Przewiń w lewo
Przewiń w prawo
Zwiń
Przegląd
10/2012
Forma osobowa
autor: Paweł Krzaczkowski
Forma osobowa
foto: Bartłomiej Sowa

Dzięki efektowi slow motion mowa w operze Nicholasa Lensa staje się śpiewem, a opera spowolnionym dramatem.

W pewnym momencie poznańskiej opery Slow Man na ekranie pojawiają się Elizabeth Costello i Paul Rayment, główni bohaterowie powieści Coetzeego. Kamera przypatruje się ich twarzom. Mówią, ale – co najistotniejsze – obraz przemyka w znacznym zwolnieniu. W rezultacie ruchy mimiczne wydają się na swój sposób monstrualne. Usta zatrzymują się w otwarciu. Powoli się zamykają. Dla mowy to ruch całkiem obcy, spoza jej świata. Emisja zatrzymana na konkretnej głosce to przecież domena śpiewu, a nienaturalne zachowanie i stanie przed publicznością z szeroko otwartymi ustami wskazywałyby raczej na operę. Choć za obrazem nie podąża w tym wypadku głos, możemy odnieść wrażenie, że Costello i Rayment śpiewają. Tak jakby chciano zasugerować, że opera to mówienie spowolnione. Różnica pomiędzy teatrem dramatycznym i operowym okazuje się kwestią tempa i odrębnych gramatyk mimicznych, a śpiew operowy odsłania oblicze mowy okaleczonej, dyscypliny ludzi powolnych. Tak jak fotografia. Jak kalectwo i starość.
Paul Rayment, główny bohater powieści Coetzeego, jest emerytowanym fotografem. Nie tyle artystą, ile – jak sam mówi – technikiem fotografii, który przez wiele lat zajmował się portretowaniem ludzi w swoim studio. Przy okazji zbierał stare zdjęcia, które chciał zachować dla potomności. Interesowały go głównie obrazy Australii z odległych dekad. Rayment zdaje sobie sprawę, że dzięki fotografii czas zostaje zapamiętany, historia staje się widzialna, i wreszcie – że fotografia tworzy historię. To wszakże tylko przeszłość zawodowa i niewinne hobby. Wkrótce jednak jego indywidualny los upodobni się do fotografii. Wypadek, w wyniku którego Rayment zostanie kaleką bez nogi, jak klisza fotograficzna, która zatrzymuje moment, zatrzyma jego prywatny czas i pozbawi rutyny codziennych rytmów, do których przywykł. Stanie się powolnym człowiekiem, a życie jako proces zamieni się w bezwolny bezruch. Tak jak bohater wcześniej panował nad czasem, czas będzie panował nad nim. Tak jak kiedyś w ułamku sekundy zatrzymywał momenty, chwila, w której samochód zmiażdży jego nogę, unieruchomi jego życie. „Cios dosięga go z prawej – nagły, przeszywający”. Tak też zaczyna się opera. Nie tymi słowami, ale tym, na co wskazują.
Przed widownią ekran. Kamera przemieszcza się w nocy meandrami ulic. Po lewej i prawej stronie sceny pojawiają się Rayment (Mark S. Doss) i Costello (Lani Poulson). Ekran podnosi się, odsłaniając wnętrze sceny. Widzimy zszarzałe betonowe ściany i pomiędzy nimi kalekę na wózku. W powieści, odpowiadając na pytanie o dom, Rayment powie: „Dokądkolwiek pojadę, wszędzie marznę. Zimny człowiek”. Ale najwyraźniej nie pasuje do tej roli, tych słów i miejsca, które przywołuje na myśl wnętrze chłodni. Wolałby nie widzieć, „jak przywiązany za kostki nóg wisi [...] wśród zamrożonych tusz”, pośród kilku przedmiotów, które sugerują nieszczęście: krzeseł ustawionych pod ścianą jak w poczekalni szpitalnej, barierek do ćwiczenia górnych części ciała dla osób z upośledzeniem dolnych kończyn, balkoników.
Elizabeth Costello niespodziewanie pojawia się obok człowieka złamanego wypadkiem, próbuje przywrócić go życiu i na nowo pokierować jego samotnością i samoudręką. Nie zrozumiemy, dlaczego poczytna australijska pisarka postanawia zająć się życiem zupełnie przeciętnego emeryta. I dla niego pozostanie to zagadką. Uwyraźni się wszakże, że Costello niekoniecznie kieruje się logiką współczucia, bo zarazem upokarza go, poddając niezrozumiałym eksperymentom emocjonalno-erotycznym. Rayment nie może pogodzić się ze swoją samotnością i wynikającym z kalectwa stanem zależności, marząc jednocześnie o miłości i bliskości cielesnej. Costello to pragnienie podsyca, by w końcu doprowadzić do zbliżenia pomiędzy Raymentem i niewidomą Marijaną (Claron McFadden), podobnie jak on złamaną swoim kalectwem. Bohater będzie musiał mieć zawiązane oczy, żeby nie widzieć jej rozpaczy. Za zbliżenie będzie musiał zgodnie z poleceniem Elizabeth zapłacić, co tylko pogłębi ich poczucie izolacji i upokorzenia. Costello okazuje się tutaj złym demiurgiem, jakby Coetzee, autor libretta, zainspirował się imperatywami, które rządzą logiką sceniczną późnych miniatur Becketta.
Po kilku kolejnych ariach i duetach, w których Marijana i Rayment wykrzykują swoje nieszczęście, powtarzając frazy na tle zapętlającej się kompozycji Nicholasa Lensa, Costello najwyraźniej da za wygraną, o czym przekonuje końcowy duet, wykonywany z Raymentem. Dla powolnych ludzi nie ma miejsca na miłość. Wracamy w ten sposób do punktu wyjścia opery. Wiek i kalectwo odebrały Raymentowi życie i miłość, pozostało mu powolne snucie się przy balkoniku w szpitalnej chłodni. Ta świadomość być może nie jest gorsza niż oszustwo, które boli nie mniej niż fizyczne okaleczenie czy upokarzająca karykatura miłości. Zdesperowany Rayment żegna się ze złudzeniem, śpiewając o trosce i o „kimś, kto pomógłby zejść po schodach, a wreszcie zamknął oczy, kiedy przyjdzie pora”. Być może wraz z Costello dochodzą do wniosku, że w nieszczęściu lepiej uciec się do figury stoickiej, niż padać ofiarą emocjonalnych uniesień. Wydaje się jednak, że to raczej desperacja, a nie mądrość, podpowiada im słowa, że nie spotykają się pośrodku drogi, ale po stronie rozpaczy Raymenta, jako powolni, starzy ludzie.
Jeśli na początku pisaliśmy o efekcie slow motion, w wyniku którego mowa staje się śpiewem, a opera spowolnionym dramatem, to na koniec wypadałoby zapytać, czy Coetzeemu i Lensowi udało się zatrzymać ruch powieści w taki sposób, by mogła dostać nowe życie w nowej formie. Innymi słowy, czy tłumaczenie powieści na język opery się powiodło, a bardziej szczegółowo pytając – dlaczego wybór Coetzeego padł na te, a nie inne wątki jego prozy, zmieniając ciepłą ironię tej złożonej opowieści w jednoznaczną tragedię. Być może na tym polega główna słabość opery Slow Man – brakuje jej dystansu. Emocje podawane są tu zbyt intensywnie i bezpośrednio, bez źródłowych kontekstów i motywacji, które zachowywały w nich większy związek z rzeczywistością. Estetyka brutalizmu, która tak dobrze sprawdzała się w teatrze dramatycznym, niekoniecznie daje się łatwo przenieść na scenę operową, szczególnie kiedy zostaje złagodzona. Zabrakło więc, jak się wydaje, zrozumienia specyfiki gatunku operowego, jego ograniczeń i świadomości tego, że akcja w operze podąża nie tylko wolniej, ale też innymi torami, i wreszcie, że opera niekoniecznie powinna uchodzić dzisiaj za właściwe medium opowiadania historii i właściwe miejsce dla akcji scenicznej, opartej na figurze osoby. Łatwo wówczas zapędzić się w ślepą uliczkę, gdzie do wyboru ma się tylko łatwy śmiech lub równie łatwe wzruszenie.
Wewnętrzna problematyka opery skłania dziś postępowych twórców do ściślejszego wiązania wydarzeń scenicznych i muzycznych, takiej kompozycji tekstu i obrazu, by przekaz nie zamykał się w prostych emocjach, którym nie zawsze chcemy ufać. Szczególnie kiedy ich nośnikami miałyby być figury osobowe, które bardzo rzadko sprawdzają się w operze. Slow Man domaga się ostatecznie zbyt jednoznacznej identyfikacji z osobowymi emocjami, które tworzy, odbierając widzowi i słuchaczowi prywatną przestrzeń na bardziej zniuansowany i krytyczny stosunek do bohaterów, a tym bardziej do sensu, który mógłby się pojawić. Można by uznać to przewrotnie za ukłon w stronę kompozytora, który bardzo sprawnie podkreślił w partyturze emocjonalne napięcia, co jest także zasługą dyrygenta i wykonawców, w tym rewelacyjnych Marka S. Dossa i Claron McFadden. Z drugiej jednak strony muzyce Lensa brakuje nowoczesności, zbyt wiele tu przestarzałych środków technicznych.
Na szczęście opera to także praca reżyserska. Dzięki Mai Kleczewskiej mamy do czynienia ze spektaklem niezwykle czystym i precyzyjnie minimalistycznym. Ale czy to wystarczy? Jeśli oglądać i słuchać Slow Man, to chyba po to, by zastanowić się nad miejscem figury osobowej w operze, i nad tym, w jakich okolicznościach byłaby ona wiarygodna.
 

Teatr Wielki im. Stanisława Moniuszki w Poznaniu
Slow Man Nicholasa Lensa
libretto John Maxwell Coetzee
dyrygent Bassem Akiki
reżyseria Maja Kleczewska
premiera 5 lipca 2012
 

Komentarze
W najnowszym numerze
„Teatr. Krytycy” tom 2

„Teatr. Krytycy” tom 1

http://polskidramat.pl/https://www.fundacjaperforma.com/rozmowy-z-artystamihttps://festiwal.teatr.radom.pl/https://www.adit.art.pl/https://www.imit.org.pl/programy/departament-tanca/4483https://festiwalprapremier.pl/pl/


Nasz serwis korzysta z plików cookies zgodnie z polityką prywatności i plików cookies [dowiedz się więcej]. Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym lub ich usunięcie możliwe jest po właściwym skonfigurowaniu ustawień przeglądarki internetowej. Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może spowodować utrudnienia lub brak działania niektórych funkcji serwisu. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie.

Zamknij