Przewiń w lewo
Przewiń w prawo
Zwiń
Przegląd
7-8/2019
Patrzeć na przebiegi zdarzeń – dalekie, dalekie od marzeń
autor: Małgorzata Piekutowa
Patrzeć na przebiegi zdarzeń – dalekie, dalekie od marzeń
foto: Wesele, reż. Wawrzyniec Kostrzewski, Teatr Telewizji (2019). Archiwum TVP / Stanisław Loba

Po słabym otwarciu pierwszych sezonów „nowego” Teatru Telewizji, ostatni przyniósł wybitną realizację Wesela i kilka widowisk co najmniej przyzwoitych.

 

1.


Teatr, jak wiadomo, to sprawa polityczna. Cóż dopiero teatr telewizji publicznej, który odrodzenie z niebytu archiwalnych powtórek zawdzięcza zwycięstwu PiS w wyborach prezydenckich i parlamentarnych w 2015 roku. Poprzednia koalicja gospodarstwem przy Woronicza zajmowała się o tyle, o ile wymagały tego interesy sympatyzującego z nią producenckiego lobby. Rzecz jasna wykorzystywała TVP jako narzędzie propagandy – jedno z wielu i wcale nie najważniejsze w archipelagu zaprzyjaźnionych mediów. Za rządów PO-PSL w telewizyjnej hierarchii antenowych pasm teatr zamykał stawkę.


PiS szedł do wyborów z hasłem utrzymania narodowego medium i pielęgnowania jego misji. Dla nowej ekipy, bezbronnej medialnie, telewizja publiczna stała się jednym ze strategicznych narzędzi utrzymania władzy. Lekcje gierkizmu i TVN-u (w zakresie programów informacyjnych) oraz Polsatu (w zakresie programów rozrywkowych) nie poszły na marne. Nie minęło wiele czasu, a skrót TVP zaczęto deszyfrować jako „Telewizja Paździerz” (niekontrolowane publiczne prychnięcia pod adresem stacji zdarzały się nawet prominentnym politykom PiS, choćby Piotrowi Glińskiemu czy – ostatnio – Elżbiecie Kruk).

 

2.


Teatr Telewizji nie miałby szans w żadnej z komercyjnych stacji, nie w rzeczywistości plebiscytowej, w której żyjemy, pod ścisłym nadzorem ośrodków badań opinii publicznej. W stacji współfinansowanej przez obowiązkowy (choć nieudolnie ściągany) abonament i z dotacji ze środków publicznych (na rozmaite sposoby ukrywanych), przydaje się jako dowód troski o niemasowe gusta i jako listek figowy przysłaniający fakt, że w niekomercyjnym (z nazwy) medium też przecież najważniejsza jest oglądalność. Ilekroć ktoś bezrozumnie zapiszczy przeciwko Sylwestrowi Marzeń czy Sanatorium miłości, prezes Kurski przypomina o wieczornej transmisji koncertu z warszawskiej filharmonii na antenie TVP Kultura lub o kolejnej premierze Teatru Telewizji. Wszak polityka jest sztuką osiągania celów.

 

3.


Produkcje pierwszych sezonów „nowego” Teatru Telewizji oscylowały na ogół wokół nudy, nieudolności i obciachu. Zapewne różne były tego przyczyny: dyspozycyjność wobec mniemanych oczekiwań inwestora (czyli polityków), wciąż zbyt niskie budżety, uleganie naciskom umocowanych, lecz nie zawsze utalentowanych projektodawców, nieufność (na granicy bojkotu) tzw. środowiska, niechętnie angażującego się w telewizyjne produkcje. Z czasem, z rzadka, pojedynczo nadlatywały jaskółki zmian: zdarzało się przyzwoite, niezłe albo dobre przedstawienie. I znów zapewne była to suma przyczyn. Teatr Telewizji zyskał solidnego mecenasa (oto niewątpliwe przewagi „reżimu” wyznającego centralistyczną i etatystyczną doktrynę, gdyby bowiem Zarząd PGNiG był w pełni samodzielny w swoich decyzjach, zapewne chętniej sponsorowałby jakąś popularną dyscyplinę sportu). Środowisko zrozumiało, że trzeba przygotować się na długi marsz, a bonusy wynikające z pracy dla Telewizji Polskiej są trudne do zlekceważenia (trzeba w tym miejscu zauważyć, że przełom ów dotyczy aktorów, najliczniejszej wprawdzie grupy, ale stanowiącej tylko część środowiska; wyjąwszy parę wyjątków, reżyserzy, którzy decydują o obliczu polskiego teatru, wciąż odmawiają współpracy z telewizją – a może nie są zapraszani?). Na koniec tej wyliczanki muszę wspomnieć o prominentnym protektorze telewizyjnej sceny, skoro sprawa w dość osobliwy sposób stała się publiczną. Otóż na liście wyróżnień niedawno zakończonego festiwalu „Dwa Teatry” znalazła się pozaregulaminowa Nagroda Prezesa ZASP dla Jana Marii Tomaszewskiego, którego doceniono „za wkład i zaangażowanie w przywrócenie świetności Teatru Telewizji”. O tempora, o mores! ZASP ma w swojej historii piękne karty, warto, by jego Zarząd zechciał o tym pamiętać. Nie wątpię, że ów laur zapisze się w kronikach jako groteskowy przykład nadgorliwości i wiernopoddaństwa.


Cokolwiek (czy ktokolwiek) odegrało główną rolę w dziele reanimacji Teatru Telewizji, jest faktem, że liczba premier systematycznie rośnie, a szala jakości z wolna przechyla się na stronę widowisk co najmniej przyzwoitych. I choć doceniam zmianę, nie potrafię oprzeć się pokusie stwierdzenia, że Teatr Telewizji potwierdził słuszność jednej z głównych zasad materializmu dialektycznego, tej mianowicie, że ilość z czasem tworzy nową jakość.

 

4.


Na zajęciach o nazwie „kierownictwo literackie” pewien zacny reżyser, który przez niemałą część zawodowego życia zawiadywał teatrami na prowincji, dzielił się z nami metodą kształtowania sezonowego repertuaru takich scen. Z grubsza brzmiało to tak: „We wrześniu, na początek roku szkolnego lektura, najlepiej Kartoteka albo Moralność pani Dulskiej. Późną jesienią można zaryzykować jakiś eksperyment. W karnawale komedia, może być muzyczna, w Wielkim Poście Historyja o Chwalebnym Zmartwychwstaniu Pańskim, a na kilka tygodni przed maturami coś z klasyki romantyzmu. W końcówce sezonu, przed Dniem Dziecka, koniecznie bajka”.


Przekonanie o konieczności układania repertuaru telewizyjnej sceny według podobnie kalendarzowo-eklektycznego modelu jest dość powszechne. Od Teatru Telewizji nie oczekuje się awangardowości; przynależy do grupy TKM (teatrów kulturalnego miasta – termin wprowadzony przez Dariusza Kosińskiego), przy czym w tym wypadku „M” należy odczytywać jako „miasteczka”; widownia telewizyjnych przedstawień rekrutuje się przede wszystkim z mieszkańców małych miast (zauważmy ten paradoks, flagowe przedsięwzięcie „dobrej zmiany” w sferze polityki kulturalnej cieszy się największą popularnością w bastionach elektoratu PO i SLD, a więc w miastach do pięćdziesięciu tysięcy mieszkańców).


Eklektyzm w praktyce obecnego Teatru Telewizji uwzględnia zarówno kalendarz, jak i rozmaitość form dramatycznych: od cyklu monodramów, przez dokudramy (o tym później), światową i rodzimą klasykę z wyraźną przewagą małego realizmu (tu należy docenić bardzo dobre Lato Tadeusza Rittnera w reżyserii Jana Englerta), przez cokolwiek zapomniany polski dramat XX wieku, jak Czapa Janusza Krasińskiego, Chłopcy Stanisława Grochowiaka czy Wieczernik Ernesta Brylla (żadna z realizacji, może wyjąwszy Czapę, nie przekonała mnie o niesłuszności tej niepamięci), aż po dramat współczesny lub dramatyzacje współczesnej epiki (z efektowną, fantastycznie obsadzoną i zagraną Ceną Waldemara Łysiaka – kombinacją hollywoodzkiej Ławy przysięgłych z Wizytą starszej pani – w bezbłędnej adaptacji i reżyserii Jerzego Zelnika; w tej kategorii nie ma już innych olśnień – nagrodzone na sopockim festiwalu Znaki Jarosława Jakubowskiego osobiście uważam za efekciarską wydmuszkę). Przeniesiona z Teatru Narodowego Pchła Szachrajka w reżyserii Anny Seniuk pozwala postawić ptaszek w rubryce „dla dzieci”.

 

5.


Dwudziestolecie międzywojenne statystycznie pozostaje ulubionym tematem telewizyjnych widowisk. Zadziwiające, od upadku komunizmu, który – to prawda – załgał obraz epoki, minęło już trzydzieści lat, a my wciąż zmagamy się z tematem. A może powód jest inny – lata trzydzieste stały się ostatnio wdzięcznym pretekstem do snucia aluzyjnych złośliwości pod adresem obozu rządzącego. W ten oto sposób Andrzej Strzelecki w swoim skądinąd sprawnie napisanym i zrealizowanym Paradiso ostrzega przed groźbą Berezy Kartuskiej. Doprawdy nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać. Przykładów podobnych przejawów „obywatelskiego oporu” w mateczniku „kaczystowskich siepaczy” dałoby się zresztą wskazać więcej. Swoją drogą: oto inne oblicze „polityczności” Teatru Telewizji.


Nie zapominajmy jednak o kwestiach estetycznych. Przez lata narzekano, że gatunek, labilnie balansujący na granicy form, mocno przechyla się w stronę niskobudżetowej produkcji filmowej. Już teraz widać zdecydowany odwrót od tej tendencji. Plenerów lub autentycznych wnętrz (albo stylizowanych na autentyczne) jak na lekarstwo (udatnie wykorzystano ten model w Lecie Englerta, utrzymując przy tym wrażenie „teatralności”), króluje umowność inkrustowana rekwizytem lub wyspą realistycznej scenografii. Nader często wygląda to tak: jesteśmy w studiu lub w jakimś surowym, rozległym wnętrzu, o postindustrialnej lub wojskowej proweniencji, pośrodku którego postawiono fragment teatralnej scenografii. Staje się to manierą, o ile scenograf nie podejmie próby integracji przestrzeni, jak uczyniła Klaudia Solarz w Człowieku, który zatrzymał Rosję. To przedstawienie zapamiętuje się także dzięki dobremu wykorzystaniu w narracji wstawek animowanego komiksu.


Jednak największą siłą telewizyjnych przestawień jest gra poprzedzona bezbłędnym castingiem. Po maratonie oglądania, do którego zaangażował mnie „Teatr”, z pewnym zdziwieniem stwierdziłam, że polskie aktorstwo (reprezentowane przez wszystkie pokolenia) wciąż cieszy się bardzo dobrą kondycją.

 

6.


Jeśli spojrzeć z lotu ptaka na plany emisji premierowych przedstawień w sezonie 2018/2019, uderza mnogość widowisk o bohaterach polskiej historii: artystach, uczonych, politykach, żołnierzach, duchownych. Cykl biografii (w dość różnorodnych, zauważmy, ujęciach) zdaje się swoistą kontynuacją Sceny Faktu, która w poprzednim wcieleniu dawała korki z najnowszej historii Polski i przemeblowywała dwudziestowieczną kryptę narodowego panteonu. Wszystkie przedstawienia serii, bez wątpienia pomyślanej jako zasadnicze narzędzie obowiązującej polityki historycznej, łączy jedno: w rysunku postaci kluczowym elementem jest aspekt patriotyzmu (nie zaliczam do tej grupy Generała, transferu niezbyt już świeżej realizacji z teatru żywego planu, zapewne motywowanego koniecznością odhaczenia rocznicy wprowadzenia stanu wojennego). Długą listę spektakli nietrudno uszeregować od najsłabszych po najciekawsze. Zawstydzające, że na początku skali znajdują się przedstawienia o kardynale Hlondzie i błogosławionym księdzu Popiełuszce, napisane i zrealizowane według najgorszych schematów hagiograficznego kiczu. W środku stawki sytuują się przedstawienia poprawne lub przeciętne (widowiska o Raczyńskim i Chopinie oraz stanowczo przeceniany Reytan). Na jej czele postawiłabym Dołęgę-Mostowicza. Kiedy zamykam oczy Marka Bukowskiego (także reżyseria) i Macieja Dancewicza oraz mojego faworyta. Człowiek, który zatrzymał Rosję (rzecz o Janie Kowalewskim) Tomasza Drozdowicza (występującego również jako reżyser) i Beaty Hyczko to widowisko niebanalne scenariuszowo, świetnie zagrane i najciekawsze formalnie. Generalnie trzeba przyznać, że nie jest to najgorszy sposób uczenia polskiej historii i wychowywania w duchu krytycznego patriotyzmu.

 

7.


Czas na deser. Na Wesele Stanisława Wyspiańskiego w reżyserii Wawrzyńca Kostrzewskiego, najjaśniej świecącą gwiazdę nie tylko mijającego sezonu. Bez wątpienia jedno z najwspanialszych Wesel w dziejach inscenizacji dramatu. Najpierw – cóż za odwaga. Reżyser Wesela w teatrze żywego planu mierzy się z poprzednikami, ale nie ima się kultowego filmu Wajdy. Kostrzewski skazany na medium filmowe (zdjęcia Adam Bajerski) nie miał wyboru – i wyzwanie udźwignął. Dalej – adaptacja warunkowana ograniczonym czasem emisji, kongenialna, radykalna (bez kwestii o Chińcykach, bez figlów Kaśki z drużbami i bez pijanego Nosa; adaptacja śmiało i nieoczekiwanie łącząca w parę Dziennikarza i Radczynię). Świadomość tradycji widoczna w każdym szczególe, półtonie, półcieniu, w muzyce, audio- i fonosferze (Piotr Łabonarski, Barbara Derlak, Tomasz Waldowski) współtworzącej mikrokosmos, w przestrzeni i kostiumach (Katarzyna Nesteruk) wywiedzionych z obrazów, które na zawsze stały się ikonografią Wesela – wszystko naturalne, integralne, widać, że Kostrzewski i jego ekipa po prostu mają to w sobie. Perfekcja, ani jednej fałszywej nuty, ani pół puszczonej sekundy. Postaci, które chwilowo przepływają na drugi i trzeci plan, nie mają wolnego; przebitki na twarze Radczyni czy Kliminy przysłuchujących się Młodym otwierają nowe pola sensów i komentarzy – i tak dzieje się przez cały spektakl (montaż Jakub Motylewski). Zwałowisko przysypanych piachem złotych rogów, wśród których Jasiek nie może znaleźć tego właściwego. Całość przenikliwa, współczesna, a przy tym ponadczasowa jak sam dramat Wyspiańskiego (niestety, chciałoby się rzec). I jak Wyspiański – ani prawa, ani lewa, gorąca i zatroskana. Intensywna, że aż braknie tchu; zalewany przez nawał bodźców mózg nie nadąża z przetwarzaniem danych w skojarzenia i metafory. I na koniec, choć nie najmniej ważne: fantastyczne aktorstwo, chciałoby się po prostu wymienić całą obsadę. To jedno przedstawienie uzasadnia rację bytu Teatru Telewizji i daje mu carte blanche na następne sezony.


 

Komentarze
W najnowszym numerze
„Teatr. Krytycy” tom 2

„Teatr. Krytycy” tom 1

http://polskidramat.pl/centrumsztukitanca.eu


Nasz serwis korzysta z plików cookies zgodnie z polityką prywatności i plików cookies [dowiedz się więcej]. Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym lub ich usunięcie możliwe jest po właściwym skonfigurowaniu ustawień przeglądarki internetowej. Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może spowodować utrudnienia lub brak działania niektórych funkcji serwisu. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie.

Zamknij