się do wprowadzonego na Śląsku w latach pięćdziesiątych zakazu pracy pod ziemią: koni, zastąpionych przez maszyny; kobiet, których praca w kopalni była uważana za niebezpieczną i przynoszącą pecha; oraz, wykorzystywanych jako wykrywacze metanu, kanarków, których miejsce z czasem zajęły znacznie skuteczniejsze urządzenia elektryczne. Ten zbiór rozporządzeń, nazywanych przez górników zasadą 3 K, rymuje się z inną znaną na Śląsku, i – jak sugerują twórcy – w wielu miejscach ciągle obowiązującą, wyliczanką: Kinder (dzieci), Küche (kuchnia) i Kirche (kościół), która poza kopalnią wyznaczała kobiecie role społeczne i miejsce w tradycyjnej rodzinie. Zawarte w przytoczonej aliteracji oczekiwania w ogólnym zarysie sprowadzają się do opieki nad potomstwem, wyżywienia rodziny oraz dbania o przyswojenie i respektowanie przyjętych przez społeczność zasad moralnych. Dlatego ostatni trop, który również podsuwają twórcy, to powiązanie tytułu spektaklu z rodziną, składającą się z pracującego na kopalni, silnego jak koń mężczyzny, jego młodej żony i przyniesionego do domu kanarka (przyszłego dziecka).


Zgodnie z poetyką ballady fabuła sztuki sprowadza się do najważniejszych wydarzeń i faktów, które decydują o biegu wypadków. W miasteczku „u podnóża czynnej kopalni”, którego rytm życia wyznaczają codzienne wyjścia mężczyzn do pracy i powroty do domu, w tajemniczych okolicznościach ginie ręka figury świętej Barbary, patronki górników. Ten znak zostaje odczytany jako zły omen, sygnał, że w mieście dzieje się coś niedobrego. Żeby odwrócić nieszczęśliwą kartę i ponownie powierzyć swój los świętej, mieszkańcy postanawiają wybudować pomnik, który swoją wielkością przyćmi wszystkie tego typu budowle. Scena zamienia się w plac budowy, na którym pod kierunkiem miejscowego Księdza (Piotr Bułka) zaczyna powstawać obiekt mający odkupić grzechy i przywrócić spokój w miasteczku. Odtąd święta Barbara – inkarnacja kościelnej instytucji kontroli – „będzie mogła zajrzeć w każdą dziurę i w każde słowo”.


Odpowiedzialną za naruszenie dotychczasowego ładu społeczność szybko uczyni młodą Córkę Sztygara (Edyta Ostojak), która zachodzi w niechcianą ciążę. W przeciwieństwie do innych kobiet dziewczyna chce zerwać z kobiecą powinnością i „naturalną” potrzebą bycia matką. Decyzja o aborcji nie znajduje jednak zrozumienia ani u mężczyzn, którzy nie mogą pojąć, „jak suka może nie chcieć młodych”, ani u kobiet. Matka (Maria Bieńkowska), zamiast oczekiwanego wsparcia, sama szuka pomocy u księdza. Bezpłodna pielęgniarka (Małgorzata Sadowska) z zazdrości o przyszłe dziecko podżega resztę mieszkańców do ostracyzmu. Kobieta z podbitym okiem (Beata Deutschman) analizując zalety macierzyństwa, próbuje się pocieszać, że w jej przypadku mąż przynajmniej oszczędza dzieci.


Świat wykreowany przez autora tekstu Tomasza Śpiewaka i reżysera spektaklu Remigiusza Brzyka jest moralitetowo czarno-biały. Wypełniają go bohaterowie, którzy stereotypowo dzielą się na dominujących, brutalnych i szowinistycznych mężczyzn oraz podporządkowane im, bierne i potulne kobiety. Sztygar (Zbigniew Leraczyk) pomiata żoną, jakby była częścią załogi kopalni. Podważa jej wartość jako człowieka, kobiety, żony i matki. Krytykuje jej umiejętności kulinarne, lęk wysokości i podejście do córki. Również Lekarz (Wojciech Leśniak) bez powodu wyżywa się na żonie, zarzucając jej niekompetencję, lenistwo, roztargnienie i bezpłodność. Jak się okazuje, przemoc fizyczna i psychiczna nie zna podziałów społecznych ani klasowych. W świecie, w którym źródłem norm i znaczeń są mężczyźni – sugerują twórcy – relacje z kobietami sprowadzają się wyłącznie do przemocy, a one same stają się celem ataków i obiektem pogardy. Zgodnie z tą logiką nawet samiec kanarka okazuje się lepszy od samiczki, bo – jak powie jeden z bohaterów – „przynajmniej śpiewa, a nie tylko żre ziarno”.


Kobiety w tej opowieści są ewidentnymi ofiarami konserwatywno-katolickiego modelu rodziny, w którym władza męża i ojca zostaje uznana za naturalną i zrównana z władzą Boga. Ale i one nie są bez winy. Nie buntują się przeciwko hierarchicznym relacjom, które czynią z nich upośledzoną grupę społeczną. Wręcz przeciwnie – utrwalają krzywdzące je stereotypy i podziały. Opuszczona przez męża i skazana na samotne macierzyństwo matka młodego górnika (Dorota Ignatjew) wypowiada się o byłym partnerze z namaszczeniem, podtrzymując fałszywy mit męża i ojca. Wydaje się, że kobiety doskonale przyswoiły sobie reguły patriarchalnej gry z podziałem na lepsze – męskie i gorsze, bo kobiece role. Ich reakcja na urwaną rękę świętej Barbary jest symptomatyczna – we wszystkich wywołuje, pielęgnowane od dzieciństwa i w pewnym sensie podtrzymywane przez Kościół, poczucie winy. Poziom świadomości kobiet najlepiej oddają słowa pobitej matki niemowlaka (Beata Deutschman), która w pewnym momencie przyzna z rezygnacją, że każdy „musi dźwigać swój krzyż, czy raczej pchać swój wózek”. Paradoks ich sytuacji polega na tym, że doświadczając męskiej agresji, prezentują podobne co mężczyźni postawy i stanowiska. W obliczu szansy na uzyskanie podmiotowości i autonomii, przed którą staje Córka Sztygara, razem z mężczyznami bronią starego porządku, utkanego z przemocy, dyskryminujących zasad i przesądów.


O ile przemoc domowa i lewe interesy są w tej społeczności tematem tabu, o tyle pęczniejący brzuch dziewczyny jest sprawą wszystkich mieszkańców. Ciążę i poród wiąże się z biologią, a więc naturą. Córka Sztygara podlega tym samym regułom, co przygarnięta przez nią ciężarna suka i owocujące w nadmiarze drzewo wiśni, ale pozbawia się ją prawa do prywatnego i indywidualnego wymiaru tego doświadczenia, czyniąc z niego sprawę publiczną. Kiedy na scenę wjeżdżają ogromne części korpusu przyszłej rzeźby, oznacza to nie tylko postęp w budowie, ale również rozwój płodu w ciele przyszłej matki. Naturalizowanie ciąży pomija jednak jej fizjologiczny aspekt, związany z ciałem konkretnej kobiety. O skrobance mówi się, używając metafory drylowania wiśni albo zeskrobywania grzyba z drzewa. Dlatego w ostatnim monologu bohaterka (bardzo sugestywnie i z lekkim dystansem zagrana przez Edytę Ostojak) upomina się o podmiotowe traktowanie i prawo do decydowania o sobie. Jeszcze nie wiemy, jaką podejmie decyzję. Finałowemu monologowi towarzyszy projekcja z chmurą nuklearnego grzyba. W ten prowokacyjny i nieco ironiczny sposób twórcy nawiązują do wystąpienia Jana Pawła II w Vancouver, podczas którego przyrównał aborcję do zagłady atomowej. Nie wiemy, co zrobi Córka Sztygara, bo ona również – jak reszta miasteczka i mały kanarek w klatce – żyje za metalową kratą (przez cały spektakl oddzielającą scenę od widzów). Kanarek nie czuł się dobrze w swoim okrągłym więzieniu, jednak jeszcze trudniej było mu z niego wyfrunąć.


Wizja piekła patriarchatu w tym gęstym od metafor tekście oraz świetnie wyreżyserowanym i zagranym spektaklu jest bardzo sugestywna, jakkolwiek nie do końca mnie przekonuje. Chociaż nietrudno odnaleźć we własnym otoczeniu zaprezentowane na scenie typy, to jednak dualistyczny podział na kobiece (uciemiężone) i męskie (dominujące) wydaje się niewystarczający, zwłaszcza że nie od dziś wiadomo, iż kultura patriarchalna jest opresyjna zarówno wobec kobiet, jak i mężczyzn. Szkoda, że w tym obrazie zabrakło chociażby refleksji, co jest źródłem męskiej przemocy. Samo stwierdzenie, że tak jest, niestety tylko powtarza oczywiste treści.
 

Teatr Zagłębia w Sosnowcu
Koń, kobieta i kanarek Tomasza Śpiewaka
reżyseria Remigiusz Brzyk
dramaturgia Tomasz Śpiewak
scenografia Remigiusz Brzyk, Iga Słupska, Szymon Szewczyk
kostiumy Iga Słupska
opracowanie muzyczne Maciej Midor
prapremiera 5 kwietnia 2014

 

Komentarze
W najnowszym numerze
„Teatr. Krytycy” tom 2

„Teatr. Krytycy” tom 1

http://polskidramat.pl/http://centrumsztukitanca.eu/https://www.teatr-rozrywki.pl/projekty/obserwatorium-artystyczne-entree/189-obserwatorium-artystyczne-entree.htmlhttp://www.instytut-teatralny.pl/projekty/konkurs-fotografii-teatralnejhttp://teatrszwalnia.pl/fwp_portfolio/festiwale-teatru-szwalnia/http://www.terazpoliz.com.pl/corywarszawskie-100latwww.fnt-rzeszow.pl


Nasz serwis korzysta z plików cookies zgodnie z polityką prywatności i plików cookies [dowiedz się więcej]. Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym lub ich usunięcie możliwe jest po właściwym skonfigurowaniu ustawień przeglądarki internetowej. Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może spowodować utrudnienia lub brak działania niektórych funkcji serwisu. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie.

Zamknij