Przewiń w lewo
Przewiń w prawo
Zwiń
Przegląd
6/2018
Jestem Europą
autor: Piotr Dobrowolski
foto:

Niewidomy poeta Needcompany to spektakl o wieloznaczności minionego czasu. O pokrętnych ścieżkach losu wielu rodzin i różnorodności naszych osobistych doświadczeń.

 

Kuratorzy tegorocznego Malta Festival Poznań to członkowie belgijskiej grupy Needcompany – Jan Lauwers, Grace Ellen Barkey i Maarten Seghers. Zaplanowany przez nich program festiwalowego idiomu wynika z autorskiej interpretacji hasła „Skok w wiarę”. Lauwers zaznacza, że nie chodzi im o odniesienia religijne, a raczej o skok w ryzykowną, nieznaną przestrzeń, ale też – w piękno. Według twórcy Needcompany ten sposób odczytania przewodniego hasła Malty odpowiada definicji sztuki i jej roli we współczesnym świecie. Przy okazji przypomina, że artyści nie powinni pozostawać obojętnymi wobec narastających w Europie i na świecie narodowych i religijnych fundamentalizmów. Do zaplanowanej przez siebie części programu kuratorzy Malty włączyli nie tylko prace cenionych przez siebie twórców (1095 Lisaboa Houbrechts & Kuiperskaai czy Another One Lobke Leirens & Maxim Storms), ale także produkcje Needcompany (przedpremierowe pokazy najnowszego spektaklu Wojna i terpentyna reżyserowanego przez Lauwersa) i inne inicjatywy, w które zaangażowani są członkowie tej grupy (opera/instalacja performatywna The Moon firmowana przez MaisonDahlBonnema czy koncert-performans Maartena Seghersa Concert by a Band Facing the Wrong Way). Przestrzeń zainteresowania Jana Lauwersa i prowadzonej przez niego grupy w ostatnich latach wymownie nakreślił, prezentowany jesienią 2015 roku w Lublinie (podczas XX Konfrontacji Teatralnych), a pod koniec marca bieżącego roku we Wrocławiu (w ramach XXXIX Przeglądu Piosenki Aktorskiej), spektakl The Blind Poet. To widowisko nie tylko jest komentarzem do obecnych nastrojów we współczesnej Europie Zachodniej, ale też wskazuje kierunek etycznej świadomości i estetycznej ewolucji artystów na co dzień pracujących w brukselskiej dzielnicy Molenbeek, przez niektóre polskie media określanej jako „wylęgarnia terrorystów”.


Siedmiu aktorów. Siedem narodowości. Siedem opowieści. Mistyczna, oznaczająca pełnię siódemka to liczba sekwencji składających się na spektakl The Blind Poet (Niewidomy poeta), który grupa Needcompany pokazała we Wrocławiu. Każda jest swoistą autoprezentacją jednego z artystów, nazwaną jego/jej „portretem”. Wykonawcy kolejno opowiadają o swoim pochodzeniu, nawiązują do rodzinnej przeszłości i relacjonują wybrane historie z własnego życia. Wspominają swoich przodków, czasem sięgając przy tym aż do podbojów Wikingów, wojen krzyżowych i czasów kolonialnych. Przedstawiający się własnymi imionami i nazwiskami, mówiący w swoich językach narodowych aktorzy zawierają z widzami rodzaj klasycznego paktu autobiograficznego. Nawet jeśli ich wyznania zawierają elementy fikcji, konfabulacji czy zmyślenia, konwencja prawdopodobieństwa zostaje zachowana – publiczność odbiera je jako prawdziwe. Jan Lauwers, reżyser spektaklu, nie bawi się w konstruowanie chwilowego wrażenia rzeczywistości, żeby potem je zburzyć, wyśmiać lub wprowadzić sygnały jej teatralizacji. Choć taka praktyka jest dość popularna we współczesnym teatrze (wykorzystał ją choćby Oliver Frljić, reżyserując Klątwę), siłą Niewidomego poety jest osobiste wyznanie, niosące konkretną informację o świecie.


Lauwers to twórca, którego określić można mianem „zaangażowanego”. Najbardziej interesują go ludzie. W wielu wcześniejszych spektaklach Needcompany1 musieli oni jednak dzielić przestrzeń z niezwykle barwnymi wytworami teatralnej – wizualnej i muzycznej – wyobraźni reżysera. Nadawała ona metaforyczny wymiar ich opowieściom, stosowanym przez nich sposobom obrazowania i wszystkim innym wymiarom ich obecności. Tak współkształtowana była fenomenalna jakość estetyczna tych widowisk. Scenografia, kostiumy, taniec i wykonywana na żywo w czasie przedstawień muzyka nie prowadziły do uruchomienia efektu obcości, a służyły dopełnieniu nastroju i znaczeń pojawiających się w odbiorze poszczególnych scen, działań postaci czy prezentowanych sytuacji. Fikcjonalna rama prezentacji nie przeszkadza w wyzwalaniu silnych emocji. W wielu spektaklach Needcompany estetyzacja, synchronizacja działań performatywnych, sfera dźwiękowa czy surrealistyczna wizualność znakomicie współgrają z prezentowaną opowieścią. Tymczasem poetyka Niewidomego poety bliższa jest stylistyce teatru verbatim albo teatru ekspertów znanego z praktyki grupy Rimini Protokoll. Chociaż w tym spektaklu pojawiają się elementy typowe dla rozpoznawalnego stylu Lauwersa, niepodzielnie dominuje w nim konwencja „prawdziwości”.


Wykonawcy wchodzą na scenę w jedwabnych szlafrokach, w których przypominają gotowych do pojedynku bokserów. Są swobodni. Naturalnymi gestami pozdrawiają publiczność, zajmując miejsca w płytkim kanale orkiestrowym z przodu sceny. Kiedy zabierają głos albo dopowiadają opowieści innych, zdejmują szlafroki i wychodzą na podwyższenie. Pozostali członkowie zespołu obserwują swoich kolegów i koleżanki, akompaniują im i ich wspierają, ale czasem też – przeszkadzają im, rozbijając ich opowieść. Na pustej, głębokiej scenie Teatru Muzycznego Capitol jako pierwsza staje Grace Ellen Barkey. Do jej teatralnego stroju jawajskiej księżniczki i kwietnej korony na głowie nie pasują groteskowe, wielkie buty clowna i namalowana szminką wokół ust maska. Aktorka przedstawia się, wielokrotnie powtarzając swoje imię. Wyraża przy tym całe spektrum emocjonalnych nastrojów, znacząc je zmianami tonacji – od infantylności i radości, przez wzbierający gniew, który zmienia się w smutek, by stopniowo przejść w szloch i przeciągłe zawodzenie. W języku angielskim, którym urodzona w Indonezji kobieta mówi do publiczności, słowo „grace” oznacza „wdzięk”, ale też „łaskę”. Dla stojącej przed publicznością aktorki to odniesienie wydaje się szczególnie istotne. Jest obciążona genetycznie – ma zespół Lyncha, który wiąże się z podatnością na zachorowanie na raka. Po wielu operacjach, które przeszła, stwierdza: „Mój brzuch to pole bitwy”. Militarne porównanie sugeruje, że potrafi docenić własne życie i wszystko to, co ją w nim spotkało.


Powtarzanie imienia aktorki subtelnie kieruje uwagę widzów na jeszcze jedno słowo, które w kontekście całego spektaklu ma szczególne znaczenie. Imię „Grace” zawiera w sobie także wyraz „race” – „rasa”. Barkey akcentuje go, by chwilę później zainicjować opowieść dotyczącą jej pochodzenia. W jej trakcie nazwie się „wielokulturowym fenomenem” i zasugeruje, że jest uosobieniem Orientu i Dalekiego Wschodu. Urodziła się na Jawie, „gdzie wszystkie kobiety są księżniczkami”. Przypomina, że Indonezja, do której należy wyspa, to największy muzułmański kraj na świecie. Jest muzułmanką, a to, jak twierdzi, „ma znaczenie”, bo „nigdy nie wiadomo”. Podkreśla, że jej babka była Chinką, więc ona także jest Chinką: „To się może przydać. Chińczycy wykupują teraz pół świata”. Ale jej przodkiem był też Caspar Barkey, przed ośmiuset laty burmistrz Bremy. Jest więc także Niemką. To również ma dla niej znaczenie – „na wypadek, gdyby znów chcieli się powygłupiać”. Kilka pokoleń później w tej linii pojawił się handlarz niewolnikami. Sypiał z niewolnicami, więc Grace jest po części także niewolnicą. Oczywiście i to ma dla niej znaczenie.


Kiedy Grace Ellen Barkey miała dwa lata, wsiadła razem z rodziną na statek do Rotterdamu. Podczas podróży, aż do opuszczenia wybrzeży Sudanu, Barkeyowie musieli ukrywać się na pokładzie. Po tych doświadczeniach aktorka może się więc nazwać „uchodźcą z łodzi”. Przez kolejne dwadzieścia pięć lat mieszkała w Holandii. Po założeniu Needcompany i ślubie z Janem Lauwersem przeprowadziła się do Brukseli. Jej dzieci są Flamandczykami. Pierwszym obrazem, który zobaczyły zaraz po urodzeniu, miał być, wiszący na szpitalnej ścianie, ukrzyżowany Chrystus. „To ważne, że są katolikami, katolicy to najlepsi artyści, nieprawdaż?” – pyta retorycznie pod koniec swojego monologu Grace.


Grace Ellen Barkey jest zewsząd. Po wielu doświadczeniach, znając przeszłość swojego rodu, potrafi docenić zdolność mimikry. Kilkukrotnie wskazuje znaczenie jakiejś domieszki w jej krwi. Może dzięki niej będzie miała szansę poczuć się bezpiecznie w trudnej sytuacji? Przecież, co przypomina, „nigdy nie wiadomo” – jak potoczy się historia, co komu strzeli do głowy, jacy ludzie i jakie nastroje będą w przyszłości dominować w Europie i na świecie. Jej „wielokulturowy fenomen” zostaje przeciwstawiony Mohamedowi Toukabriemu. Ten muzułmanin z Tunisu przedstawia się jako „monokultura w najczystszej postaci”. Nim przybył do Belgii, nie słyszał o sonetach Szekspira ani o obrazach Pietera Bruegla starszego, o którym wspominała Grace. Doskonale znał za to niewidomego poetę Abu al-Alę al-Ma’arriego, którego portret wisi nad stołem w tunezyjskiej pracowni krawieckiej jego ojca. Żyjący na przełomie dziesiątego i jedenastego wieku twórca i wolnomyśliciel potępiał przesądy i religijny dogmatyzm. Nawiązanie do niego przypomina, że przed tysiącem lat na Bliskim Wschodzie i na południu Europy kwitła arabska cywilizacja, która bardzo wysoko stawiała wartości uważane dzisiaj za humanistyczne. Rozwijały się nauka, poezja i sztuki piękne, wolność (także religijna) była jedną z najważniejszych wartości, a kobiety traktowane były na równi z mężczyznami. Czy Europa chce i potrafi pielęgnować pamięć o tych, którzy zbudowali Wielki Meczet w Kordobie, zamieniony później na katolicką katedrę? O Walladzie bint al-Mustakfi, tamtejszej księżniczce, która w jego ogrodach założyła salon filozoficzny? O wielkim myślicielu Ibn Rushdzie, którego książki Tomasz z Akwinu uważał za niebezpieczne dla ludzkości? O Ibn Firnasie, który na sześćset lat przed Leonardem da Vinci zbudował pierwszą maszynę latającą? Wszyscy oni zostają wspomniani przez bohaterów Niewidomego poety.


Zanim Mohamed zacznie cytować strofy Abu al-Ali al-Ma’arriego, zaznacza, że świat boi się dzisiaj wolności, którą on opiewał. Dotyczy to zarówno fanatyków, którzy w Syrii, walcząc pod sztandarami ISIS, w roku 2013 zniszczyli jego posąg, jak i mieszkańców Europy, którzy zapomnieli o uśmiechaniu się do siebie nawzajem i coraz częściej tolerują ksenofobiczne gesty. Portret Grace jest pierwszym, a Mohameda – ostatnim z prezentowanych przez Needcompany na scenie. Tych dwoje emigrantów ze Wschodu spina klamrą pozostałe prezentacje. Maarten Seghers, potomek płatnerza Gotfryda z Bouillon, księcia Lotaryngii, który przewodził pierwszej wyprawie krzyżowej i przyjął tytuł obrońcy Grobu Świętego, czuje się współwinnym zbrodni popełnianych przez krzyżowców. Przywołuje upiorną historię – podczas ataku na Antiochię w roku 1097 chrześcijanie zjadali żydowskie i muzułmańskie dzieci, bo „nie mieli innego mięsa, a konie były dla nich zbyt cenne”. Wówczas, razem z Grace Ellen Barkey, której przodek również tam był, „stali się kanibalami”. Hans Petter Melø Dahl przedstawia się jako potomek Wikingów, którzy także nie stronili od kanibalizmu. Opowiada historię z własnego życia, kiedy podczas żeglugi zauważył tonącego chłopca, któremu nie odważył się skoczyć na ratunek. Jego żona, Anna Sophia Bonnema, pochodzi z Fryzji. Wspomina jednego ze swoich przodków, który w roku 1900 w Chinach zginął z rąk bokserów. „Ja jestem każdym, a świat jest mną” – mówi. Zestawia ciemną i mokrą północ Europy sprzed tysiąclecia, gdzie „były tylko gwałty i gnijące ciała”, a „cesarz nie potrafił się podpisać”, ze światłym południem wyemancypowanej Wallady z Kordoby. Kolejny portret należy do Benoît Goba, pochodzącego z belgijskiego Liège. Od dziecka uczono go, jak przetrwać w trudnych warunkach (pozwolić się „zamknąć w supermarkecie, żeby się w spokoju najeść”). Jego ojciec pił, a matka oferowała swoje wdzięki tym, którzy zapłacili. Konfrontowany z wymaganiami stawianymi mu przez życie mężniał od najmłodszych lat. Dziś potrafi łapać ptaki w locie. Jules Beckman mieszkał w każdym stanie USA. Jego matka była hippiską z Buffalo, córką Żyda, któremu udało się uciec z Mińska w czasie II wojny światowej. Po latach, starając się uwolnić od picia, narkotyków i „emocjonalnego kazirodztwa”, Jules sam uciekł do Francji.


Podczas pierwszych monologów scena jest pusta. I chociaż w dalszej części spektaklu formalna skromność zostaje przełamana pojawieniem się wielkich, przypominających pojedynkujących się rycerzy figur (będących reprezentacją wewnętrznych sporów), karuzeli, na której pozostał tylko martwy koń ujeżdżany przez Grace (symbolizującej historyczną zmienność), czy też przygniatającego wszystko czarnego wyobrażenia widm przeszłości, pozbawionego łatwego do opisania kształtu – równie ważne wydają się drobne akcenty wizualne. Każdy z wychodzących na scenę i mówiących o sobie artystów wnosi charakterystyczny znak, sposób bycia, intonację, element kostiumu czy rekwizyt, który urozmaica zajmowaną przez nich przestrzeń. Maarten pokazuje swój garb. Spod ubrania Hansa Pettera w pewnym momencie zaczynają wydobywać się kłęby dymu. Anna, mówiąc o tym, że reprezentuje każdą kobietę, zakłada maskę, a Benoît pojawia się na scenie w żółtym garniturze i żółtych butach, z nosem klauna na gumce. Jules, w kowbojskim kapeluszu, gra na blaszanym banjo, bawiąc publiczność westernowym akcentem. Mohamed, prócz pięknego uśmiechu, prezentuje jeden z jedwabnych garniturów szytych mu co roku przez ojca. Artyści na scenie Niewidomego poety różnią się od siebie. Pochodzą z różnych stron. Dlaczego Europa, ze swoją historią nikczemności, podbojów i przemocy, której dziedzictwo zdarza nam się kultywować i dzisiaj, miałaby rościć pretensje do monokulturowości i pielęgnować poczucie moralnej wyższości nad Wschodem? Mówimy różnymi językami i wiele nas różni, a „nasi niewidomi poeci nie są waszymi niewidomymi poetami”. Jednak kluczem, który może wszystko spajać, o czym już w dwunastym wieku pisała Wallada, jest miłość. Czy poza nią istnieje jedna, niezależna od czasów, w których żyjemy, prawda?


Stworzony w roku 2015 spektakl był artystyczną odpowiedzią Needcompany na zmianę nastrojów społecznych wobec fali przybyszów z Afryki i Bliskiego Wschodu. Pogłębiający się wówczas problem prowokował kryzys humanitarnej myśli w Europie. Jej mieszkańcy zaczęli z lękiem i z poczuciem własnej wyższości patrzeć na tych, którzy oznaczeni byli etykietą uchodźcy. Opowieści aktorów Needcompany przypominają, że uchodźcą jest lub może stać się każdy z nas. Historia powszechna jest specyficznym rodzajem kłamstwa, które „nie odradza się w miłości do wszystkich, tylko w małych, ponurych szczegółach”, jak twierdziła podobno Wallada. Najbezpieczniej jest zatem opowiadać o sobie, proponują artyści. Osobiste historie, którymi dzielą się z publicznością, są w stanie obalić wielkie narracje historyczne.


Zastosowanie przez Lauwersa paktu autobiograficznego sprawia, że poszczególne opowieści składające się na jego spektakl wydają się neutralne – na pierwszy rzut oka nie niosą wyraźnego, jednoznacznego przekazu ideowego. Razem zyskują jednak moc zdolną podważać jednoznaczność wielkich narracji, ośmieszać stereotypy dotyczące pochodzenia i piętnować wybiórczość pamięci. Spektakl Needcompany obnaża kulturową przemoc, której źródłem jest powtarzanie klisz odnoszących się do historii. Kiedy dominują one ponad historiami jednostkowymi – prowadzą do ujednolicenia pamięci i tożsamości. Niewidomy poeta to spektakl upominający się o wieloznaczność ludzkich losów. Niejako przy okazji jego twórcy osiągają jednak coś, co wydaje się jeszcze ważniejsze – przypominają o wartości człowieka – wbrew stereotypom i niosącym je, często wrogo nacechowanym, określeniom.


Niewidomy poeta to spektakl o wieloznaczności minionego czasu. O pokrętnych ścieżkach losu wielu rodzin i różnorodności naszych osobistych doświadczeń. O problemach z tworzeniem jednoznacznych podziałów pomiędzy dobrem i złem. I o tym, że wszyscy w jakimś stopniu jesteśmy przybyszami, migrantami, uchodźcami, którzy szukają własnego miejsca na ziemi. To spektakl o wartości każdego człowieka jako jednostki i o znaczeniu naszych indywidualnych historii. Aktorom mówiącym ze sceny do publiczności udaje się wykorzystać rysy, luki i pęknięcia w monolitycznej, usankcjonowanej wersji historii. Pokazują, że często – kiedy tworzona jest z perspektywy jednego narodu, przedstawicieli jednej rasy czy religii – bywa przeinaczana. Jej interpretacja pozostaje stronnicza. Wypowiedzi artystów są jak krople zdolne drążyć skałę. Sączą się w jej zakamarki, zapadając w pamięć widzów spektaklu Needcompany. W ich świadomości mogą – podobnie jak woda zamarzająca w szczelinach kamienia – rozsadzać gmach jednoznacznej narracji dotyczącej historii.

 

1. Spośród wyreżyserowanych przez Jana Lauwersa spektakli Needcomapany dotychczas w Polsce zaprezentowane zostały trzy części Sad Face/Happy Face (Malta Festival Poznań 2010, pierwsza część trylogii także podczas XXXIV Krakowskich Reminiscencji Teatralnych w 2009 roku) i Marketplace 76 (Malta Festival Poznań 2013). Prócz tego zespół Needcomapny zaprezentował także, stworzone przez Grace Ellen Barkey, przepojone surrealistyczną estetyką, choreograficzne widowisko Mush-room (Malta 2013).

Needcompany
Niewidomy poeta (The Blind Poet)
tekst, reżyseria, scenografia Jan Lauwers
premiera 12 maja 2015
pokaz 25 marca 2018
w Teatrze Muzycznym Capitol we Wrocławiu
w ramach XXXIX Przeglądu Piosenki Aktorskiej

 

Komentarze
W najnowszym numerze
„Teatr. Krytycy” tom 2

„Teatr. Krytycy” tom 1

http://polskidramat.pl/centrumsztukitanca.eu


Nasz serwis korzysta z plików cookies zgodnie z polityką prywatności i plików cookies [dowiedz się więcej]. Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym lub ich usunięcie możliwe jest po właściwym skonfigurowaniu ustawień przeglądarki internetowej. Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może spowodować utrudnienia lub brak działania niektórych funkcji serwisu. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie.

Zamknij