Przewiń w lewo
Przewiń w prawo
Zwiń
Przegląd
6/2016
Pomnik nieznanego pacjenta
autor: Dominik Gac
Pomnik nieznanego pacjenta
foto: Maksym Nezviietskyi

Ukraińscy artyści pokazali w Krakowie niegraną w Polsce od czterdziestu lat sztukę Janusza Korczaka. Bohaterowie Senatu szaleńców okazali się dla nas zrozumiali i bliscy.

 

Rusłana Porycka w krótkim wystąpieniu poprzedzającym krakowski pokaz swojego przedstawienia zwróciła uwagę na katastroficzne tony zapisane w Senacie szaleńców Janusza Korczaka. Trudno się dziwić takiemu spostrzeżeniu, pamiętając, że premiera spektaklu miała miejsce w listopadzie 2012 roku, a padające ze sceny słowa Pułkownika (w tej roli Jurij Mokłycia), o zmianie granic, płonących miastach, mordach, gwałtach i krwi, ledwie rok później, wobec formującego się Euromajdanu, brzmiały dziwnie złowrogo. Senat szaleńców to także diagnoza kraju toczonego przez korupcję, nepotyzm, wyzysk i wszelkie inne choroby społeczne, które Korczak odmalował w 1930 roku, zapatrzony we współczesność, nie ograniczając się wyłącznie do terytorium II Rzeczypospolitej. Jednak zasadniczy temat tej przypowieści trafnie określa postać Lekarza, a to on ze wszystkich lokatorów domu wariatów najlepiej wie, co mówi: „Tematem dzisiejszych obrad ma być świat i ludzie – czas, życie”.


Chwała artystom teatru z Łucka, że nie odebrali owej „humoresce ponurej” siły uniwersalizmu. Na środku sceny umieszczono jasno podświetlony, kwadratowy postument, na którym rozsypano gruboziarnisty piasek, służący do pisania: wizualizacje rzucane na rozwieszone z tyłu płótno przedstawiały piaskowe animacje – z jednej strony bardzo estetyczne, z drugiej nie zawsze jasno związane z działaniami aktorów. Odtwórcy roli pacjentów ubrani byli w jednolite białe szpitalne uniformy (koszule i spodnie, nie licząc postaci Homoerotyka, który miał na sobie spódnicę), pozostali mieli na sobie stonowane kostiumy – jak Lekarz (w tej roli Dmytro Bezwerbnyj), czy też, grana przez Anastasię Horobec, Śpiąca Królewna (prosta biała sukienka). Jedynym wyjątkiem była Barbara Klotylda Szulc w bogatej sukni z epoki. Warto zauważyć, że kostiumy zmieniały się, gdy zbierał się senat: pacjenci zakładali czarne kapelusze i marynarki. Bardziej niż senatorów przypominali (zwłaszcza brodaty Morderca – Andrij Fatkulin) „mędrców Syjonu”, co na krakowskim Kazimierzu (wagę miejsca, w którym znajduje się Teatr Nowy, gdzie grano przedstawienie, znała reżyserka, wspominając o nim w słowie wstępnym) wydaje się znaczące.


Największą zaletą tekstu Korczaka, wydobytą w ukraińskiej inscenizacji, jest przenikliwość społecznych obserwacji oraz ironia w portretowaniu cywilizacyjnej degrengolady. Umieszczając akcję w szpitalu wariatów, autor mógł sobie pozwolić na wiele, choćby na przemowę Restauratora (Anatolij Słobodeniuk), który pragnie organizacji luksusowych toalet, gdzie wydalaniu można by nadać odpowiednią dla jego znaczenia rangę. O tym, że to nie tylko próżny wątek humorystyczny, przypomina film Widmo wolności, w którym Luis Buñuel zamienił porządki: „spożywczy” na „wydalniczy”. Wizja nobliwej rodziny zasiadającej przy stole na eleganckich kremowych sedesach, znana z wspomnianego filmu, doskonale pasuje do wątpliwości Warchoła (Oleksij Stadniuk): „W kwestii formalnej. Nie kluby fajdalniane, a związki: kluby byłyby dla wybranych”. Tak czy inaczej, wiadomo, że to demokracja śmierdzi, dlatego też Homoerotyk (Petro Dmytruk) żąda kwiatowo-perfumowych instalacji. A czy coś może dziś Ukraińcom śmierdzieć bardziej niż demokracja? Dziś, gdy mają w świeżej pamięci, jak w jej imię płonął kijowski Majdan, jak za jej zasłoną Rosja anektowała Krym, i dziś, gdy w jej imieniu Holendrzy referendalnie sprzeciwili się umowie stowarzyszeniowej między Unią Europejską a Ukrainą?


Prymat politycznej władzy nad światem sygnalizuje główny rekwizyt: oklejony porwanymi gazetami globus. Element ten działa w spektaklu Poryckiej jak koncha w powieści Williama Goldinga Władca much – ten senator (uosabiający przecież jakąś opcję polityczną), który trzyma go w rękach, ma prawo głosu. Motyw poszukiwania wolności w domu wariatów, podobnie jak motywy samorządności i instytucjonalizacji, stanowią jedynie – właśnie jak u Goldinga – pretekst do opowieści o ludzkiej naturze. „Strzelajmy w obronie własnej” – mówi, „liberalizując” pogląd Raskolnikowa, Morderca. Przecież możemy. Mamy prawo. Bo obrona własna to obrona tego, co nam „własne” – wolności słowa, tudzież obowiązującego prawa, które nadwyrężają zebrani w centrach miast protestujący. Nie potrafią się zachować. Zaśmiecają nam życie ogniem, bibułą i oponami. Mordujmy więc, jeśli senat się zgodzi. To dość ponura interpretacja spektaklu, który przecież – podążając wiernie za dramatem – kończy się pozytywnie, choć niejednokrotnie łączy lekką tonację z czarnym humorem.


Dzieje się tak, gdy Janek/Jaśka (Marija Marczenkowa gra podwójną rolę Janka oraz nieobecnej u Korczaka Jaśki skrytej w chłopięcym przebraniu) słucha bajki o świecie, w którym nie ma miejsca dla Boga. Nadszedł czas sztuczności, która nie stanowi żadnego rozwiązania, ale zmusza do poszukiwania stwórcy i odpowiedniej dla niego świątyni: Boga Państwowego – tego, który chodzi w procesji lub pochodzie i zajmuje wyznaczone mu miejsce oraz Boga Dezertera – tego, który ucieka zmęczony oficjalnością, wiodąc tułaczy żywot, zamienia się w paciorki i trafia do dziecięcych serc. Owa historia z jednej strony, a z drugiej niemal witkacowski absurd, ujawniający się choćby w obsesjach Restauratora (szpiedzy poukrywani w zębach) i pomysłach Robotnika granego przez Romana Bojkę (marmurowe trumny z ogrzewaniem zasilanym na ruch ogonów ludzkich – być może tych, które odciął w mordowarskim zamku Baleastadar z Sonaty Belzebuba?), służą Korczakowi do wyeksponowania zasadniczych tematów sztuki. W tym znaczeniu wierna autorowi pozostaje Porycka, reżyserując ekscentryczne monologi bez dodatkowych atrybutów – pozostając na gruncie mówionego tekstu. Może sobie na to pozwolić z obsadą, która z łatwością radzi sobie z tym tekstem. Porycka zdołała uzasadnić fragmentaryczność utworu Korczaka, a trzeba pamiętać, że na tę jego cechę narzekali międzywojenni krytycy oglądający inscenizację Stefana Jaracza z 1931 roku. Podobne wątpliwości wyrażała również Marta Piwińska w tekście dla „Dialogu” (po spektaklu Wojciecha Zeidlera z 1978 roku), pisząc o dramacie, że to rzecz „niedokończona i niedomyślana” oraz twierdząc, że nie ma w tym tekście „samego Korczaka ani całego Korczaka”. Niech będzie, że nie ma. Jaka to jednak różnica, skoro czuć w nim nierówny puls rzeczywistości?


Aktorzy grają niekiedy kilka postaci – tak dzieje się choćby w przypadku wyrazistego Warchoła/Birbanta. Jest on tym dostatecznie szalonym, niewątpliwym wariatem. Pozostaje jednocześnie zbyt szalony dla innych pacjentów, którzy usiłują wyrzucić go z senatu za błazeństwa. Jako błazen może więcej, ale, paradoksalnie, nie może być wariatem, pozostając głupcem – takie jest zdanie współpacjentów. To błazeństwo zostaje zintensyfikowane przez mariaż dwóch bohaterów, wykonywanych przez jednego aktora. Porycka uruchamia też postać właściwie nieistniejącą aktywnie w sztuce, czyli Śpiącą Królewnę. Wniesienie jej na scenę w tekście dramatu pozbawione jest licznych baśniowych motywów, dodanych w spektaklu – pacjenci zamieniają się po trosze w krasnoludki, po trosze zaś w korowód jaśniepanów, z których żaden nie jest wystarczająco miłującym księciem – ich pocałunki nie są w stanie obudzić bohaterki. Ta wstaje jednak i po raz ostatni tańczy. Owa baśniowość, która towarzyszy zakończeniu sztuki – szczęśliwemu połączeniu Barbary Szulc i Mordercy – to jeden ze słabszych momentów całego przedstawienia. Nowocześnie pomyślany taniec Śpiącej Królewny sprawiał wrażenie zupełnie niekompatybilnego z rozgrywaną symultanicznie, realistyczną w formie, rozmową dwójki bohaterów. Należy jednak oddać sprawiedliwość Juliji Jacun, która w roli Barbary znakomicie wyławiała ukryte w tekście Korczaka humor i zalotność.


Teatr HaRmYdEr ma więcej doświadczeń z polską literaturą. Wystawiał Mrożka (Portret), Gombrowicza (Iwonę, księżniczkę Burgunda), a także przedstawienie oparte na biografii Witkacego (Witkacy jest – Witkacego nie ma), przygotowywane m.in. w Jeziorach, miejscu śmierci artysty. Cieszy to zainteresowanie polską dramaturgią, zwłaszcza że sztuka Korczaka, ostatni raz zrealizowana w kraju prawie czterdzieści lat temu (nie licząc słuchowiska radiowego z 2012 roku), zyskuje na aktualności: wariaci budujący naprzemiennie grobowiec Nieznanego Żołnierza i domek Krasnoludków wydają się nam dziś zrozumiali i bliscy. Korczak opowiada uniwersalną historię o współczesności: swojej, naszej, ale i tej zza wschodniej granicy – słychać to tym wyraźniej, że aktorzy mówią do nas po ukraińsku. Trudno zresztą rozróżniać języki, gdy myśl tę zamknąć można w pojawiającej się w spektaklu metaforze: synchronicznych wymachach ramion i głów aktorów, imitujących wskazówki zegara. A że to cokolwiek niepokojące zachowanie dla nas, tzw. normalnych? Jak mówi Lekarz: „Nie wolno gwałcić ducha, nawet gdy szaleje”. Ciekawe, jakby na to zareagował Antonin Artaud, który kilka lat po napisaniu przez Korczaka Senatu szaleńców odnajdzie apokalipsę w swej szpitalnej gehennie? Może przyłączyłby się do chóru pacjentów powtarzających refren: „Pamiętajcie: nie zatracać w chorobie godności”.
 

Teatr HaRmYdEr
Senat szaleńców Janusza Korczaka
reżyseria Rusłana Porycka
pokaz 22 kwietnia 2016
w ramach III Międzynarodowego Festiwalu Teatrów Ukraińskich
„Wschód – Zachód. Otwarci na świat”

 

Komentarze
W najnowszym numerze
„Teatr. Krytycy” tom 2

„Teatr. Krytycy” tom 1

http://polskidramat.pl/centrumsztukitanca.eu


Nasz serwis korzysta z plików cookies zgodnie z polityką prywatności i plików cookies [dowiedz się więcej]. Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym lub ich usunięcie możliwe jest po właściwym skonfigurowaniu ustawień przeglądarki internetowej. Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może spowodować utrudnienia lub brak działania niektórych funkcji serwisu. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie.

Zamknij