Przewiń w lewo
Przewiń w prawo
Zwiń
Przegląd
7-8/2019
Bawmy w Berlinieo diabła ze światem
autor: Iwona Uberman
foto:

Na tegorocznych Theatertreffen trudno było się oprzeć wrażeniu, że zaprezentowany tam program pochodzi z domu towarowego KaDeWe, położonego nieopodal głównego bulwaru dawnego Berlina Zachodniego. Zestaw spektakli był podobnie luksusowy i kosztowny jak tamtejsze towary. Czy był on kulturze potrzebny? W obliczu politycznie i społecznie trudnej sytuacji w Europie – niekoniecznie.

 

Oczywiście nie wszystko zasługuje na tak negatywną ocenę. Wybrane spektakle cechowała stylistyczna różnorodność i wspaniałe aktorstwo; było wśród nich także kilka prac efektownych wizualnie. Theatertreffen stać jednak na dużo więcej, a teatr niemiecki wielokrotnie przekonywał swoimi zaangażowanymi wypowiedziami. W tym roku ich zabrakło, zastąpiły je sztuki stawiające w dużej mierze na rozrywkę.


Festiwal rozpoczął Hotel Strindberg w reżyserii wychowanego w Australii Simona Stone’a, już po raz trzeci zaproszonego do Berlina, tym razem z zespołem Burgtheater z Wiednia. Stone powielił swój główny pomysł reżyserski, polegający na przenoszeniu na dzisiejsze sytuacje i przepisywaniu na współczesny język klasycznych utworów. Jedyną różnicą było to, że Hotel Strindberg nie opiera się na jednym tekście, ale jest zbiorem epizodów wybranych z siedmiu dramatów i autobiograficznej prozy szwedzkiego autora. Reżyser umieścił pary bohaterów w pokojach tytułowego hotelu i stosując filmową metodę „short cuts” Altmana, pozwolił widzom śledzić piekło małżeńskie w różnych wariantach i stadiach, w mniej lub bardziej brutalnych formach.


Scenografię stanowi trzypiętrowy budynek widziany w przekroju, w którym ściana od strony widowni jest przeźroczysta, co umożliwia obserwację toczących się równolegle wydarzeń. Włączane lub wyłączane mikroporty aktorów kierują uwagę to w jedną, to w inną stronę. Prawie filmowe dialogi, cięte riposty, wartki przebieg akcji i ciekawe postaci tworzą dość ponury obraz społeczeństwa dobrobytu, zajętego egocentrycznie jedynie swoim nieudanym życiem prywatnym. Niektóre sytuacje dla postronnego obserwatora wydawać się mogą tak komiczne, że trudno brać na poważnie zmartwienia bohaterów. Nawet pesymistyczne zakończenie, kiedy to alter ego Strindberga (Martin Wuttke) trafia nagle ze świata realizmu pierwszej części przedstawienia do jakby innego hotelu o onirycznej atmosferze, i wpada tam nagle w obłęd, nie psuje dobrego nastroju. Ten świetnie zrobiony (dzięki sprawnej pracy osiemdziesięciu techników na zapleczu) i mistrzowsko zagrany przez wiedeńskich aktorów spektakl nie pozostawił jednak po sobie głębszych śladów.


Jeszcze bardziej rozbawić publiczność chcieli twórcy spektaklu z Theater Basel Tartuffe oder das Schwein der Weisen (Tartuffe lub świnia mędrców) w reżyserii Claudii Bauer. Tekst sztuki autorstwa PeterLichta odchodzi daleko od Moliera i gdyby nie tytułowa wzmianka, nie zwróciłoby się uwagi, że punktem wyjścia była komedia francuskiego mistrza. Postaci noszą pseudobarokowe ekstrawaganckie stroje, pojawiają się lub znikają za licznymi wahadłowymi drzwiami trzypiętrowego pałacyku o skrzącej się złociście fasadzie, ustawiają nienaturalnie w grupki na dziedzińcu, a jeśli znajdą się na tyłach fasady, ich twarze ukazują się w zbliżeniach na dużym ekranie. Ci członkowie rodzinnej firmy nieodgadnionej branży porozumiewają się współczesnym slangiem (ciągle słyszy się „okay” lub „zajebiście”), produkując przeważnie nonsensy. Tematem rozmów jest nadchodzący „workshop z seksu”, obiecujący wzbicie się na wyższy „level” osobowościowy po przekroczeniu obecnych granic w cielesnych kontaktach, co ma zapewnić każdemu o wiele wspanialsze życie.


Prowodyrem przedsięwzięcia jest szef firmy Orgi, który przypisuje poznanemu niedawno trenerowi Tuffiemu niezwykłe umiejętności. Tuffi okazuje się wprawdzie zwykłym oszustem, ale zdemaskowanie go nie pomaga. Umowa jest podpisana, za workshop trzeba zapłacić i spełnić dalsze warunki: absolwenci pierwszego kursu muszą wziąć udział w trzech kolejnych. Kto trafia do systemu, nie może się z niego tak łatwo wydostać – oto puenta przedstawienia. Dobrze bawią się miłośnicy płytkiej rozrywki, karkołomnych tyrad słownych i rubasznego humoru podszytego bezsensem (Tuffi wkracza na początku na scenę w przebraniu świni z wielkim penisem, mającym symbolizować bezmierną potencję kapitalizmu). Trudno jest jednak zrozumieć, dlaczego ten bulwarowy spektakl trafił na Theatertreffen. Czyżby zadziałała jego barwna mistyfikacja?


Rozrywki dostarczył także dziesięciogodzinny festyn Dionysos Stadt Christophera Rüpinga. Ideą spektaklu z Münchner Kammerspiele było nawiązanie do tradycji antycznych dionizjów, dlatego ważne były w nim długie przerwy na ucztowanie i tańce oraz wciąganie publiczności na scenę, aby jej obecność na deskach pogłębiała poczucie wspólnoty. Na przedstawienie składały się trzy utwory, powstałe przez połączenie z sobą różnych tekstów dotyczących mitów Prometeusza, upadku Troi i Orestei. Rüping zaprezentował je bardzo przystępnie, z ironią, mieszając tragedię z farsą, improwizację i teatr wspólnoty. Reżyser nie szukał w antycznych opowieściach ich głębi, chciał wypróbować wielką formę festynu. Scenicznie nie dzieje się w spektaklu wiele, w pierwszej części Prometeusz (Benjamin Radjaipour) buja się podczas opowieści snutej w klatce, a reszta aktorów, pobekując, czołga się z zarzuconymi na plecy owczymi skórami. Opowieści o wojnie trojańskiej są zredukowane do parad wojskowych i kilku walk bohaterów, a samą wielką bitwę ilustruje kakofonia perkusyjnych dźwięków. Morderstwa z Orestei są prezentowane na luzie, jako współczesny sitcom. Jest też miejsce na mecz piłki nożnej, wesele i wspólne oglądanie wschodu słońca.


Od wymienionych spektakli różnił się Unendlicher Spaß (Wieczny ubaw) według powieści Davida Fostera Wallace’a w reżyserii Thorstena Lensinga (szerzej omawiany w „Teatrze” nr 5/2019). Niezwykle komiczny, zawierał też drugie dno: ukazał rozpaczliwą niemoc bohaterów wobec własnego bytu i przytłaczającego ich świata, a także obraz współczesnego społeczeństwa, które samo doprowadziło się do ruiny.


Z innej konwencji skorzystał Thom Luz, po raz trzeci pokazując na Theatertreffen, co potrafią wyczarować teatralne maszyny, na pierwszym miejscu te do wytwarzania sztucznej mgły. Girl from the Fog Machine Factory to prawie bezsłowna opowieść, w której obłoki wędrują po scenie, zadziwiając widzów. Reżyser spełnił oczekiwania znających jego poetycki teatr i umożliwił beztroskie chwile ucieczki od rzeczywistości.

Przeżyciem emocjonalnym był dopiero kończący festiwal spektakl z Staatsschauspiel Dresden Duży zeszyt Ulricha Raschego. Rasche pokazał przy okazji, że korzystanie z tego samego pomysłu reżyserskiego może prowadzić do unikatowych dzieł i że trzecie z kolei zaproszenie go na Theatertreffen jest zasłużone. Spektakl jest wizualnie ascetyczny, co czyni ważnymi szczegóły. Na jednej, czasem dwóch obracających się okrągłych płaszczyznach pojawia się dwóch, czterech, ośmiu lub szesnastu nieco podobnych do siebie i prawie jednakowo ubranych młodych aktorów (świetna praca z detalami kostiumów Romy Springsguth). Ich perfekcyjna, doskonale zsynchronizowana chóralna recytacja nie roni ani słowa z okrutnego tekstu Ágoty Kristóf, którego wolałoby się niekiedy nie słyszeć. Duży zeszyt opowiada o dwóch chłopcach, którzy muszą się dostosować do warunków wojny, aby przetrwać. Aby znieść nieobecność matki, zimno i głód, szykany babki, starają się wymazać wspomnienia dobrych czasów, pieszczotliwe słowa i miłe uczucia. Wynajdują w tym celu ćwiczenia uczące ich znosić niedostatek i przemoc, stają się coraz twardsi, przejmują brutalność otoczenia. Krok po kroku aktorzy poruszają się na pochyłej obrotówce, aby pozostać na swoim miejscu i nie zmienić pozycji w grupie. Radzą sobie z gruntem usuwającym im się spod nóg. Muzyka Moniki Roscher buduje klimat wojny, z czasem coraz silniej przytłaczający swą akustyczną warstwą. Spektakl Ulricha Raschego nie tylko opowiada o okrucieństwach – pozwala doświadczyć wojny wręcz zmysłowo. Stwarza poczucie, że wdziera się ona nagle do ustabilizowanego świata.


Z perspektywy tego ostatniego, reszta przedstawień zdaje się być zabawą nad przepaścią. Na koniec festiwalu zobaczyliśmy świat, nad którym nikt nie ma już kontroli. Tegoroczny program nie przyczynił się do tego, aby pozostał daleko.

 

LVI Berliner Theatertreffen
Berlin, 3–20 maja 2019

 

Komentarze
W najnowszym numerze
„Teatr. Krytycy” tom 2

„Teatr. Krytycy” tom 1

http://polskidramat.pl/https://www.fundacjaperforma.com/rozmowy-z-artystamihttps://festiwal.teatr.radom.pl/https://www.adit.art.pl/https://www.imit.org.pl/programy/departament-tanca/4483https://festiwalprapremier.pl/pl/


Nasz serwis korzysta z plików cookies zgodnie z polityką prywatności i plików cookies [dowiedz się więcej]. Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym lub ich usunięcie możliwe jest po właściwym skonfigurowaniu ustawień przeglądarki internetowej. Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może spowodować utrudnienia lub brak działania niektórych funkcji serwisu. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie.

Zamknij