Przewiń w lewo
Przewiń w prawo
Zwiń
Przegląd
4/2012
Metamorfozy ciała i umysłu
autor: Teresa Fazan
Metamorfozy ciała i umysłu
foto: Isabelle Meister

Taniec – jaki powinien być dzisiaj, jak powinien być rozumiany? Pragnieniem widza jest, aby był nowatorski, ciekawy i piękny. Niełatwo to osiągnąć, bo taniec jest bardzo nietypową sztuką. Często oskarżany jest o brak głębi: w końcu posługuje się zewnętrznością, jego głównym narzędziem jest tylko ciało. Tancerze są jakby nadzy – stoją przed widzem, nie mogąc nic powiedzieć, ich jedynym środkiem wyrazu myśli jest ciało im nadane. Taniec jest także nieco niezrozumiały – jego piękno wydaje się absurdalne i nierzeczywiste dla niewtajemniczonych, niewiedzących, co kryje się za smukłym, silnym ciałem, jakie są kulisy pracy choreografów i katorżniczego treningu tancerzy, jak silny wpływ na aktywność ciała ma wysiłek duszy i umysłu. Można taniec oczywiście rozumieć na poziomie czysto dosłownym, śledząc ruchy i mimikę, doszukując się fabuły i sensów. Można jednak poddać się działaniu magii i mocy sztuki, pozwolić, by taniec wniknął w nas i pozostawił ślad. Jaki to ślad – trudno orzec, każdy spektakl wywołuje inne wpływy, a każdy widz inaczej je przyjmuje, sztuka pozostaje sztuką – niejednoznaczną, pełną głębi i niuansów. Mimo trudności przekładania wrażeń i odczuć na słowa spróbuję opowiedzieć o tym, co pozostawił we mnie pewien spektakl…
A+B=X jest pierwszym grupowym spektaklem autorstwa Cie Gillesa Jobina. Powstał w 1997 roku w Lozannie, jednak w 2010 roku został wznowiony, dzięki czemu mieliśmy szansę obejrzenia go w 2011 roku na festiwalu „Malta” w Poznaniu. Przedstawienie to występ trojga tancerzy, dwóch kobiet i jednego mężczyzny. Składa się z kilku części, pozornie niepowiązanych ze sobą, a jednak płynnie połączonych i uzupełniających się.
Przez pierwsze piętnaście minut spektaklu widz nie ma pewności, czy ogląda ludzkie plecy czy może coś zupełnie innego, czy – jeśli to jednak ludzie – to siedzą z pochylonymi głowami, czy to pośladki do złudzenia przypominają zgarbione plecy. Iluzja i magia ciała. Powstaje wizualny dowcip – te plecy śmieją się ze mnie. Dosłownie, bo po chwili ciszy pojawia się na nich naświetlana projektorem ludzka twarz, groteskowa, wykrzywiona w uśmiechach i grymasach. Ten motyw będzie powracał między pozostałymi częściami przestawienia, rozładowując napięcie i emocjonalność.
Już na wstępie ujęły mnie tak rzadko spotykane w sztuce tańca lekkość i humor, dystans do ciała i jego roli. Nad tańcem (zwłaszcza klasycznym) wisi jakiś specyficzny imperatyw powagi, traktujący ciało z namaszczeniem i dystansem. Na tym częściowo opiera się elitarny charakter tańca, który zdegradowane, ośmieszone i poniżone ciało ludzkie wynosi, uświęca, hołubi. Taniec, który od tego modelu odchodzi, często traktowany jest niepoważnie. Jednak naprzemienne wprowadzanie wysokiego i niskiego, groteski i powagi, piękna i szpetoty jest wyrazem kunsztu, dystansu i odwagi. Przykładem dobrze rozumianego dowcipu jest właśnie omawiany przeze mnie spektakl (jego fragmenty), innym może być choreografia Birth-day Jiríego Kyliána.
Widz jest zwiedziony i uwiedziony: poczucie dziwności to jedna z największych mocy tańca – wykorzystywanie ciała do wyjścia poza sam ruch. Kiedy znika naświetlany obraz i pojawia się taniec, widoczna się staje naturalna, odwieczna powaga ciała. Powolne, wahadłowe ruchy, czysta hipnoza, bezruch zamieniający się niepostrzeżenie w ruch, kalokagatia, piękno przyrodzone, nagość, sprężystość ścięgien i mięśni. Płeć nie ma tutaj znaczenia (przynajmniej na razie) – torsy to torsy, nogi to nogi, głowy są tylko głowami. Choreografia wykorzystuje podobieństwo ciał, które choć należą do różnych osób i różnią się płcią, wciąż są ciałami ludzkimi, działającymi według tych samych praw. Widzimy więc ciało jako wolność, a nie przynależność do płci, płci nadanej, ograniczającej, determinującej. Efektu dopełnia gra światła, nieco przygaszonego, subtelnego, intymnego. Równocześnie jednak ciało przestaje być tylko ciałem, tak jak na początku – przybiera dziwne, nieludzkie formy, nieco geometryczne, zwierzęce, płynne i posągowe równocześnie. Jakie jest znaczenie tego ciała, jaka ukryta symbolika? Sam autor podpowiada: „(…) tworzone obrazy sugerują więcej, aniżeli mówią. To widz musi zajrzeć w głąb siebie, aby nadać prezentowanym obrazom ich sens. Moja praca opiera się na złożoności ludzkiego umysłu i jego związku z ciałem”1.
W następnej części, poprzedzonej wstawką dowcipnych, naświetlanych na ciała obrazów, oglądamy duet i solo rozgrywające się na scenie pełnej koloru. Czy naprawdę tylko oświetlenie i odpowiedni ruch mogą sprawić, że ciało nie jest już tylko ciałem? Czy dochodzi tu jeszcze do jakiejś mistycznej przemiany, gry z umysłem, magii tańca…? I co znaczą kolory, czy mamy je rozumieć dosłownie – czerwień jako emocje, zieleń jako spokój i harmonię – czy może to zwykła gra abstrakcyjnym obrazem?
Przypomnijmy jeden fragment, niebiesko-zielone solo Susany Panadés Díaz. Metamorfozy ciała, trójkąt stopniowo zamienia się w giętką kobrę, ta natomiast w powoli i godnie stąpającego lwa, wydłużenie, wygięcie ciała, falowanie kręgów i mięśni. Mamy tu do czynienia z zadziwiająco oszczędną choreografią, pozornie niewymagającą przestrzennie czy energetycznie, jakby celowo ogołoconą z niepotrzebnych ozdobnych kroków i gestów, maksymalnie skupioną na ciele, na każdym najmniejszym powolnie pulsującym ruchu. Następna scena to czerwono-żółty duet (Isabelle Rigat i Louis-Clément da Costa) – tutaj zadziwia wspólna równowaga dwóch korpusów, idealny, niezachwiany balans, magiczna siła fizyki, przyciąganie ciał. Gdzieś pomiędzy nimi niezauważalne tarcia, interakcje, zlanie w jednio przy równoczesnej oddzielności ciał-umysłów. Zastanawiające jest, dlaczego artysta podjął taki wybór i rozdzielił napięcie płciowe w zespole – dwie kobiety i jeden mężczyzna. Czy to nie ma znaczenia i chodzi o celową androgynię? A może przewaga ma jakiś matriarchalny wydźwięk? Dlaczego jedna z postaci pozostaje samotna? Pytań jest zresztą znacznie więcej… taniec zmusza do nazywania, wywołuje słowa, prowokuje sensy… i nadal pozostaje nieuchwytny.
W kolejnej części znajdujemy się na ulicy, ruch jest energiczny i silny, wręcz agresywny, akcja nie jest już zawieszona w czasoprzestrzeni, ale wyraźnie współczesna. Wskazują na to stroje – dresy i adidasy, a także muzyka i specyficzny ruch tancerzy. Dziwnie naturalna, uliczna zabawa, wspólna i synchroniczna, z momentami ekstazy i zmęczenia, zaskakująca energią i siłą. Potem męskie solo, skoncentrowane wokół kręgu światła, dziwnie rytualne, szaleńcze i dzikie, jakby niepasujące do współczesnego stroju, a jednak przypominające do pewnego stopnia współczesne techniki tańca, takie jak hip-hop.
Ostatnią część stanowi nagranie wypowiedzi – apelu Franko B, anonimowego starego człowieka, czarnego, pomarszczonego i uśmiechniętego. Ta postać, wyglądająca jak szaman z murzyńskiej wioski, w bardzo szczery i prosty sposób odpowiada na wcale niełatwe pytanie: czym jest szczęście? Mówi wiele, zacytuję jednak jedno zdanie, subtelne i proste, a jednak z wielu względów kluczowe: „I am Me and Me is about Me”2. Nagranie, wyglądające jak amatorskie, rozciągnięte na białym wyświetlaczu, w ciekawy sposób puentuje przedstawienie, potęgując efekt spektaklu-eseju, pełnego luźnych myśli, odniesień i nastrojów, różnorodnych i otwartych, nienarzucających się, ale jednak stanowczych i intymnych.
W spektaklu bardzo ważna jest odpowiednia choreografia światła (za którą odpowiada Daniel Demont), dźwięk – na początku dziwny, skrzypiący, mechaniczny, jakby nie muzyczny (Franz Treichler), później pełen rytmiki, mocy i energii (The Young Gods). Ciekawe jest zastosowanie nowoczesnej techniki (naświetlanie obrazu na ciele) i oczywiście doskonała praca tancerzy. W przedstawieniu tanecznym, pozbawionym literalnie, werbalnie niesionych sensów, gra i współistnienie bodźców zmysłowych są niezwykle ważne. Istotne jest więc, jak dźwięk wpływa na obraz, jak dopełniają się one wzajemnie, lub wręcz przeciwnie – kłócą się ze sobą. To właśnie dzięki tym wszystkim elementom udaje się osiągnąć tak liczne i różnorodne efekty, proste i zaskakujące równocześnie.
Na koniec powtórzę moje początkowe pytanie: jaki powinien być dzisiaj taniec, jak powinien być rozumiany? Nie mówię o niezależnym teatrze tańca ani o balecie klasycznym. Mówię o tańcu, który winien jest widzowi czystość i jedność ciała i umysłu, energię i piękno (albo wręcz przeciwnie – jakąś antyestetykę), nieobciążoną treścią sztukę, wewnętrzną ekspresję, którą da się wyrazić tylko ruchem. Sztuka czysta, może nawet pozbawiona kontekstu, odbudowująca miłość i wiarę w człowieka. Taniec, w którym widać nierozerwalne i mięsiste połączenie ciała z umysłem, interakcję między bohaterami, wzajemne przerzucanie energii, dawanie jej i obarczanie nią zarazem. Światło, przestrzeń, muzyka i ruch – cztery wymiary jednej sztuki: tańca. I właśnie taki taniec zobaczyłam w A+B=X.

 

1. Cytat pochodzi ze strony internetowej Malta Festival Poznań 2011 (http://www.malta-festival.pl/index.php/pl/program/18,22,280), (dostęp: 20 grudnia 2011).
2. Cytat pochodzi ze strony internetowej Cie Gillesa Jobina (http://www.gillesjobin.com/spip.php?rubrique89), (dostęp: 10 stycznia 2012).

 

cie Gilles Jobin
A+B=X
choreografia Gilles Jobin
premiera 4 grudnia 1997

Komentarze
W najnowszym numerze
„Teatr. Krytycy” tom 2

„Teatr. Krytycy” tom 1

http://polskidramat.pl/centrumsztukitanca.eu


Nasz serwis korzysta z plików cookies zgodnie z polityką prywatności i plików cookies [dowiedz się więcej]. Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym lub ich usunięcie możliwe jest po właściwym skonfigurowaniu ustawień przeglądarki internetowej. Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może spowodować utrudnienia lub brak działania niektórych funkcji serwisu. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie.

Zamknij