Przewiń w lewo
Przewiń w prawo
Zwiń
Przegląd
2/2020
Rekolekcji ciąg dalszy
autor: Edyta Kubikowska
foto:

Dziewiąta edycja Międzynarodowych Spotkań Teatralnych w Kluż-Napoka wciąż jeszcze wpisywała się w ramy obchodów setnej rocznicy powstania Wielkiej Rumunii, które świętowano w poprzednim sezonie, snując refleksje nad dziejowymi meandrami minionego wieku.

 

W tym sezonie stulecie obchodził z kolei organizator festiwalu, Narodowy Teatr w Kluż, więc okoliczności nadal sprzyjały retrospekcji i historycznym rozrachunkom. Spotkania odbywały się pod hasłem „Razem”. Trochę na przekór tej idei przewodniej w programie znalazły się jednak wyłącznie produkcje szacownego jubilata. Wyjątek stanowiły dwa przedstawienia powstałe w koprodukcji z młodym niezależnym Teatrem Reaktor, które zresztą najakuratniej podjęły ukrytą w tytułowym haśle, niełatwą problematykę. Dotykały one bowiem jednej z najbardziej newralgicznych sfer prywatnego i społecznego życia w tym kraju: burzliwej, pełnej wzajemnych animozji, nabrzmiałej resentymentami i wielorako rozgrywanej politycznie koegzystencji dwóch nacji, Rumunów i Węgrów, którzy po przyłączeniu do Królestwa Rumunii po I wojnie światowej węgierskich dotąd terenów Transylwanii i Banatu na równi trwali w poczuciu niekwestionowanej pierwotnej przynależności do tych ziem. Odebranie ich Węgrom zadało ranę, która jątrzy się do dziś – także rozmyślnie rozdrapywaną.


Poczucie krzywdy wciąż stanowi pożywkę dla nacjonalistycznych nastrojów, które obecnie hołubi i podsyca Viktor Orbán. Władze rumuńskie zaś, mimo przewidzianych w konstytucji z 1923 roku licznych praw dla mniejszości, podkreślały rdzennie rumuński charakter tych ziem, dyskryminując na rozmaite sposoby zastanych autochtonów, przeprowadzając deportacje na mniejszą i większą skalę, marginalizując ich i stygmatyzując. Nienawiść zdeponowana w pamięci obu narodów zawsze pozostawała więc na podorędziu i mogła rzutować nawet na relacje rodzinne, tworząc wybuchowe mikstury – o jakich pisała Aglaja Veteranyi na przykładzie własnych rumuńsko-węgierskich rodziców. W Rumunii żyje dziś ponad milion dwieście tysięcy osób, które deklarują przynależność do narodu węgierskiego i które mimo upływu czasu i przemiany pokoleń wciąż doświadczają rozmaitych tożsamościowych turbulencji.


Podczas uroczystego otwarcia festiwalu mówiono o jednoczącej sile teatru, w którym nikną podziały etniczne, narodowe, pokoleniowe, instytucjonalne; w którym niezależnie od historycznych zaszłości współpracują ze sobą rumuńscy i węgierscy artyści. I bez wątpienia tak jest, czego dowodem są węgierscy autorzy i reżyserzy prezentowanych spektakli. Można było się jednak spodziewać, że przy tak sformułowanym temacie teatr zmierzy się z rzeczywistością pozateatralną, wykroczy poza deklaracje, odważy się wejść na grząskie obszary, czy nawet na pola minowe. Podręczy sumienie, przeprowadzi nieprzyjemne operacje na narodowej świadomości, czy wreszcie pobudzi do empatii. Tego ostatniego spróbowali – delikatnie i trochę nieporadnie – właśnie aktorzy Teatru Reaktor, opisując własne doświadczenia. Poza nimi w tej materii powiedziano niewiele. Spektaklem, który najbezwzględniej rewidował dzieje wzajemnych stosunków etnicznych, okazała się w rezultacie Nasza klasa Tadeusza Słobodzianka w reżyserii Lászla Bocsárdiego, ale to – mimo możliwych pewnie do przeprowadzenia analogii – inna historia.


Chętniej wracano natomiast do czasów komunizmu. Tematu wciąż żywego, a zarazem na swój sposób bezpiecznego, oswojonego. Mimo dystansu trzydziestu lat wydaje się on wciąż nieprzepracowaną traumą, doświadczeniem może nie tyle żywym, ile uparcie ożywianym, któremu nie daje się odejść w zaświaty. W Kluż jest wiele przestrzeni nacechowanych symbolicznie. Niewątpliwie należy też do nich kilka kwartałów potężnego blokowiska, rozlokowanego dość okazale po obu stronach jednej z głównych arterii miasta. Zwarta, kilkunastopiętrowa zabudowa, w stylu łączącym betonową wielką płytę z romskim zamiłowaniem do obłości i zdobień, przytłacza z daleka. Z bliska – jeszcze bardziej: zaniedbana, nieremontowana, nadżarta zaciekami, pełna rozmaitych prowizorek, zabudowań i dostosowań, z labiryntami rur i przewodów, kawałkami zaniechanych konstrukcji. Jest pozostałością z czasów naftowej prosperity Ceaușescu i budowy przez „Słońce Bałkanów” nowego, lepszego, scentralizowanego ładu. Zamieszkałą skamieliną. Żyją w niej wciąż tysiące ludzi. Spacer wzdłuż tego kanionu wprowadza w swoisty „międzyczas”, w czyśćcową przestrzeń „pomiędzy”, która unaocznia dotkliwą potęgę byłego reżimu i jego jeszcze bardziej dotkliwą megalomanię, korupcję i pokraczność. I taka właśnie międzyrzeczywistość wraca także w teatrze – trochę inercyjnie czy zastępczo – jako nieco natrętne, dobrze znane widmo, i straszne, i śmieszne.

 

Sztuka przetrwania


Najukochańszy z Ziemian (Cel mai iubit dintre pământeni) to ostatnia powieść Marina Predy, jednego z najbardziej znanych powojennych pisarzy rumuńskich. Została wydana w 1980 roku. Krótko zaistniała na rynku – po kilku tygodniach wycofano ją z obiegu, gdyż była ostrą krytyką komunizmu, studium absurdów reżimu. Autor wkrótce zmarł z przedawkowania alkoholu. Książka – o pewnych cechach autobiograficznych – opowiada historię profesora filozofii, który w ostatnich latach stalinizmu zostaje uwięziony na podstawie fałszywych oskarżeń, a po uwolnieniu w latach sześćdziesiątych próbuje ułożyć sobie życie w socjalistycznej Rumunii – a właściwie walczy o fizyczne i moralne przetrwanie, coraz bardziej wyobcowany z rodziny, kręgów znajomych, środowiska uniwersyteckiego, ze społeczeństwa w ogóle. Wraca do myśli o samobójstwie, które chciał popełnić w więzieniu.


Przedstawienie w reżyserii Tudora Lucanu toczy się nielinearnie, w czasowych zapętleniach, prowadzących z powrotem do więziennej celi, gdzie bohater prowadzi oniryczny dialog z kochanką i z samym sobą, a której granice są na tyle płynne, że zaciera się linia podziału między więzieniem a światem. Historia buduje się z wielu epizodów, czasem odmalowanych dokładnie, innym razem zamarkowanych, plakatowych czy karykaturalnie wykrzywionych. Sceny konfliktu z zakłamującymi się rodzicami, śmierci matki, kłótni z żoną, rozstania z nią, beznadziejnego szukania pracy i pierwszego dnia po zatrudnieniu w ekipie deratyzacyjnej – nakładają się na dyskusje o walce z imperializmem, wyswobodzeniu proletariatu, kolektywizacji, partyjnych intrygach i roszadach, inwigilacji, relegacji z uniwersytetu słynnego profesora Luciana Blagi (patrona klużańskiego teatru). Mamy niezawodnie zabawną scenę ze szkolenia wojskowego dla akademików. Głowa państwa Gheorghe Gheorghiu-Dej (dosłownie w postaci wielkiej papierowej gadającej głowy na kiju) radzi się Stalina, co robić z wyśmiewającymi nowe kadry zdegradowanymi burżujami, i skarży się na odstępstwa towarzyszy od linii partyjnej. Wyłania się z tego nierzadki w tamtym czasie egzystencjalny dramat inteligenta, który stara się być intelektualnie uczciwy i nie iść na kompromisy, ale jednak się w nie wikła. Człowieka systematycznie degradowanego i niszczonego, który szuka ucieczki w myśli o samobójstwie. Nie wiemy, czy je ostatecznie popełni.


Popełnia je natomiast postać ze sztuki Porno (Porn) Andrása Visky’ego, węgiersko-rumuńskiego poety i dramatopisarza, który spędziwszy dzieciństwo we wschodnioeuropejskim gułagu, gdzie znalazł się wraz z matką i sześciorgiem rodzeństwa w ramach etnicznej czystki przeprowadzonej w 1951 roku na terenach Banatu, obsesyjnie wracał w twórczości do kwestii wolności. Jego ojciec, pastor węgierskiego kościoła reformowanego, został przez władze komunistyczne skazany na wieloletnie więzienie za „sprzeniewierzenie się socjalistycznemu porządkowi”. Porno to dramat o politycznej pornografii – rozpisany scenicznie strumień świadomości, monolog czy dziennik (tekst jest niejednorodny, chaotyczny, wielogłosowy) aktorki, która pod takim kryptonimem występuje w aktach „rozpracowującej” ją bezpieki. Młoda kobieta nie zajmuje się polityką, organizuje uliczne przedstawienia dla biednych romskich dzieci – i na tym polega jej wywrotowa działalność. Ma też romans i zachodzi w ciążę z synem wysoko postawionego wojskowego, co jeszcze komplikuje jej sytuację. Pozbawiana prywatności przez wszechobecny reżim, osaczana przez gęstą siatkę inwigilacji, szantażowana, nękana i napastowana, próbuje wycofać się we własny świat – w miłosne uniesienia (szybko się kończą), fantazje (rozwiewane); w swoje ciało (coraz bardziej wykorzystywane i obce), w swoje przyszłe dziecko, które roni, zapadając na sepsę. Jej świadomość coraz bardziej odrywa się od rzeczywistości i redukuje, aż do ostatecznego „doskonałego, fascynującego Nic”, o którym wcześniej rozmawiała z marionetką kościotrupka w swoim spektaklu dla dzieci.


W 2017 roku w Poznaniu Edyta Łukaszewska zagrała tę sztukę jako monodram, wydobywając z niej „feministyczny” wątek: kobiety walczącej z systemową opresją w każdym jej aspekcie. Premiera odbyła się tuż przed „czarnym protestem” i nie była to zbieżność przypadkowa. W rumuńskim przedstawieniu rzecz wpisano w realia lat osiemdziesiątych minionego wieku, co zresztą tekst sugeruje – znajdują się w nim zapiski z datami dziennymi ostatnich miesięcy 1989 roku. W telewizorze Ceaușescu rozprawiał o zasadach prawdziwej socjalistycznej sztuki, ludzie z Securitate prowadzili przesłuchania i pracowicie notowali w teczkach zdobyte materiały, krążyli szpicle. Żywy, poetycki, mięsisty, nasycony emocjonalnie tekst, który przez soczewkę świadomości jednej kobiety pozwala przyjrzeć się politycznej perwersji, sadystycznej przyjemności zniewalania, uprzedmiatawiania, odbierania tożsamości i w końcu eliminowania człowieka, wtłoczono w dość utarty realistyczno-sentymentalny schemat – nie zważając na słowa samej bohaterki, że „sentymentalizm, rozkoszując się delikatnie sobą, prawdziwie rujnuje cały świat”.

 

Wielogłosy


Kluż jest miastem uniwersyteckim, a więc domeną młodych. „To widać, słychać i czuć”. Mają oni też swoją teatralną reprezentację w postaci grupy Reaktor, która podejmuje gorące tematy i uprawia rodzaj artystycznych interwencji społecznych. W sierpniu 2018 roku zespół teatru wybrał się do gminy Racos, w której (oprócz tego, że znajduje się w niej najstarszy aktywny wulkan w regionie) mieszka społeczność w 55% węgierska, w 23% rumuńska i w 21% romska, rozmaitych też wyznań: prawosławnego, protestanckiego, unitariańskiego, katolickiego, zielonoświątkowego. Tam przez tydzień dziewięcioro aktorów opowiadało sobie nawzajem dzieje swojego życia, śpiewało z dziećmi ze wsi i rozmawiało z mieszkańcami, starając się poznać życie złożonej społeczności. Rozmyślając nad własnymi korzeniami, artyści wpadli też na częsty dzisiaj pomysł, by zrobić sobie testy DNA i sprawdzić własne pochodzenie. Wyniki pokazały oczywiście, z jakiej mozaiki etnicznej składa się każda z testowanych osób. Z tych doświadczeń i analiz powstał performans 99,6% – trochę jakby dzisiejsze echo gardzienickich akcji, przed czterdziestu laty prowadzonych w terenie. Widzowie siedzą wspólnie z aktorami na podłodze, najpierw wciągani w długą grę wzajemnych spojrzeń, a potem w rozmowę. Można obejrzeć procentowe wykresy z testów, posłuchać kawałków osobistych historii, które potem każdy z aktorów przedstawia obszerniej, w języku swojego pochodzenia i w najbardziej wygodnej formie ekspresji. Opowiadają po rumuńsku, węgiersku lub angielsku o własnej rozdwojonej, dwunarodowej świadomości, o szarej strefie, która tworzy się między mówieniem w jednym języku a myśleniem w innym, o ucieczkach z i powrotach do swoich rodzinnych miejscowości, które pozwoliły im zrozumieć, co znaczy być gdzieś obcym. Pomiędzy opowieściami intonują pieśni ludowe z rodzinnych stron. Odprawiają wspólnie uniwersalny rytuał dzielenia się chlebem. Opowiadanie własnych historii stało się już pewnym trendem performatywnym. Wielość prywatnych narracji potrafi bowiem demontować politycznie narzucane wielkie narracje, zbliżać ludzi, rozbijać stereotypy i uświadamiać, że mimo odmiennych doświadczeń genetycznie różnimy się tylko czterema dziesiątymi procenta, a w pozostałych 99,6% jesteśmy tacy sami.


Z podobnej, indywidualnej perspektywy ogląda też Reaktor cały miniony wiek. Nasze własne małe stulecie (Micul nostra centenar) Marii Manolescu to prościutkie, opowiedziane w konwencji naiwnego dziecięcego teatrzyku przedstawienie o kilkupokoleniowej rodzinie, która stanowi parabolę całego kraju. Prababcia Anuţa obchodzi, podobnie jak Rumunia, setne urodziny. Z tej okazji zbierają się u niej jej dzieci, wnuki i prawnuk. I rozpoczyna się zwykła rodzinna kakofonia – każdy mówi o czym innym, każdy temat prowadzi do sporu, powodem szczególnych napięć są, rzecz jasna, kwestie polityczne. Nastoletni Toma, który najbardziej lubi przesiadywać przy starym radiu i wędrować pokrętłem przez różne stacje, szukając w ich chaosie jakichś zgodnych tonów, przyrównuje ów, mocno go skądinąd rozstrajający, domowy wielogłos właśnie do rozmaitych, nakładających się na siebie fal radiowych. Bombardowany nimi, stara się w nie wsłuchać – zwłaszcza w głos prababci, dla której ma ułożyć mowę jubileuszową.


Nie potrafi jednak nic sensownego sklecić, ponieważ właściwie staruszki nie zna. Wyciąga ją więc na wspomnienia, żeby samemu rodzinną przeszłość przetrawić, a też – z czego nie zdaje sobie jeszcze sprawy – zrozumieć siebie. Jubilatka, przy wtórze niecierpliwych komentarzy rodziny, opowiada zaś niby-bajkę o wspaniałym zielonym księciu Codreanu i jego Żelaznej Gwardii, o wojnie i ojcu, który uratował jej życie, brutalnie ją przeganiając, gdy nieświadoma zagrożenia szła z żywnością dla transportu więźniów. O wstąpieniu do partii, która dawała jej materialne zabezpieczenie. Wplątana w historię, staruszka szła po prostu z jej nurtem: przechodząc przez nacjonalizm, wojnę, komunizm, przekonana, że w jej kraju najpiękniej, trawa najbardziej zielona, ludziom dzieje się najlepiej. I kompulsywnie karmiąca chlebem – prawnuka i gołębie. I dopiero te wspólne międzypokoleniowe gruntowne rekolekcje sprawiają, że chłopak może chaos wszystkich doświadczeń i poglądów własnych przodków zinterioryzować, w sobie je uładzić i nad nimi zapanować, tak by tworzyły harmonijną całość. Coś na kształt Heglowskiej syntezy. Połączonej może z przepływem Csíkszentmihályiego.


A bodaj najciekawsze z całego repertuaru tegorocznego festiwalu okazało się, paradoksalnie, kameralne przedstawienie o nicnierobieniu – Il nullafacente Michele’a Santerama w reżyserii dobrze w Polsce znanego Roberta Bacciego. Doprowadzić zaniechanie do doskonałości, nie dać się rozproszyć jakimkolwiek czynnościom, smakować chwilę, skoncentrować się na przycinaniu drzewka bonsai, kontemplować – bo za chwilę i tak nas nie będzie – w tym dwójka bohaterów widzi istotę egzystencji.

 

IX Międzynarodowe Spotkania Teatralne
Kluż-Napoka, 9–13 października 2019
 

Komentarze
W najnowszym numerze
„Teatr. Krytycy” tom 2

„Teatr. Krytycy” tom 1

http://polskidramat.pl/centrumsztukitanca.eu


Nasz serwis korzysta z plików cookies zgodnie z polityką prywatności i plików cookies [dowiedz się więcej]. Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym lub ich usunięcie możliwe jest po właściwym skonfigurowaniu ustawień przeglądarki internetowej. Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może spowodować utrudnienia lub brak działania niektórych funkcji serwisu. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie.

Zamknij