Przewiń w lewo
Przewiń w prawo
Zwiń
Przegląd
9/2016
Smutne życie z rzeźnikiem
autor: Jacek Marczyński
Smutne życie z rzeźnikiem
foto: Iko Freese/drama-berlin.de

Czy po debiucie w Komische Oper Michał Zadara udowodnił, że czuje sztukę operową? Ciężko powiedzieć. Z pewnością pokazał, że wie, jak robić teatr.

 

Badacze i krytycy twórczości Ödöna von Horvátha chętnie powołują się na jego wypowiedź w jednym z wywiadów: „Zarzuca mi się, że jestem zbyt drastyczny, zbyt obrzydliwy, zbyt straszny, zbyt cyniczny, żeby wymienić tylko kilka z długiej listy jakże wnikliwie i rzetelnej zaobserwowanych właściwości – a pomija się przy tym zupełnie, że mój jedyny cel to ukazanie świata takim, jakim on niestety jest”. Cóż jednak drastycznego i obrzydliwego znajdziemy dziś w powstałych 85 lat temu Opowieściach Lasku Wiedeńskiego – najsłynniejszej sztuce von Horvátha? Portret babki przyczyniającej się do śmierci niechcianego wnuka? Los dziewczyny, która porzuca spokojnego narzeczonego i wikła się w romans z nieciekawym facetem, co szybko kończy się ciążą? Kobietę po przejściach rozpaczliwie szukającą życiowego partnera?


Takie postaci znajdziemy dziś koło siebie, a ich życiowe przejścia nas nie szokują. Pojęcie drastyczności przesunęło się w rejony, których von Horváth nawet nie podejrzewał. Musiał sobie zdawać z tego sprawę Michał Zadara, gdy w Komische Oper w Berlinie przystępował do pracy nad operową wersją Opowieści Lasku Wiedeńskiego skomponowaną przez HK Grubera. Ceniony w Europie austriacki kompozytor (rocznik 1943) stworzył tę operę dwa lata temu, prapremiera została życzliwie przyjęta na festiwalu w Bregencji, teraz utwór zaczyna normalne życie sceniczne, był też wystawiany w Theater an der Wien.

 

Muzyczny kolaż


Opowieści Lasku Wiedeńskiego, składające się z szeregu rozbudowanych scen, w których przewija się wiele postaci, nie są łatwym tworzywem dla opery, ale kompozytor wraz z autorem libretta, Michaelem Sturmingerem poradzili sobie z tymi trudnościami. Dokonali pewnych nieistotnych dla całości skrótów oraz zachowali większość bohaterów, w obsadzie mamy więc aż piętnastu śpiewaków. Grubera zainspirowała też z pewnością muzyczność tekstu von Horvátha, który tytuł zaczerpnął od słynnego walca Johanna Straussa-syna, pobrzmiewającego parokrotnie podczas akcji, wzbogaconej ponadto innym wiedeńskimi walcami i piosenkami z początku XX wieku.


HK Gruber cytuje w przetworzonej formie walc Straussa, ale cała jego partytura to rodzaj muzycznego kolażu, w której odnaleźć można echa Albana Berga i wiedeńskich dodekafonistów, Igora Strawińskiego, Kurta Weilla, dawnych kabaretów, a nawet filmowego przeboju Moon River Henry Manciniego. W kanale orkiestrę z licznym udziałem instrumentów dętych wspiera rozstrojone pianino rodem z podejrzanej spelunki, na scenie pojawia się kabaretowo-jazzowy band. Mimo tak wielu pomysłów dla HK Grubera najważniejsze jest słowo, jego Opowieści Lasku Wiedeńskiego stanowią kolejny dowód, że gatunkowe granice opery zacierają się. Bardziej przynależą do współczesnego teatru muzycznego, zresztą w berlińskiej Komische Oper teatralność dzieła operowego zawsze była niesłychanie ważna – od czasu legendarnego założyciela tej sceny Waltera Felsensteina po działalność jego licznych wychowanków, a teraz generacji ich wychowanków.


Michał Zadara miał tego świadomość i zrealizował spektakl prawdziwie teatralny, wierny pierwowzorowi, ale też własny. W Opowieściach Lasku Wiedeńskiego von Horváth sportretował wiedeńskich drobnomieszczan z małej uliczki ósmej dzielnicy austriackiej stolicy. Mimo niespokojnych czasów (kryzys, inflacja) starają się wieść życie spokojne i radosne. Nie stronią od przyjemności, snują marzenia, by znaleźć się w innym, lepszym świecie, awansować do elit, choć autor nie pozostawia złudzeń, że to się im uda. Przenosząc akcję w czas o osiem dekad później Zadara pokazuje, iż niewiele się zmieniło.

 

Grill nad Szprewą


Udowadnia to już pierwsza scena opery, w której bohaterowie odpoczywają nad brzegiem rzeki (w sztuce von Horvátha jest to obraz trzeci). Lasek Wiedeński został zastąpiony przez piasek i beton, ale fale tak samo zapraszają do kąpieli. Parasole, leżaki, piwo i grill – oto rozrywka współczesnych mas. Wszyscy przyjechali samochodami o dobrych markach – Mercedes, Opel, Volkswagen, ale to auta naruszone już nieco zębem czasu. Stroje takie, jakie oglądamy na ulicach położonych z dala od centrów bankowo-biznesowych: podkoszulki, krótkie gacie, trochę skóry, trochę dresów, skórzane mini oraz oczywiście dżins. Na nogach adidasy ale i eleganckie buty na obcasach. Na ciałach tatuaże. Niektórzy mają za sobą burzliwą przeszłość. Ojciec głównej bohaterki Marianne, dziś właściciel sklepu z zabawkami i nazwany przez von Horvátha Czarodziejem, to stary rockman, któremu brzuch wylewa się ze skórzanych spodni, ale na głowie nadal zawiązuje kolorową chustę, a dłonie ozdabia srebrnymi obrączkami.


Zaletą berlińskiego spektaklu Michała Zadary jest umiejętność syntetycznego charakteryzowania postaci – poprzez ubiór czy gest, sposób zachowania. Dawny buntownik Czarodziej dziś hołduje innym wartościom. Przeklął córkę, gdy zerwała zaręczyny z rzeźnikiem Oskarem i związała się z drobnym szulerem Alfredem, z którym ma nieślubne dziecko. Była kochanka Alfreda, Valerie jaskrawo błyszczącymi strojami stara się przyciągać uwagę mężczyzn, gdy zaś przed wejściem do rzeki zakłada kostium kąpielowy, jest to czynność niemal erotyczna. Oskar fotografuje wszystko i wszystkich, wydaje się być szczęśliwy prowadząc swój mały biznes, ale fryzura na Jamesa Deana sugeruje, że i on marzy o innym życiu.


Zadara nie szokuje, nie stara się być drastyczny, po prostu pokazuje, jacy jesteśmy. Niemieccy recenzenci podkreślali, że przeniósł akcję znad Dunaju nad berlińską Szprewę, o czym świadczą niemieckie numery rejestracyjne samochodów. Ale z kolei w innej scenie pojawia się plakat jednoznacznie nawiązujący do niedawnych wyborów w Austrii i sukcesów populistyczno-nacjonalistycznej partii FPÖ. Reżyser wydobył bowiem uniwersalny charakter opowieści, której bohaterów można odnaleźć w każdej epoce. Dziś nie nazywamy ich drobnomieszczanami, ale ich pragnienia o awansie do lepszego świata są równie bez szans jak w czasach von Horvátha. Nadal niebezpiecznie brzmią naigrywania studenta Ericha z Żydów, a babka, której Alfred podrzucił syna, niechciany owoc związku z Marianną, nieprzypadkowo nosi kurtkę przypominającą mundury hitlerowskie.

 

Spowiedź w samochodzie


Siłą spektaklu jest ironia, w ten sposób Zadara zmusza widza do refleksji. Zamknął bohaterów w samochodach, trafikę z papierosami, w której spotykali się bohaterowie von Horvátha zamienił na stację benzynową, bo to jedyne miejsce, które odwiedza dziś każdy z nas. W samochodzie uprawiamy seks jak Valerie i Erich, kłócimy się jeżdżąc po ulicach jak Marianne i Alfred, na masce samochodu wciągamy kokainę jak Ferdinand. Samochód nas reklamuje tak jak Oskara, który ozdobił swego Golfa sloganem: „Mięso jest super”. I możemy nawet odbyć spowiedź, bo kiedy bezradna Marianne szuka ukojenia, podjeżdża vanem pastor. Mobilna spowiedź odbywa się pod hasłem namalowanym na samochodzie: „Bóg przyprowadził do ciebie to auto w ostatnim momencie”. Niestety, tak jak osiemdziesiąt lat temu i tym razem dziewczyna nie dostała rozgrzeszenia.


Zamknięci w samochodach nie mamy szans na kontakt z drugim człowiekiem i ze światem. Czujemy się za kierownicą bezpieczni. Czy w ten sposób uciekamy przed rzeczywistością, przed zmianą swego losu? Na to pytanie Zadara nie odpowiada wprost, ale podobnie jak von Horváth nie pozostawia nam zbytniej nadziei.


Pod jednym wszakże względem spektakl różni się od literackiego pierwowzoru, gdyż w operowy sposób na pierwszy plan wysuwa postać Marianne. Uczynił to zresztą i sam Gruber, który swój utwór rozpoczął od zacytowania w jej wykonaniu słynnego walca z lat dwudziestych Draussen in Wachau. Tę piosenkę o dziewczynie, którą nad brzegiem Dunaju ujrzał piękny młodzieniec, Marianne zaśpiewa jeszcze nieraz w momentach dla niej najtrudniejszych, a tragizm dziewczyny Zadara jeszcze wzmocnił. Scena, w której półnaga tańczy dla gości w podrzędnym lokalu, należy do szczególnie przejmujących. To również zasługa Cornelii Zink, która ma nie tylko odwagę się rozebrać, ale w całym spektaklu tworzy świetną kreację wokalno-aktorską. Jest krucha, posiada delikatny głos, ale wydobywa z siebie ogromny ładunek dramatyzmu. Wyróżnia się zdecydowanie na tle zespołu.


A finał w Komische Oper jest taki, jak w sztuce von Horvátha. Valerie zapewne wróci do Alfreda, Marianne do rzeźnika Oskara. Marzenia się skończyły. Michał Zadara zaś dodaje, że każdy je kiedyś miał, nawet Czarodziej.
 

Komische Oper w Berlinie
Opowieści Lasku Wiedeńskiego HK Grubera
reżyseria Michał Zadara
premiera 22 maja 2016

 

Komentarze
W najnowszym numerze
„Teatr. Krytycy” tom 2

„Teatr. Krytycy” tom 1

http://polskidramat.pl/https://www.fundacjaperforma.com/rozmowy-z-artystamihttps://festiwal.teatr.radom.pl/https://www.adit.art.pl/https://festiwalprapremier.pl/pl/


Nasz serwis korzysta z plików cookies zgodnie z polityką prywatności i plików cookies [dowiedz się więcej]. Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym lub ich usunięcie możliwe jest po właściwym skonfigurowaniu ustawień przeglądarki internetowej. Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może spowodować utrudnienia lub brak działania niektórych funkcji serwisu. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie.

Zamknij