Przewiń w lewo
Przewiń w prawo
Zwiń
Przegląd
5/2015
Kontrapunkty
autor: Jarosław Zalesiński
Kontrapunkty
foto: Wonge Bergmann

Organizatorzy Tygodnia Flamandzkiego odkryli nową formułę imprezy: łączącą wydarzenia kulturalne, naukowe, gospodarcze, a nawet polityczne. Na tle podobnych wydarzeń w Gdańsku, wyróżnia ją jakość propozycji teatralnych.

 

Dwa głośne spektakle Jana Fabre’a oraz ubiegłoroczna produkcja Luka Percevala: teatralny zestaw, przygotowany przez Gdański Teatr Szekspirowski na Tydzień Flamandzki, zapowiadał się nadzwyczajnie. Życie pokrzyżowało jednak te ambitne plany organizatorów – teatr Troubleyn/Jan Fabre, którego aktorów dopadły epidemiczne problemy ze zdrowiem (mówiło się nawet o wirusie eboli), w ostatniej niemal chwili odwołał swój przyjazd. Zamiast przedstawień This is theatre like it was to be expected and foreseen oraz The power of theatrical madness w reżyserii Fabre’a obejrzeliśmy więc tylko jeden jego monodram, o tyle ciekawy, że zdawał się być dobrym wprowadzeniem do świata tego artysty. Fabre obiecał zresztą, że do Gdańska postara się ze swoim teatrem jeszcze przyjechać, wstęp zatem pewnie się przyda.

 

Transgresyjnie


Ów monodram to Drugs kept me alive, zagrany przez Antony’ego Rizziego, performera z zespołu Troubelyn/Jan Fabre. Prowokacyjnemu tytułowi odpowiada prowokacyjna opowieść, będąca niczym więcej, niż katalogiem narkotykowych i seksualnych eksperymentów. Cała scena zastawiona jest w tym monodramie buteleczkami, z których Rizzi regularnie „zażywa” kolejne substancje, racząc publiczność opowieściami o ich działaniu („cztery godziny erekcji!” – zachwyca się na przykład). Równie mocną używką jest dla bohatera tej historii seks, praktykowany w coraz bardziej wyuzdanych formach – jeśli to staroświeckie słowo mogłoby tu mieć jakiekolwiek zastosowanie. Fabre nie stawia sobie za cel przekraczania jakichś pochodzących z tradycji czy religii norm. Świata norm już tu nie ma, jest tylko ludzka nieograniczona niczym wolność i jej pęd, by iść coraz dalej i smakować coraz więcej doznań. Istnieje w tym wszystkim tylko jedna granica: granica śmierci, do której bohater tej historii z premedytacją się przybliża. Skoro bowiem i tak wszyscy umieramy, czy nie najbardziej ekscytujące jest świadome zmierzanie do tej granicy? – pyta bohater monodramu i w ramach tego sposobu myślenia nie można odmówić mu i konsekwencji, i chyba też racji. Skoro wolność jest wszystkim, musi kiedyś zwrócić się przeciwko samej sobie, inaczej nie byłaby całkowitą wolnością.


Wśród setek buteleczek z dragami na scenie ustawiono kilka wielkich ceramicznych mis wypełnionych mydlinami. Rizzi, sposobem dzisiejszych ulicznych kuglarzy, przy pomocy wygiętych w kółka kijków wyczarowywał wielkie mydlane bańki, o bajecznie różnych kształtach. „Jestem mydlanym czarodziejem” – mówił aktor sam o sobie. Zachwycił, kiedy stworzył małą bańkę i odbijał ją, jak na batucie, na mydlanej błonie rozciągniętej na patykach. Kondycja bohatera tej opowieści jest więc przyrównana do mydlanej bańki, zderzającej się ze światem stworzonym z tej samej co ona materii, absolutnie wolnej – i rozpryskującej się w końcu w nicość.


Jedno tylko nie zgadzało się w tej, zdawałoby się, ekstatycznej pochwale wolności. Na króciutki, co jakiś czas powtarzający się sygnał dźwiękowy Rizzi wykonywał krótkie reklamowe interludia, zachwalając w grafomańskich wierszykach kolejnych producentów substancji piorących. Co to ironiczne product placement miało znaczyć? Stawiało znak zapytania przy tezie, że jesteśmy dzisiaj całkowicie wolni? Bo być może naszymi rozkręconymi potrzebami kieruje sztucznie napędzana konsumpcja?


Również drugi monodram pokazany na Tygodniu Flamandzkim poruszał temat transgresji – tym razem kulturowej. Africa to tekst napisany przez Petera Verhelsta specjalnie dla Oscara van Rompaya, aktora teatru NTGent – dla niego i w dużym stopniu o nim (podobnie zresztą jak Drugs kept me alive nie jest bez związku z biograficznym doświadczeniem Rizziego). Van Rompay postanowił być obywatelem dwóch kontynentów i dwóch kultur. Pół roku spędził w rodzinnej Belgii, drugie pół – w Kenii, gdzie założył plantację drzew. Tak jak hippisi w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych pielgrzymowali do Azji, by tam szukać źródeł duchowości, tak bohater monodramu wyprawia się do Afryki, by tam szukać tego, co najbardziej dzikie, pierwotne i witalne, przedkulturowe w człowieku. To, co odnalazł, okazało się tylko mniej czy bardziej folklorystycznym Czarnym Lądem, ale bohater i tej historii nie traci nadziei, że na końcu jego transgresyjnej drogi znajduje się Duchowe Coś. W końcowej scenie Van Rompay kładzie się w płytkiej sadzawce, jakby w tym niby-chrzcie próbował stopić się z rzeczywistością. Nad nim, powoli, na wyciągu unoszony jest w górę dziwny monstrualny twór – ni to człowiek, ni zwierzę. Cel transgresji, dążącej do tego, co przedkulturowe, został osiągnięty…

 

Tradycyjnie


Tygodniowi Flamandzkiemu patronował Gdański Teatr Szekspirowski, ale program nie ograniczał się do samych tylko przedstawień. Były też koncerty, projekcje, wystawy i sympozja. Na zorganizowanym w siedzibie teatru koncercie kwartetu Osamy Abdulrasola, mieszkającego w Gandawie Irakijczyka, grającego na kanun (odmiana harfy), łączącego muzyczne tradycje Wschodu i Zachodu, można się było poczuć jak na ulicach Antwerpii z ich multikulturowym tłumem. Natomiast w małej salce Teatru w Oknie, gdzie wyświetlano filmy Felixa van Groeningena, na projekcji jego filmu Boso, ale na rowerze (belgijski kandydat do Oscara w 2010 roku), przenieśliśmy się na flamandzką prowincję. Przy okazji film stworzył ciekawy kontrapunkt dla monodramów Fabre’a/Rizziego i Verhelsta/Van Rompaya.


Van Groeningen pokazał nam „Flandrię od kuchni”, jak o tym mówi bohater filmu. Flandrię płaskich pól, brzydkich, byle jak i byle gdzie stawianych domów, z podwórkami ogrodzonymi krzywymi płotami i z rowerem jako podstawowym środkiem lokomocji. To pejzaż życia bohatera filmu, członka rodu Strobbe, żyjącego w stłoczeniu w ciasnym domku, z wygódką bez drzwi w podwórku, w jakieś wioseczce pod Antwerpią. To kraina jedzonych palcami frytek, maczanych w tłustych sosach i obficie zapijanych piwem trapistów. Kraj pijacki, rubaszny, ale przedstawiany przez van Groeningena nie bez czułości, w dość balladowej tonacji. Świat ludzi prostych, ale kultywujących bardzo żywe, rodzinne, wręcz klanowe więzi. Aby się z tego świata wyrwać, bohater filmu musiał z niego odejść. Ale nigdy nie zerwał więzi z ludźmi, a końcówka opowieści to dyskretna i żartobliwa, ale i wyraźna pochwała przekazywanej z ojca na syna tradycji. Sens życia odnajdywany jest tu nie w przekraczaniu, tylko w przedłużaniu tego, co zastajemy.

 

Dawniej i dzisiaj


Na zasadzie tematycznego kontrapunktu tworzenia i niszczenia można by też zestawić dwa inne wydarzenia Tygodnia Flamandzkiego. Jedno z nich to sesja naukowa dotycząca dawnych związków Gdańska z Niderlandami, kiedy to Gdańsk był bramą, przez którą do Polski napływały nie tylko towary, ale i style architektoniczne czy sztuka. Do dzisiaj Belgowie odwiedzający Gdańsk, z jego zrekonstruowanym Głównym Miastem, czują się w jego architektonicznym klimacie jak w domu. Drugie z wydarzeń to odbywająca się w Instytucie Sztuki Wyspa konferencja dotycząca ochrony dziedzictwa przemysłowego we Flandrii. Miejsce konferencji zostało wybrane bardzo celnie. Instytut Sztuki Wyspa powstał na terenach opuszczonych przez Stocznię Gdańską, w budynku dawnej szkoły zawodowej. IS Wyspa stoi w pierwszym szeregu, prowadzonej od kilkunastu już lat w Gdańsku, walki o zachowanie dziedzictwa kulturowego tej części miasta, gdzie historia przemysłu ostatniego stulecia zakończyła się rewolucją „Solidarności”. Ta partyzancka wojna prowadzona jest między artystami i społecznymi aktywistami z jednej oraz urzędnikami i inwestorami z drugiej strony. Konferencja i towarzysząca jej wystawa pokazały, że to, co ćwiczymy dziś w Polsce, a więc i w Gdańsku, zachodnia Europa przećwiczyła kilka dekad temu, gdy zaczęły pustoszeć postindustrialne budynki i przestrzenie. Wielka szkoda, że nie uczyliśmy się na popełnionych wówczas błędach i że myśl konserwatorska w Polsce dopiero odkrywa to, co na Zachodzie zrozumiano już dawno.


Co odkrył dla nas cały Tydzień Flamandzki? Nową formułę imprezy, łączącej wydarzenia kulturalne, naukowe, gospodarcze (bo i takie były), a nawet polityczne, czyli wizytę burmistrzów Getyngi i Mechelen. Podobne imprezy już się w Gdańsku odbywały, choćby Dni Wilna, ale Tydzień Flamandzki na tym tle wyróżnia jakość propozycji, zwłaszcza teatralnych. I myśl przewodnia, która wydaje się być taka: kultura jest nie tylko spoiwem życia danego regionu, ale także spoiwem dzisiejszych kontaktów pomiędzy europejskimi regionami.
 

Komentarze
W najnowszym numerze
„Teatr. Krytycy” tom 2

„Teatr. Krytycy” tom 1

http://polskidramat.pl/centrumsztukitanca.eu


Nasz serwis korzysta z plików cookies zgodnie z polityką prywatności i plików cookies [dowiedz się więcej]. Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym lub ich usunięcie możliwe jest po właściwym skonfigurowaniu ustawień przeglądarki internetowej. Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może spowodować utrudnienia lub brak działania niektórych funkcji serwisu. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie.

Zamknij