Przewiń w lewo
Przewiń w prawo
Zwiń
Przegląd
3/2014
Legenda wiecznie żywa?
autor: Ewa Maria Kaźmierczak
Legenda wiecznie żywa?
foto: Hugo Glendinning

W spektaklu Earthfall indywidualne losy mieszkańców legendarnego Chelsea Hotel zostały przełożone na metaforyczny język tańca.

 

Andy Warhol, Marilyn Monroe, Jim Morrison, Kurt Cobain, Sid Vicious – ikony popkultury, skandaliści, których droga ku sławie wiodła od nagłych wzlotów do głośnych upadków. O ich życiu, owianym tajemnicą, rozpisują się biografowie, powstają kolejne filmy, dokumentalne i fabularne, powstają także widowiska teatralne. Nowa tendencja – oto popkultura nie tylko podporządkowuje sobie dyskurs sceniczny, ale także czyni ze swoich ikon głównych bohaterów.


Za prekursora tego nurtu w Polsce można uznać Krystiana Lupę – autora spektaklu Factory 2, poświęconego fenomenowi pracowni Andy’ego Warhola. Przedstawienie nie tylko było wariacją na temat życia i twórczości nowojorskiego artysty, ale stanowiło też swoistą próbę utożsamienia się „dzieci Lupy” z dziećmi króla popartu. Po Warholu przyszedł jeszcze czas na Marilyn Monroe, bohaterkę kolejnego przedstawienia Lupy Persona. Marilyn. Kilka lat później Paweł Passini, reżyser młodego pokolenia, postanowił zmierzyć się z legendą Jima Morrisona, czego efektem był spektakl Morrison/Śmiercisyn według utworu Artura Pałygi. Można by wymienić także inne spektakle, m.in. Courtney Love Moniki Strzępki, widowisko poświęcone kulturze grunge’owej, czy chłodno przyjętą przez krytykę opowieść o umierającym na AIDS Mercurym, spektakl Agaty Puszcz Freddie reż. Irmina Kant z 2012 roku.


Widowiska oparte na życiu ikon popkultury nie tworzą jednolitego nurtu poszukiwań teatralnych. Różni je przede wszystkim stosunek wobec materiału wyjściowego – biografii, twórczości, fenomenu danego artysty. Losy realnych postaci staja się inspiracją dla reżyserów poszukujących analogicznych zjawisk na gruncie lokalnej tradycji (na przykład Courtney Love). Powołują do istnienia widowiska – sceniczne fantazmaty, wciągające widza w oniryczną rzeczywistość (jak w przypadku prac Passiniego i Lupy). Częstym zabiegiem jest także demitologizacja legendy i zniszczenie wizerunku artysty utrwalonego w masowej świadomości.


Taneczny spektakl Chelsea Hotel Earthfall Dance Company z Wielkiej Brytanii jest inny. Jim Ennis i Jessica Cohen, twórcy widowiska, snują metaforyczną opowieść zainspirowaną słynnym nowojorskim hotelem i jego legendarnymi mieszkańcami. Miejscem, które stało się domem dla wielu artystów. Ściany słynnego budynku przy 23 ulicy niejedno widziały i słyszały. W hotelowych pokojach niejednokrotnie miały miejsce tragedie – to tutaj znaleziono ciało Nancy Spungen, zabitej prawdopodobnie przez swojego chłopaka Sida Viciousa.


Earthfall Dance Company jest niewątpliwie jedną z najciekawszych formacji teatralnych w Wielkiej Brytanii. Grupa, założona w 1989 roku przez Jessicę Cohen i Jima Ennisa w Cardiff, od początku działalności tworzy spektakle oparte na fizycznej ekspresji wykonawców, łącząc język współczesnego tańca z rozbudowaną warstwą multimedialną i wykonywaną na żywo muzyką. W historii Earthfall nie brakuje wątków polskich. Ennis w latach osiemdziesiątych związany był z OPT Gardzienice. Kilka lat później reżyserzy nawiązali współpracę z Tomaszem Rodowiczem, współpracownikiem Staniewskiego, obecnie zaś dyrektorem Stowarzyszenia Teatralnego Chorea działającego w Łodzi.


Pierwsze widowiska łódzkiej formacji powstały właśnie w koprodukcji z Earthfall Dance. Owocem tej współpracy są spektakle składające się na tzw. Tryptyk Antyczny: Hode Galatan, Po ptakach i Bakkus. Zderzenie odmiennych metod i technik pracy zaowocowało niestandardowymi odczytaniami muzyki i literatury starożytnej Grecji. Antyczne zaśpiewy oraz estetykę teatru antropologicznego skonfrontowano z językiem współczesnego tańca, multimedialnymi projekcjami i jazz-rockową muzyką. Współpraca Chorei z Earthfall Dance niewątpliwie wpłynęła na ukształtowanie teatralnego języka łódzkiej formacji. Operowanie kontrastami, konstruowanie rzeczywistości celowo chaotycznej, opartej na konflikcie dwóch wizji świata (antycznej i współczesnej), korzystanie z odmiennych stylistyk – stały się elementami określającym teatralny język Rodowicza i jego współpracowników.


Chelsea Hotel, najnowsza produkcja walijskiej grupy, pozwala zanurzyć się w rzeczywistości budowanej przez żywiołowy ruch oraz absorbującą muzykę, urastającą niemal do rangi samodzielnego bohatera scenicznego. Spektakl, zainspirowany legendarnym nowojorskim hotelem, w którym mieszkali tacy artyści jak Patti Smith, Dylan Thomas, Tennessee Williams, Bob Dylan, Janis Joplin czy Jimi Hendrix, przez brytyjską publiczność został przyjęty z dużym entuzjazmem. Recenzenci zachwalali przede wszystkim muzykę, która napędzała ruch sceniczny i budowała nastrój, zachwycali się także witalnością, energią i emocjonalnym zaangażowaniem aktorów, przy jednoczesnym zdystansowaniu do kreowanych ról.


Dystans i umowność rzeczywiście przesądzają o wartości spektaklu. Reżyserzy i wykonawcy mogli łatwo wpaść w pułapkę opowiadania historii mieszkańców hotelu, a tym samym zrobić przedstawienie nieudolnie udające kino. Cohen i Ennis grzebanie w skandalach pozostawili dziennikarzom, biografom i twórcom filmowym. Stworzyli natomiast widowisko, w którym indywidualne losy artystów zostały przełożone na metaforyczny język tańca, skomponowali je z obrazów rozbłyskujących jak flesze, nieukładających się jednak w historię któregoś ze słynnych mieszkańców. Jedynie pewne elementy kostiumu, komentarze wygłaszane przez wykonawców do kamery lub też pojedyncze zdania zapisane na strzępach papieru i wyświetlone na ekranie pozwalają nam na moment poddać się iluzji. Wyobrazić sobie, że uczestniczymy w historii Patti Smith czy oglądamy Sida Viciousa, jak kocha się i kłóci z Nancy.


Aktorzy od początku pozostają sobą – czwórką młodych tancerzy, którzy są trochę jak dzieci udające w domu przed lustrem znanych muzyków i aktorów. Nie wcielają się w role, ale budują je w oparciu o własną indywidualność. Każdą z kreacji cechuje ulotność i umowność, co podkreśla także scenografia. Jedynymi jej elementami są stara lodówka, drewniany stół i metalowe łóżko, przypominające bardziej szpitalne niż hotelowe. To symbole tego, do czego często sprowadzało się życie gości hotelu: seksu, imprez, alkoholu i narkotyków. Z lodówki jeden z wykonawców wyciąga kowbojki, ulubiony model butów Viciousa. Stają się one metaforą legendy „zamrożonej” w zbiorowej świadomości, którą próbują „rozmrozić” twórcy spektaklu. Nie poprzez kolejną próbę opowiedzenia dobrze znanej historii (czy raczej jej wersji), ale poprzez wykorzystanie jej jako bodźca wyzwalającego fizyczną witalność i autentyczne emocje tancerzy.


Antyiluzyjny charakter widowiska podkreśla nieustanna obecność wykonawców na scenie. Spektakl rozpoczyna się już w momencie, w którym widzowie wchodzą do sali i zajmują miejsca. Aktorzy (Jessica Haener, Rosalind Haf Brooks, Sebastian Langueneur i Alex Marshall Parsons) siedzą na łóżku, jedzą jabłka, rozmawiają, przyglądają się publiczności. Ubrani są w codzienne stroje: mężczyźni noszą obcisłe jeansy i podkoszulki, jedna z aktorek – luźną koszulę i kamizelkę, druga – niebieską sukienkę w stylu retro. Ten moment poprzedzający spektakl pozwala wykonawcom nawiązać kontakt z odbiorcami, a publiczności rozpoznać w którymś z performerów legendarnego mieszkańca hotelu. O pełnej identyfikacji nie może tu jednak być mowy.


Wykonawcy wprowadzają widza w wykreowaną rzeczywistość poprzez długi prolog: aktorzy kolejno wstają z łóżka i zasiadają przy stole. Głośna muzyka kontrastuje z posuwistymi ruchami, nienaturalnie rozciągniętymi w czasie. Scena ta, przypominająca spowolnioną sekwencję filmową, staje się kontrapunktem dla późniejszych żywiołowych układów tanecznych. Reżyserzy igrają z cierpliwością widzów, dlatego też początkowo widowisko jest statyczne, ekspresja ograniczona, sprawia wrażenie wręcz przytłumionej poprzez graną na żywo muzykę. Umięśnione ciała aktorów i pojedyncze gesty sygnalizują, że wykonawców stać na znacznie więcej niż zgrabne przemieszczanie się po sali czy turlanie po stole. Jednak wraz z upływem czasu układy ruchowe są coraz bardziej ekspresywne, taneczne popisy pozwalają w pełni poznać możliwości aktorów, którzy są nie tyle tancerzami, co akrobatami w pełni kontrolującymi własne ciała. Namacalna, wręcz narzucająca się fizyczność spycha muzykę na drugi plan i staje się głównym elementem konstytuującym przestrzeń sceniczną.


W widowisku Earthfall Dance można wyodrębnić trzy plany narracyjne tworzone przez taniec, muzykę oraz multimedia. Najważniejszym środkiem ekspresji są oczywiście muzyka i taniec, wzajemnie się przenikające, tworzące jednocześnie autonomiczne światy teatralne. Warstwę muzyczną tworzy mieszanka rocka, punku, muzyki elektronicznej, nastrojowych ballad i ostrych bitów. Muzycy również obecni są na scenie przez cały czas trwania spektaklu, nie wchodzą jednak w interakcje z tancerzami. Ich rola nie ogranicza się jedynie do tworzenia tła dla tanecznych popisów. Są momenty, w których muzyka zdecydowanie wybija się na pierwszy plan, a spektakl zaczyna przypominać koncert. Kompozycje wykonywane przez Franka Naughtona, Siona Orgona i Felixa Otaolę budują przede wszystkim zagęszczoną rzeczywistość teatralną, czasami współgrają z tanecznymi układami, niekiedy celowo zaburzają ich odbiór.


Układy taneczne w Chelsea Hotel zostały oparte na harmonijnej współpracy pomiędzy wykonawcami. Nie pozbawiono ich jednak elementów rywalizacji, tworzonej głównie poprzez przeciwstawienie pierwiastka męskiego żeńskiemu czy też zderzanie ze sobą różnych obrazów męskości. Dzięki niezwykłej ekspresji i sile wyrazu tancerze zdołali stworzyć obrazy symbolizujące miłosne uniesienie, narkotyczne zjazdy, oddać różnorodność relacji międzyludzkich. Należy jednak zaznaczyć, że układy taneczne budują autoteliczną rzeczywistość, w której taniec staje się wartością samą w sobie. Paradoksalnie jednak namacalna wręcz cielesność, eksponująca „tu i teraz” grających, powołuje do istnienia rzeczywistość oniryczną. Jedna ze scen, w której tancerki są ubrane w zwiewne suknie, narzucające skojarzenia z dziecięcymi baśniami czy sennymi widziadłami, buduje świat przeżyć wewnętrznych odgrywanych postaci.


Narrację rysowaną ciałem i dźwiękiem uzupełniają projekcie – filmy i fotografie ukazujące hotelowe wnętrza, widoki z okna, wykonawców jadących windą, idących korytarzem. Multimedia nie tylko poszerzają przestrzeń teatralną, budują kontekst, ale także łamią iluzję: odbiorca nie wie, czy projekcje odnoszą się do życia i pracy wykonawców, czy odgrywanych przez nich postaci. Twórcy spektaklu stawiają widza w sytuacji podglądacza. Umieszczona na scenie kamera nie tylko rejestruje monologi poszczególnych bohaterów, ale także pokazuje przestrzeń z niedostępnej dla przeciętnego widza podwójnej perspektywy. Nienaturalne zbliżenia twarzy czy filmowanie „od góry” scen rozgrywających się na łóżku sprawiają, że odbiorca staje się współuczestnikiem intymnego życia.


Cohen i Ennis nie zastanawiają się nad tym, czy legenda stworzona przez mieszkańców nowojorskiego hotelu jest żywa. Nie interesuje się ich sposób funkcjonowania mitu we współczesnej kulturze, dlatego nie próbują go na siłę interpretować czy deformować. Interesuje ich natomiast to, czy przesiąknięte legendą miejsce i jednostkowe historie mogą wciąż inspirować i pobudzać do działań stopniowo odrywających się od kontekstu. Działań składających się na opowieść, w której losy mieszkańców Chelsea Hotel odchodzą na dalszy plan, a dominować zaczyna „tu i teraz” aktorów i widzów. Przestaje być istotne, co działo się w hotelowych pokojach. Zresztą fragmentaryczna struktura spektaklu wybija widza z bezpiecznej pozycji podglądającego i stawia przed koniecznością samodzielnego tworzenia sensów. Twórcy Chelsea Hotel nie podają nam niczego na tacy, przeciwnie – zarzucają skojarzeniami, fragmentarycznymi informacjami, z których dopiero możemy samodzielnie stworzyć własną wizję wydarzeń rozgrywających się w hotelu. Każdy pokój to inna historia, podobnie jak każda sekwencja składająca się na spektakl tworzy odrębną realność. To od widza zależy, czy powiąże ją w całość, czy zachwyci się pięknem tkwiącym we fragmencie – jak refleksem światła w odłamku szkła.
 

Earthfall Dance Company w Cardiff
Chelsea Hotel
reżyseria i choreografia Jim Ennis i Jessica Cohen
premiera 1 października 2013
 

Komentarze
W najnowszym numerze
„Teatr. Krytycy” tom 2

„Teatr. Krytycy” tom 1

http://polskidramat.pl/centrumsztukitanca.eu


Nasz serwis korzysta z plików cookies zgodnie z polityką prywatności i plików cookies [dowiedz się więcej]. Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym lub ich usunięcie możliwe jest po właściwym skonfigurowaniu ustawień przeglądarki internetowej. Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może spowodować utrudnienia lub brak działania niektórych funkcji serwisu. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie.

Zamknij