Przewiń w lewo
Przewiń w prawo
Zwiń
Przegląd
11/2017
Nic już nie jest takie proste
autor: Zofia Smolarska
Nic już nie jest takie proste
foto: Marta Ankiersztejn

Jérôme Bel już po raz piąty gości na festiwalu Ciało/Umysł. Jego Gala to spektakl, który swą wyrachowaną prostotą chwyta za serce, by po opuszczeniu kurtyny wzbudzić niepokój i zwątpienie.

 

Światowa gwiazda choreografii, dwóch asystentów, dwudziestu uczestników – tancerze zawodowi i amatorzy, tydzień prób, dwa pokazy, jeden wielki sukces. Format Gali, spektaklu wyprodukowanego w ramach XVI Międzynarodowego Festiwalu Tańca Współczesnego Ciało/Umysł, jest prosty i wielokrotnie przećwiczony. Jego realizacje pokazywane były dotąd m.in. w Paryżu, Londynie, Berlinie, São Paulo. Za każdym razem z inną obsadą – mieszkańcami danego miasta – jednak wybranymi według tego samego schematu: dwoje dzieci, kilka osób starszych, ktoś na wózku, osoba z zespołem Downa, czarnoskóry, osoba z nadwagą, osoby o nienormatywnej orientacji seksualnej, młodzi tancerze baletowi, kilku zdolnych amatorów trenujących taniec brzucha lub taniec z batutą, wreszcie normalsi w różnym wieku.


Jérôme Bel, autor formatu, nie próbował – jak sam mówił – tworzyć z nich jednolitego zespołu. Chciał ich pozostawić różnymi wobec siebie, pozwalając, aby w tańcu „podążali za swoim własnym pragnieniem”. Owe różnice manifestują się dzięki wypełnianiu tych samych zadań: każdy po kolei kręci piruet, kłania się, tańczy walca, improwizuje – według własnych możliwości.


Przegląd dostępnych po angielsku recenzji z poprzednich realizacji pokazuje, że praca formatem, coraz częściej praktykowana we współczesnym performansie, formatuje również krytykę. Większość interpretacji zawiera ten sam zestaw haseł: różnorodność, wolność wyrazu, teatr jako demokratyczna wspólnota, „każdy tancerzem”. Gala nie może się nie spodobać! Profanom doda odwagi na parkiecie, a krytycy sztuki zobaczą w niej próbę odpowiedzi na pytanie, które Bel zadaje sobie ponoć od początku swej błyskotliwej kariery: dlaczego teatr wciąż jest istotny? Ale czy tego wieczoru w Nowym Teatrze wydarzyło się coś istotnego? Co właściwie tam się zdarzyło?


Po odsłonięciu kurtyny w ciszy oglądamy pokaz slajdów: opustoszała scena barokowej opery, puste podium obskurnego nocnego klubu, uliczny teatrzyk kukiełkowy, choć bez Puncha i Judy. Gdzie podziało się życie? Wtem zmienia się perspektywa – na kolejnych zdjęciach widzimy widownię od strony sceny: niezamieszkałe loże, podniesione siedziska pluszowych foteli. Zaczynamy się wiercić na naszych krzesłach – ten niemy pokaz trwa nieco za długo. Kiedy zacznie się coś dziać? Odgłosy z sali – westchnienia, zniecierpliwienie. I wtedy właśnie teatr się zaczyna: publiczność, słysząc siebie samą, bierze pierwszy, życiodajny wdech – bo to ona jest istotą teatru.


Odsłania się kurtyna. Na pustej scenie stoi wielki kalendarz, odwrócony tak, że widzimy tylko jego niezadrukowane strony. Na pierwszej ktoś napisał hasło „balet”. W ten sposób – odwracając kolejne karty – performerzy będą informować nas o tytułach scen i jednocześnie zadaniach, jakie otrzymali od choreografa. „Balet” znaczy, że każdy musi zrobić po dwa piruety. Jedni czynią to perfekcyjnie, ale bez polotu, inni zawadiacko, lecz niestarannie. Dziewczynka w kucykach chwilowo przełamuje milczenie widowni – po jej uroczych, bezwysiłkowych obrotach ktoś zaczyna bić brawo. To pewnie rodzina – myślimy i pozostajemy w ciszy. Starszy gość z brzuszkiem robi obrót w wielkim skupieniu, lecz zupełnie poza rytmem. Czy oni naprawdę nie wiedzą, jak śmiesznie wyglądają? Przychodzą na myśl najgorsze określenia ze szkolnej lekcji tańca, z których „słoń w składzie porcelany” jest najuprzejmiejszym. Wydaje się jednak, że coś ich chroni przed staniem się pośmiewiskiem – jest to „naddatek” zawarty w bajecznie kolorowych kostiumach, jednak bardzo starannie dobranych. To ich immunitet: rola błaznów.


Kiedy czarnoskóry performer Mamadou Goo Bâ (znany warszawskiej publiczności choćby z Wściekłości z Teatru Powszechnego) wykonuje dość niezdarnie swój piruet, następuje wreszcie zupełnie niepohamowany atak śmiechu na widowni. Kontakt został nawiązany, może także dzięki uruchomieniu naszej kulturowej wyższości. Komu z nas nie przemknęła przez głowę myśl: jakże on ten nasz arcyeuropejski taniec śmiesznie naśladuje! Nigdy nas nie dogonią… Cokolwiek pomyśleliśmy, ciała wykonawców spełniały doskonale funkcję ekranu, na który projektowaliśmy swoje uprzedzenia, lęki, normy.


Muzyka urywa się w pół taktu. Kolejna dyscyplina: skoki po diagonalu. Skoro lody puściły, rozpoczyna się freak show. Widownia brawami i śmiechem nagradza teraz każdego i każdą – a im większa dysproporcja między determinacją a umiejętnością wykonawcy, tym większa nagroda. Śmiejemy się z nich, ale nie przeszkadza im to, by także świetnie się bawić. Więc kto tu się bawi czyim kosztem?


Kategoria numer trzy: walc. W tle najbardziej wyświechtany kawałek ze Straussa. Niektórzy partnerzy dobrani są według podobieństwa (para tancerzy baletowych), inni na zasadzie kontrastu (bardzo wysoki mężczyzna z dziewczynką). To, co perfekcyjne, rodzi jedynie pomruk podziwu. Szczery aplauz wywołuje natomiast para: dziewczyna na wózku i sprawny mężczyzna. Ważniejsza w tańcu okazuje się współpraca niż techniczne umiejętności.


„Improwizacja w ciszy – 3 minuty, wszyscy”. Widownia ryczy ze śmiechu. Nie, już nie widownia – a każdy z nas osobno, bo zbyt wiele się dzieje na scenie jednocześnie, byśmy reagowali wspólnie. Każdy wypatruje swoich ulubieńców i śledzi ich zapasy z granicami własnej wyobraźni. Zaczynam rozpoznawać niepochamowany śmiech jednej z dziewczyn siedzących nade mną i cichy rechot mojego sąsiada. Widzowie pokazują sobie nawzajem najlepsze „kąski” – nie chcemy tracić poczucia jedności, za którym tak wygodnie było nam się schować.


Teraz ćwiczenie ukłonów – znów dwukrotnie, lecz inaczej. Wyczuwając reakcję publiczności na pierwszy ukłon, performerzy modyfikują obmyślony schemat, aby utrzymać naszą uwagę i przy drugim podejściu wyjść naprzeciw naszym oczekiwaniom. Drugi ukłon jest więc lustrem, w którym obijają się nasze pragnienia i gusta.


Temat kompromisu, jaki leży u podstaw każdej wspólnoty, każdej społecznej relacji, ciągnie się do ostatnich scen. Dziewczyna z tatuażem faluje do preludium Chopina dwukrotnie – raz sama, drugi raz z zespołem, który próbuje jak najdokładniej naśladować jej ruchy. Sytuacja powtarza się kilka razy ze zmianą lidera, jednak zawsze z podobnym skutkiem: solista, bez względu na „obiektywną” jakość swego tańca, pozostaje niedościgniony. Dosłownie: nikt nie może za nim nadążyć. Nieco naciągany argument służy chwytliwej tezie: każdy z nas jest najlepszym na świecie choreografem własnego ciała. Na finał idzie klasyczny rewiowy ansambl: przebój New York, New York zakończony sceną rozbieraną, oczywiście.


Jérôme Bel już po raz piąty gości na festiwalu Ciało/Umysł. Kilka lat temu pokazał tu The show must go on – także z dwudziestoma profesjonalnymi i nieprofesjonalnymi performerami, dla których instrukcję stanowiły z kolei przeboje puszczane na przenośnych, osobistych odtwarzaczach. Rok później gościł z teatrem osób niepełnosprawnych HORA ze spektaklem Disabled Theatre. Tak jak w Gali aktorzy realizowali tam po kolei proste instrukcje, ale jednocześnie potrafili wyjść poza format, zyskać autonomię. Na podobnej strukturze opierał się także Ballet z 2015 roku, niepokazywany w Warszawie.


Bel sam się powtarza. Tłumaczy jednak, że realizacja jednego formatu w różnych wersjach i lokalizacjach jest ekologiczna, bo oszczędza czas i środki. Do Warszawy w ogóle nie musiał się fatygować – pracę wykonali za niego asystenci. Przekonuje też, że przecież mimo schematu taniec za każdym razem rodzi się od nowa – w nowych ciałach, przy nowej publiczności, w innym momencie czasu lokalnego. I o ile format Gali w Warszawie faktycznie ożył i wzbudził gorące reakcje – przede wszystkim dzięki performerom, którzy, nie oszczędzając się, każdą z jego teatralnych idei przepuścili przez swoją wrażliwość – pozostaje pytanie, czy owa konceptualna rama, którą Bel nadał ich wrażliwości, wciąż jest w mocy.


Gala to spektakl, który swą wyrachowaną prostotą chwyta za serce, by po opuszczeniu kurtyny wzbudzić niepokój i zwątpienie. Entuzjazm, wywołany niekłamaną przyjemnością wspólnego występu widoczną w zespole, przegrywa z natarczywą myślą o tym, jakie iluzje – wolności ekspresji, różnorodnej wspólnoty, równowagi między potrzebą jednostki i społeczną normą – musimy porzucić, żeby właściwie rozpoznać dzisiejszą rzeczywistość. Kto patrzył uważnie, dostrzegł, że kalendarz z instrukcjami stojący na scenie na „prawej” stronie zawierał reprodukcje obrazów impresjonistów. Przypadek? Oni także kiedyś byli wywrotowi. Potrafili uchwycić chwilę nie tylko na płótnie – wyczuwali ducha czasów. Dziś bohaterowie ich obrazów patrzą na nas z magnesów na lodówkach. Obecnie czas bardzo przyspieszył – Bel po dwudziestu latach kariery stał się klasykiem. Obyśmy zdążyli przed naporem rzeczywistości z nowym otwarciem ciała i umysłu.

 

Gala
koncepcja Jérôme Bel
premiera warszawskiej wersji formatu
w Nowym Teatrze w Warszawie
w ramach XVI Międzynarodowego Festiwalu
Tańca Współczesnego Ciało/Umysł
11 lipca 2017

 

Komentarze
W najnowszym numerze
„Teatr. Krytycy” tom 2

„Teatr. Krytycy” tom 1

http://polskidramat.pl/centrumsztukitanca.eu


Nasz serwis korzysta z plików cookies zgodnie z polityką prywatności i plików cookies [dowiedz się więcej]. Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym lub ich usunięcie możliwe jest po właściwym skonfigurowaniu ustawień przeglądarki internetowej. Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może spowodować utrudnienia lub brak działania niektórych funkcji serwisu. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie.

Zamknij