Przewiń w lewo
Przewiń w prawo
Zwiń
Przegląd
3/2016
Słyszę: Chopin, myślę: niedobrze
autor: Dorota Kozińska
Słyszę: Chopin, myślę: niedobrze
foto:

Barbara Wysocka jest w swoim monologu nie tylko aktorką, lecz przede wszystkim muzykiem.

 

Z każdego równania można wyeliminować jakąś współrzędną. Na przykład z wykonania Sonaty fortepianowej Strawińskiego przez samego kompozytora można wyeliminować żywego odtwórcę, zachowując poza tym wszystko, co przed blisko stu laty mogło towarzyszyć autorskiej interpretacji tego arcydzieła: prawdziwy fortepian, skupiony wokół instrumentu krąg uważnych słuchaczy, atmosferę rozkoszowania się muzyką w przyćmionym świetle salonu. Żeby podziwiać ten cud wskrzeszenia, trzeba czasem wybrać się aż za ocean. W Europie nagrania na rolkach fortepianowych przechowuje się jak najcenniejsze skarby, z reguły ukryte w czeluściach muzeów historii fonografii. W wielu amerykańskich domach wciąż słucha się muzyki z pianoli lub fortepianów wyposażonych w specjalne przystawki. Kolekcjonerzy mogą korzystać z usług fachowców, którzy przekopiują perforację na nowiutkie rolki, co pozwoli cieszyć się ulubionymi nagraniami bez ryzyka uszkodzenia bezcennych oryginalnych wałków. Popularny w Stanach Zjednoczonych system Duo-Art pozwalał na rejestrację szeregu ulotnych parametrów wykonania, włącznie z dynamiką dźwięku. Wystarczy wsunąć wstęgę papieru w okienko i uruchomić mechanizm, by urządzić sobie domowy seans spirytystyczny z udziałem Graingera, Hofmanna albo Paderewskiego, pod których niewidzialnymi palcami klawisze instrumentu uginają się jak na „żywym” koncercie.


Uczestniczyłam w takim seansie w filadelfijskim domu Allena Kuharskiego, dziekana wydziału teatralnego Swarthmore College, którego ojciec był konserwatorem fortepianów i zapalonym zbieraczem rolek z rejestracjami najwybitniejszych pianistów okresu międzywojennego. Pamiętam, że największe wrażenie wywarło na mnie nagranie Strawińskiego z 1925 roku, muszę jednak przyznać, że chopinowskie interpretacje Hofmanna zostawiły mnie w poczuciu dojmującego żalu po bezpowrotnie utraconym języku interpretacji muzycznej, którego w palcach, sercu i głowie zapomnieli nawet najwybitniejsi ze współczesnych nam wirtuozów. Kuharski wychował się w rodzinie, która – jak sam przyznaje – utraciła mowę przodków, nie zachowała w pamięci obrazów ojczystego kraju, doświadczyła swoistej zbiorowej afazji, łagodzonej tylko brzmieniem fortepianowej „polszczyzny” z rolek kolekcjonowanych przez ojca. Wtedy, przed prawie piętnastu laty, doszło do dziwnego spotkania Polki, której rodacy utracili kontakt z muzyczną tradycją wykonań Chopina – zawłaszczonego przez instytucje państwowe, specyficznie kształtowaną mitologię narodową i popkulturę – oraz Amerykanina, którego bliscy stracili kontakt z semantycznym obrazem dawnej ojczyzny, podtrzymując jednak więź z nieskażonym idiomem polskiej kultury muzycznej.


Nie miałam wówczas pojęcia, że osłuchany z legendarnymi nagraniami Kuharski nie zna jeszcze żadnego z koncertów fortepianowych Chopina. Nie śniło mi się, że poznawszy je w wykonaniach Dang Thai Sona, Rubinsteina i Zimermana, zapali się do pomysłu „wykluczenia” z nich instrumentu solowego i zastąpienia wirtuozowskich partii tekstem mówionym. Rozumiem jednak, co go w tym pomyśle tak zafascynowało. Michał Zadara, Barbara Wysocka i Jacek Kaspszyk ożywili pamięć jego własnej straty. Kuharski przyszedł na świat w rodzinie, która z biegiem pokoleń „gubiła” swą polskość, więc on sam próbował ją odzyskać pod najrozmaitszymi postaciami. W przedsięwzięciu Chopin bez fortepianu dostrzegł potencjał iście norwidowski: „zamordowanie” fortepianu nie uciszy przecież głosu kompozytora, co najwyżej zastąpi muzykę inną formą ekspresji, może już nie poezją, ale swoistym performansem, nową formą teatralną. Kuharski zapragnął, żeby Polacy „wyjęli” mu z koncertów Chopina to, co być może czuł i rozumiał lepiej od nich – muzykę – zastępując ją czymś transparentnym, bardziej konkretnym, podatniejszym na analizę – reprezentacją językową.


Przedsięwzięcie, które miało premierę 23 marca 2013 roku w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie, i od tego czasu krąży po świecie z rozmaitymi orkiestrami pod batutą kilku różnych dyrygentów (oprócz Kaspszyka zespoły prowadzili także Bassem Akiki i Franck Ollu), chyba jednak trochę się rozminęło z oczekiwaniami swego „ojca chrzestnego”. Przede wszystkim dlatego, że specyficzny idiom fortepianowy – wirtuozowska partia solowa w stylu brillant – został zastąpiony tekstem niejednorodnym formalnie i odnoszącym się do zbyt wielu porządków dyskursu. W scenariuszu spektaklu wykorzystano rozmowy z kilkoma pianistami i muzykologami, wywiad z kardiologiem, fragmenty listów Chopina, wyimki z esejów i szkiców najrozmaitszych humanistów, manifesty polityczne, ustępy z poezji i prozy od Konopnickiej po Thomasa Bernharda, a nawet proklamację stanu wojennego przez Wojciecha Jaruzelskiego. Jakby wypruć z kontusza złotą nić, po czym obhaftować go muliną i sznurkiem konopnym, obsypać cekinami, dodać tu i ówdzie kokardki z krepiny, a na koniec wszystko obrzucić błotem. O ile jeszcze w Koncercie e-moll jakoś to trzyma się kupy (zwłaszcza w części Allegro maestoso, w którym aktorka, zamiast grać partię fortepianową, niejako ją relacjonuje, hermetycznym, czasem zaskakująco śmiesznym w tym kontekście żargonem muzykologicznym), o tyle Koncert f-moll przybiera postać histerycznego manifestu politycznego z horrorem kardiologicznym w tle, znów tu i ówdzie kontrapunktowanego objaśnieniami muzycznymi, często jednak powielającymi najgorsze i najmocniej zakorzenione w naszej tradycji wykonawczej stereotypy. Istotnie czuć w tym postulowaną przez Kuharskiego postmodernistyczną Wielką Improwizację, dziwnie jednak niespójną z „wyciętym” głosem samego Chopina.


Bo obydwa koncerty powstały w młodzieńczym okresie jego twórczości. Są dziełem dwudziestoletniego kompozytora, który napisał je w niespełna trzy czwarte roku. Wbrew oznaczeniom opusowym Koncert f-moll jest wcześniejszy, więc tym bardziej nie ma powodu, by usuniętą partię solową kulminować rozpaczliwym okrzykiem „Ja nie chcę być pogrzebany żywcem”. To nieprawda, że Chopin „na pewno w e-moll jest mniejszym buntownikiem niż w f-moll”. Owszem, Koncert e-moll jest na swój sposób „lepiej” napisany, a co za tym idzie, bardziej konwencjonalny, w Koncercie f-moll nie słychać jednak buntu – najwyżej czułe, intymne wyznanie młodego chłopaka, któremu nie było w głowie burzyć się przeciwko czemukolwiek, a jeśli cierpiał, to z powodu rozterek towarzyszących jego pierwszej wielkiej miłości. Ujmując rzecz krótko: próba odkłamania mitu „narodowej polskiej duszy” wypada niezbyt przekonująco, bo twórcy spektaklu zastępują go równie nieznośnym mitem tragicznego wygnańca i eskapisty, który męczył się jak potępieniec od chwili narodzin aż po bolesną śmierć w wieku trzydziestu dziewięciu lat. Chopin ofiara z dziurą po wydartym sercu jest równie nieprawdziwy, jak smętny Chopin dandys pod wierzbą płaczącą. A mógłby nam wreszcie znormalnieć i pięknie spowszednieć, jak w piosence Przybory i Wasowskiego, której tytuł – nie wiedzieć czemu – pojawia się w scenariuszu pod koniec wyliczanki ulic, instytutów, szkół, lotnisk i szpitali, nazwanych bezmyślnie na cześć Fryderyka.


Inna rzecz, że ten spektakl jest niezmiernie ciekawy pod względem muzycznym. Barbara Wysocka za wszelką cenę próbuje unikać melodeklamacji, a jednak – ze swą wrodzoną muzykalnością – czasem podświadomie wpada w melodię jakiejś frazy w orkiestrze, dąży do centrum tonalnego, porządkuje swój słowotok na kształt misternych figur pianistycznych. To wpada w liryczną kantylenę, to wyrzuca z siebie tekst z błyskotliwością i precyzją wytrawnego wirtuoza. Słychać, że to nie jest zwykły monodram: to chwilami zlepek najprawdziwszych następstw harmonicznych i piekielnie trudnych figuracji, które tworzą wyraźne zdania, łączą się w specyficzną narrację, kształtowaną z dbałością o każdy detal, o każde wybrzmienie, każdą pauzę wewnętrzną i moment retorycznej ciszy. Wysocka jest w tym monologu nie tylko aktorką, lecz przede wszystkim muzykiem. Jeśli potraktować jej „partię” jako ekwiwalent usuniętej partii fortepianu, to aż się prosi, by mimo całej niespójności i pretensjonalności tekstu mówionego powierzyć go kiedyś innemu wykonawcy. A potem porównać interpretacje, tak jak porównuje się niezliczone ujęcia „prawdziwych” koncertów Chopina. I posarkać, wzorem najprawdziwszych krytyków muzycznych, że w Allegro przydałoby się więcej różnicowania barwowego, że w finale wykonawca stosuje zbyt jednorodną dynamikę, a w Rondo. Vivace szwankuje artykulacja. I zastanowić się, który „instrument” lepiej pasuje do ogólnej koncepcji całości, który „solista” lepiej rozumie się z orkiestrą i dyrygentem, w której interpretacji przydałoby się więcej ognia, a gdzie brakuje polotu.


Nagranie wydane przez Narodowy Instytut Fryderyka Chopina jest tylko zapisem dźwiękowym koncertu, który odbył się 21 sierpnia 2013 roku w ramach festiwalu „Chopin i jego Europa”. Odrobinę dziwi, że nie zarejestrowano tego materiału na DVD. Inna sprawa, że oszczędzono nam w ten sposób widoku fortepianu – obecnego na estradzie, porzuconego jednak niczym ten Norwidowski ideał, który sięgnął bruku. Zasłanego nutami i książkami, milczącego jak grób, deptanego i ugniatanego przez wszędobylską aktorkę. Rekwizytu martwego, niepotrzebnego i nie do końca uzasadnionego dramaturgią. Dzięki tej decyzji możemy się skupić bez reszty na brawurowej kreacji Wysockiej. I zgodzić się z Kuharskim, że Wysocka to nie jest Chopin. I wziąć pod rozwagę konkluzję jego rozważań: „To nowe serce”. Być może. Ale nie ma potrzeby wszczepiać go Chopinowi.

 

Barbara Wysocka, Michał Zadara, Jacek Kaspszyk, Polska Orkiestra Radiowa
Chopin bez fortepianu
Narodowy Instytut Fryderyka Chopina (2015)
 

Komentarze
W najnowszym numerze
„Teatr. Krytycy” tom 2

„Teatr. Krytycy” tom 1

http://polskidramat.pl/http://festiwalsluchowisk.blogspot.com/http://scenaotwarta.pl/http://muzeumkarykatury.pl/joomla/index.php?option=com_content&view=article&id=1256&Itemid=528


Nasz serwis korzysta z plików cookies zgodnie z polityką prywatności i plików cookies [dowiedz się więcej]. Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym lub ich usunięcie możliwe jest po właściwym skonfigurowaniu ustawień przeglądarki internetowej. Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może spowodować utrudnienia lub brak działania niektórych funkcji serwisu. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie.

Zamknij