Przewiń w lewo
Przewiń w prawo
Zwiń
Przegląd
1/2015
Upragniony widz
autor: Jacek Cieślak
Upragniony widz
foto: Bartłomiej Dmochowski

Wśród scen nadzorowanych przez Ministerstwo Kultury największą frekwencję w 2013 roku wśród teatrów dramatycznych miało Wybrzeże, wśród teatrów muzycznych – warszawska Roma, wśród pozostałych – krakowska Bagatela.

 

Niespotykana w naszej szerokości geograficznej słoneczna pogoda na przełomie lata i jesieni tego roku sprawiła, że strach zajrzał w oczy wielu dyrektorom polskich scen. Strach o frekwencję. Ludzie zamiast wieczorów w teatrze wybierali w weekendy wyprawy za miasto lub gwarne jak nigdy kawiarniane ogródki. Sale świeciły pustkami, kto miał – zamykał balkony i loże. Odwoływano spektakle. Jak mantrę powtarzano frazę jednego z najbardziej doświadczonych warszawskich strażaków teatralnych, który patrząc na zachodzące słońce, mówił: „Ze słońcem w Polsce jeszcze nikt nie wygrał”. Miał rację. Miniony wrzesień, jeśli chodzi o frekwencję, był najgorszy od trzech lat. Wiele teatrów w mniejszych ośrodkach grało tylko w soboty. Mocniej uderzyła w teatry tylko katastrofa smoleńska wiosną 2010 roku.


Nie da się jednocześnie wykluczyć, że frekwencja w polskich teatrach spada w związku z przemianami cywilizacyjnymi, obyczajowymi – tak jak oglądalność i zainteresowanie Teatrem Telewizji. Największe zmiany dotyczą najmłodszego pokolenia odbiorców, które w ostatnich latach stanowiło najsilniejszy nowy elektorat, związany z pojawieniem się w teatrze takich twórców jak Grzegorz Jarzyna, Krzysztof Warlikowski, Jan Klata, Michał Zadara, Maja Kleczewska, Monika Strzępka i Paweł Demirski. To oni przyciągali widzów żądnych nowych treści, nowego języka i form wyrazu. Jednocześnie wielu młodych ludzi teatr odstraszył – wolną narracją, eksperymentami, wymogiem skupienia. Spektakl to nie interaktywny smartfon czy tablet. Dla wielu to bariera nie do pokonania. Zwłaszcza dla tych, którzy muszą nieustannie klikać. Dlatego pojawiły się sposoby na wysoką frekwencję dzięki zmniejszonej widowni – poprzez tak zwane amfiteatralne nastawki, wprowadzanie widowni na scenę czy granie poza siedzibami teatrów. Inny sposób rozwiązania problemu to rozdawanie zaproszeń lub duża pula tak zwanych biletów branżowych na festiwalach.


Jednym z paradoksów polskiego życia teatralnego jest to, że nawet najważniejsze teatry mają małe sceny. W Rozmaitościach/TR Warszawa nastąpiła eksplozja talentów Grzegorza Jarzyny i Krzysztofa Warlikowskiego. Nieustanne problemy – najpierw na tle cenzuralnym z radnymi Warszawy, potem finansowe – wynikające również z ograniczeń widowni, w końcu zaś brak inwestycji sprawiają, że impet zespołu został w dużej części zmarnowany. Grzegorz Jarzyna i Krzysztof Warlikowski nie mieli tyle szczęścia, co ich rówieśnik Thomas Ostermeier, który z alternatywnego Baraku w Berlinie przeniósł się do Schaubühne, czyli jednej z najlepiej wyposażonych scen Europy. Gnieździli się w piwnicznej sali, w zespole doszło do secesji, a kolejne obietnice władzy kończyły się trwającą do dziś prowizorką.


Doszło do tego, że włodarze Warszawy, nie mogący zapewnić aktorom żadnej stabilizacji – pod presją zagranicznych sukcesów i obecności na prestiżowych festiwalach – oferowali ratunkowe transze pieniędzy na wynajmowanie hal poza centrum Warszawy. Duże dotacje rozpływały się, a wybitni reżyserzy nie mogli budować stałej bazy i przyzwyczajać widzów do swojego miejsca na ziemi. Tymczasem teatr na całym świecie to także stały adres. Problematyczne było to, że tworzone z myślą o zagranicznych podbojach superprodukcje rzadziej niż trzeba oglądała warszawska widownia. Rosły honoraria, budżety, ale frekwencja nie odzwierciedla poniesionych nakładów. Można powiedzieć, że stolica roztrwoniła największy teatralny kapitał. Rozmaitości z dotacją 7 mln osiągnęły w 2013 roku frekwencję 13 664 widzów. Nowy odwiedziło 15 tysięcy widzów. W tych teatrach dopłata do jednego biletu jest wysoka. I będzie, ponieważ przebudowa zajezdni MPO na Madalińskiego z myślą o siedzibie Nowego ruszyła dopiero w listopadzie tego roku – ma skończyć się w październiku 2015, zaś nowe miejsce dla TR Warszawa będzie gotowe… w 2020 roku! Prowizorka będzie trwać więc w najlepsze. Trudno rozliczać artystów, gdy nie zapewnia się im odpowiednich warunków pracy i stabilizacji. A trzeba z całą mocą podkreślić, że żadna ekipa rządząca w Warszawie po 1989 roku o to nie zadbała. Zawsze kończyło się na obietnicach. To dlatego w grudniu 2012 Grzegorz Jarzyna ogłosił rozpoczęcie zbiórki pieniędzy „Kup sobie teatr”.


– Należy oddzielić fakty od mitów – komentował wiceprezydent Warszawy Włodzimierz Paszyński. – Jeżeli chodzi o możliwość pracy twórczej, to warunki finansowe teatru Grzegorza Jarzyny nie są gorsze od warunków innych miejskich teatrów, co wykazują liczby. Często odbywamy trudne rozmowy z dyrektorami innych scen, którzy uważają, że teatr Jarzyny jest faworyzowany przez miasto.


Pan prezydent sam sobie postawił zarzut. Atakował Jarzynę, podkreślając, że TR Warszawa to mała scena z małą widownią i niewielkim zespołem, gdy koszty jej utrzymania są wyższe niż w innych miejskich teatrach, przede wszystkim ze względu na wysokie wynagrodzenia zespołu. Średnie podstawowe wynagrodzenie aktorskie w TR Warszawa w 2012 roku wynosiło 4,6 tys. zł, podczas gdy w Studio – 2,7 tys. zł, zaś we Współczesnym – 3,3 tys. zł, w Ateneum – 2,5 tys. zł, w Dramatycznym – 3 tys. zł.


Sytuacja miała się zmienić w 2013 i 2014 roku. Pieniądze dla TR Warszawa obiecał Bogdan Zdrojewski, ale po jego odejściu Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego ich nie przekazało. Efekt był taki, że teatr Jarzyny przeniósł wszystkie premiery na 2015 rok. Grę wokół TR-u dobrze może spointować tytuł sezonu tematycznego (2013/2014) – „Fikcja a rzeczywistość”. By jej nie kontynuować, już dziś warto zadać pytanie, ile miejsc powinna liczyć widownia TR w 2020 roku. Najrozsądniejsze byłoby dzielenie sceny przez Jarzynę i Warlikowskiego, tak by zminimalizować koszty i gromadzić jak największą widownię. Tylko który z urzędników odważy się zaproponować takie rozwiązanie?

 

Wojsko w teatrze


Wydawało się, że fikcja na stałe zagości we Wrocławiu, gdzie działa Teatr Polski górnośląskiego urzędu marszałkowskiego, współprowadzony przez ministra kultury. Już sama formuła tłumaczy, w jakim potrzasku znalazł się dyrektor Krzysztof Mieszkowski. Podobnie jak Jarzyna i Warlikowski może pochwalić się licznymi wyjazdami za granicę, gdzie prezentuje spektakle Lupy, Strzępki/Demirskiego i Klaty. Nieracjonalna konstrukcja budżetu uniemożliwiła jednak sprawne kierowanie teatrem. W 2013 roku Teatr Polski zgromadził 57 tysięcy widzów, ale już dane za trzy kwartały bieżącego roku – 48 tysięcy widzów, świadczą, że wcześniej nie pracował pełną parą. Powodem był remont dużej sceny. Gdy się zakończył, wydawało się, że szansy na więcej widzów nie będzie. Z powodu braku pieniędzy. Dyrektor Mieszkowski miał bowiem do wyboru: nie grać na trzech scenach przez pięć miesięcy w roku albo zwolnić połowę z liczącego 150 osób zespołu. Inaczej zabrakłoby mu pieniędzy.


– Już w 2013 roku nie grałem w maju, czerwcu i wrześniu oraz w wakacje – powiedział Krzysztof Mieszkowski. – Jednak teatr, który nie gra, nie ma sensu. Żyję w świecie budżetowej fikcji. Od czasu odbudowy po pożarze w 1994 roku Teatr Polski nie został wyposażony w odpowiedni budżet, bo nie zostały przeszacowane koszty. Można mówić o systemowej pułapce, która od wielu lat uniemożliwia normalną działalność.


Rozwiązać problem spróbowała minister Małgorzata Omilanowska, która mediowała w sporze między dyrektorem Mieszkowskim i urzędem marszałkowskim. Uzgodniono, że teatrem ma kierować nowy menedżer. Urząd marszałkowski umowy ma jednak za nic. Do czasu ogłoszenia wyników samorządowych trzymał w tajemnicy fakt kolejnego cięcia budżetu Polskiego o 600 tysięcy złotych. Skończyło się na ok. 160 tysiącach zł, jednak dyrektor Mieszkowski nie kryje, że znowu stanął przed dylematem – ograniczyć granie czy się zadłużać. O, ironio losu, w 250-lecie teatru publicznego w Polsce – będzie miał problem z wystawieniem kolejnej części Dziadów i Wyzwolenia.


Inny problem dotyczy zapełniania widowni. Dziady Zadary czy Wycinka Lupy zapełnią parter i pierwszy balkon. Łącznie około 450 miejsc. Górny balkon jest wyłączony z powodu złej widoczności. Jednak czasy, gdy w teatrze siedziało tysiąc osób – już nie powrócą. To zresztą przypadłość nie tylko Polskiego we Wrocławiu. Najwyższe balkony są wyłączone z eksploatacji w Narodowym w Warszawie i stołecznym Polskim. Chociaż dyrektor Andrzej Seweryn deklarował, że tego nie zrobi. Zmusiła go niższa niż przed laty frekwencja. O skali jej spadku świadczą publikowane w tym roku przez „Dialog” zapiski Kazimierza Dejmka z okresu dyrekcji w Narodowym w latach sześćdziesiątych. Pięćdziesiąt lat temu narodowa scena zagrała 600 spektakli dla 270 tysięcy widzów.


– W ciągu ostatnich lat nasz najlepszy wynik wyniósł 500 spektakli rocznie – powiedział Jan Englert, dyrektor artystyczny Narodowego. – W ostatnim sezonie było ponad 400. Ale nie należy zapominać, że w czasach Dejmka publiczność na widowni była organizowana i dotowana przez zakłady pracy, szkoły i wojsko. Jak mówił Zdzisław Mrożewski: „O, dziś kaszlą na widowni! Wojsko!”. Jak nie było widowni – przychodził pułk.


Dziś pułk nie przychodzi. Według danych za 2013 rok do Narodowego przyszło 58 tysięcy widzów. To znaczy, że dwustutysięczna, choćby organizowana, widownia rozpłynęła się jak kamfora. Nie da się zaprzeczyć, że zniechęcały ją etapami – stan wojenny, pożar budynku, zesłania na Wolę. Z faktami jednak się nie dyskutuje. Liczby mówią wszystko. Abstrahując od tego, że Warszawie przybyło teatrów prywatnych, wszystko wskazuje na to, że grupa teatromanów zmniejszyła się.


– Na najlepsze spektakle komplet mamy przez cztery wieczory – mówi dyrektor Jan Englert. – Potem frekwencja spada. Trzeba zmienić tytuł. Liczba osób, które idą do teatru sprawdzić, jak nowość jest zrobiona – to mniej więcej dwa tysiące widzów. Reszta wie, że Hamlet umiera na końcu, bo to widzieli, i ta wiedza im wystarcza. Chcą zobaczyć nową historię, jakiej nie znają.


Badania publiczności teatrów stolicy w 2012 roku, przeprowadzone przez Instytut Teatralny, wskazywały, że największą grupę widzów – blisko ich połowę – stanowią ci, którzy chodzą do teatru kilka razy w roku. Co najmniej raz w miesiącu bywa w teatrze grupa stanowiąca piątą część badanych. Głównym kryterium wyboru teatru byli aktorzy, czyli gwiazdy przyciągające uwagę widzów jak w XIX wieku. Wybór spektaklu bywa też związany z rekomendacją znajomych.


– Najliczniejsza grupa zwiedza aktorów, czyli chce zobaczyć na żywo tych, których ogląda w telewizji – dodaje dyrektor Jan Englert.

 

Gwiazdy z okładki


Inna jest sytuacja krakowskiej Bagateli, rekordzisty wśród teatrów dramatycznych. W 2013 roku Bagatela ustanowiła kolejny rekord frekwencji. Gościła na swojej widowni 177 tysięcy widzów, którzy obejrzeli 640 spektakli. W 2000 roku, kiedy Jacek Schoen obejmował dyrekcję, grano ich tylko 200 rocznie.


Bagatela nie ukrywa swoich finansów, bo ma się czym pochwalić. W 2013 roku sprzedała bilety o wartości 7 mln zł, przy kosztach eksploatacji – 6,4 mln zł. Dotacja nie sięga 5 mln zł. Oznacza to, że są kilkusettysięczne zyski. „Nasze wyniki są efektem tworzonej od wielu lat zespołowości, a także zrównoważonego repertuaru – powiedział dyrektor Jacek Schoen. – W Bagateli pracują takie gwiazdy jak Urszula Grabowska czy Magdalena Walach. Gramy Szekspira, Czechowa, Dostojewskiego, Williamsa, ale także komedie Mayday – już 1400 razy!, a także Testosteron.


Dyrektor Schoen bardzo dokładnie testuje gust publiczności. Sztuki poddawane są otwartym próbom podczas czytań. Jeśli dochodzi do premiery, są grane na kameralnej scenie przy ulicy Sarego. Jeśli rokują powodzenie – trafiają na dużą scenę, gdzie pokazywane są dwa razy dziennie. Po południu i wieczorem.


Warszawski Kwadrat w 2013 roku odwiedziło 101 tysięcy widzów.


– Patrzę na nasze sukcesy trzeźwo, ze spokojem, nie pysznię się, bo nasza wysoka frekwencja to konsekwencja wyboru repertuarowego – powiedział Andrzej Nejman, dyrektor Kwadratu. – Jesteśmy teatrem rozrywkowym i dlatego walą do nas tłumy, zarówno w stolicy, jak i na wyjeździe. Z tych samych powodów nie burzę się na to, że miasto daje nam mniejszą dotację niż teatrom z ambitniejszym repertuarem. Im jest trudniej sprzedać bilety i trudniej zabiegać o widza, dlatego mają większe dopłaty do budżetu, my zaś mniejsze.


Kwadrat przyciągając w 2013 roku ponad 100 tysięcy widzów, otrzymał od miasta 480 tysięcy zł dotacji, a dysponuje stałym zespołem – dwudziestoma trzema etatami.


– Mimo stałych kosztów utrzymujemy wysoką frekwencję – mówi Nejman. – Szalone nożyczki zagraliśmy przez 15 lat aż 750 razy. Mój przepis na sukces polega na tym, że staram się przewidzieć tendencje na rynku: lansować gwiazdy, a nie kupować je, gdy staną się sławne i drogie. To proste wiedzieć, kto jest popularny – wystarczy patrzeć na portale i okładki kolorowych magazynów. Powodem do satysfakcji jest wychowanie aktora, przywiązanie do zespołu, tak by czuł się w nim jak u siebie w domu i chciał wracać.


Dyrektor Nejman nie chce mówić, kto jest największą gwiazdą windującą frekwencję, ale wystarczy zapytać o to w kasie Kwadratu. Biletów nie ma na Martę Żmudę-Trzebiatowską i Pawła Małaszyńskiego. Sprzedaż biletów wzrasta też, gdy na afiszu pojawia się nazwisko młodego Kamila Kuli.


– Naszym problemem nie jest frekwencja, ale nie do końca jasne zasady konkurencji – mówi Nejman. – Prywatne teatry grające farsę nie mają etatów, czyli stałych kosztów, i mogą kusić każdego dużą gażą. Jak się uda i jest sukces – płacą jak za zboże, a jak nie – żegnają się z artystą bez słowa. Nie interesuje ich ciąża aktorki czy płacenie pensji w wakacje. A ja muszę płacić. Wiem, że koledzy zarabiający u mnie w zespole marzą o większych honorariach. To zrozumiałe. Ale ja, płacąc stałą pensję, muszę płacić za spektakl mniej.


Nejman ma krytyczny stosunek przede wszystkim do scen, które formalnie nie otrzymują dotacji, a pośrednio są dotowane z różnych programów lub mają ulgi w czynszu.


– Zdarza się, że pozyskiwane w ten sposób pieniądze są większe od oficjalnie przyznawanych dotacji – mówi Nejman. – Ale to nam, chociaż mamy podobny repertuar, wytyka się pozyskiwanie widowni poprzez szmirę. Nie bądźmy śmieszni!
Konkurencją w walce o frekwencję są dla Kwadratu – Teatr 6. piętro, Polonia, Och-Teatr, Capitol.
– Gramy ten sam repertuar, czerpiemy z tego samego zasobu aktorów – podkreśla Nejman.


Uwagi dyrektora Nejmana znajdują potwierdzenie w liczbach. W 2013 roku Teatr Polonia Krystyny Jandy odwiedziło ponad 98 300 widzów, zaś Och-Teatr – 81 570 widzów. Obie sceny mają bardzo mocny objazd. W 2013 roku zagrały sto spektakli poza Warszawą, które obejrzało ponad 40 tysięcy widzów. Do tego dochodzą przedstawienia grane na placu Konstytucji i przed Och-Teatrem, które przyciągnęły 8 tysięcy widzów. Łącznie Teatr Polonia i Och-Teatr miały około 230 tysięcy widzów.


Indywidualnym liderem frekwencji w Warszawie jest Roma, specjalizująca się w światowych hitach musicalowych, choć ma również na koncie Akademię Pana Kleksa. Roma przyciągnęła w 2013 roku ponad 227 tysięcy widzów.


– Dla mnie jest to zdecydowana premia za piętnaście lat wytężonej pracy w budowaniu marki i naszego wizerunku – mówi dyrektor Wojciech Kępczyński. – Widzowie znają jakość naszych spektakli, wiedzą, czego można się spodziewać i wracają do nas na kolejne tytuły. Nie będę ukrywał, że one są najważniejsze. To jest magnes, który przyciąga publiczność, przyjeżdżającą do nas z całego kraju.


Dyrektor Kępczyński podkreśla znaczenie nowoczesnych instrumentów reklamy i marketingu.


– Reklama nie może być banalna, musi się zmieniać i dostosowywać do specyfiki czasów – mówi Kępczyński. – Dlatego naszą najnowszą, lutową premierę zapowiedzieliśmy samolotem Embraer pomalowanym na barwy Mamma Mia! oraz specjalną konferencją organizowaną na Okęciu. Mam dowody, że była skuteczna. Dostałem gratulacje z całego świata, ale, jak zwykle, najbardziej cieszy odpowiedź widzów. Przez miesiąc po otwarciu kasy sprzedaliśmy wszystkie bilety na pierwsze dwa miesiące pokazów: łącznie 60 tysięcy.

 

Letni widzowie


Bardzo często nie ma żadnego związku pomiędzy frekwencją i dotacjami. Roma, która jest rekordzistką, jeśli chodzi o liczbę widzów na widowni – dostała od miasta w tym roku 6,8 mln zł.


– Chciałbym podkreślić, że nie narzekam, tym bardziej że udało nam się uzyskać wsparcie ratusza dla remontu dużej sceny – mówi Kępczyński. – Jednak specyfika naszej działalności, a muszę podkreślić, że musical jest drogi, sprawia, że w każdym miesiącu musimy zarobić 300 tysięcy złotych. Trzy miliony rocznie pochłania czynsz.


O tym, że frekwencja jest rzeczą względną, przekonuje porównanie wyników ze stolicy i największych miast. 58 tysięcy widzów Narodowego w blisko dwumilionowej Warszawie – wobec 78 tysięcy widzów w gdańskim Teatrze Wybrzeże świadczy o tym, że nawet w największych ośrodkach najlepsze teatry muszą walczyć o widza z innymi scenami. Na tle Narodowego wynik Wybrzeża robi bardzo dobre wrażenie.


– Jak wiadomo, najwyższą frekwencję teatry osiągają w październiku, listopadzie i grudniu – powiedział Adam Orzechowski, dyrektor Teatru Wybrzeże w Gdańsku. – Od pewnego czasu możemy pochwalić się tym również w lipcu. W tym roku Wybrzeże dało w wakacje sto spektakli. Każdy, kto pomyśli, że wybrano repertuar lżejszy, oparty wyłącznie na farsach i komediach, będzie w błędzie.


– Gramy większość naszych tytułów, w tym Czarownice z Salem Arthura Millera w reżyserii Adama Nalepy, a korzystając z letniego zainteresowania teatromanów, proponujemy im również premiery – mówi Orzechowski. – W wakacyjnym sezonie było ich kilka – sztuka Radosława Paczochy Broniewski, Statek szaleńców Nikołaja Kolady w reżyserii autora oraz Dwóch w twoim domu Jeleny Grieminy.


Jedyną farsą w wakacyjnej ofercie premierowej była wyreżyserowana przez Jarosława Tumidajskiego Przekładanka. Ten spektakl Teatr Wybrzeże pokazał w amfiteatrze w Pruszczu Gdańskim. To jedyna scena, na której Wybrzeże daje niebiletowane pokazy. Ogląda je do 700 widzów, a całość finansuje miasto Pruszcz Gdański.


Badania przeprowadzone przez Wybrzeże wykazały, że poza turystami, którzy wybierają głównie Scenę Kameralną w Sopocie, spektakle oglądają przede wszystkim mieszkańcy Trójmiasta.


– Cieszymy się, ponieważ udało nam się wyrobić u naszych widzów nawyk chodzenia latem do teatru, nawet wtedy, gdy bywa upalnie i bezdeszczowo, jak w ubiegłym roku – dodaje Orzechowski.


Pytanie brzmi: jak będzie za rok, w związku z otwarciem Teatru Szekspirowskiego, gdzie konkurencję dla produkcji Wybrzeża stanowić będą szekspirowskie spektakle z zagranicy, a także największe hity z całej Polski, w tym spektakle Teatru Narodowego z Anną Seniuk i Januszem Gajosem?


Zaskakujący efekt przynosi jednak porównanie frekwencji w Wybrzeżu z Teatrem im. Juliusza Osterwy w Gorzowie Wielkopolskim. Miasto liczy 125 tysięcy mieszkańców, tymczasem tak jak Wybrzeże gościło w 2013 roku 80 tysięcy widzów.


– Jestem dyrektorem w Gorzowie Wielkopolskim od trzynastu lat i frekwencja jest wynikiem ustaleń konkursowych, a także dialogu z widownią – mówi dyrektor Jan Tomaszewicz. – To wymaga wzajemnego zrozumienia, wsłuchania się w potrzeby. W Gorzowie Wielkopolskim dopiero w wyniku zmian ustrojowych po 1989 roku powstają wyższe uczelnie – mamy filię poznańskiego AWF-u. Repertuar musi być zrównoważony.


Dyrektor Tomaszewicz musi zapełnić dużą salę mieszczącą 360 miejsc oraz kameralną – stuosobową.


– Najważniejsze jest dla mnie granie klasyki światowej i krajowej, zwłaszcza z myślą o młodzieży, która resztę, jak się powszechnie żartuje, może znaleźć w sieci – mówi szef gorzowskiego teatru.


Największym hitem ostatnich lat są Szekspirowskie Wesołe kumoszki z Windsoru w reżyserii Jacka Głomba, nawiązujące formą do tradycji Globe.


– Przygotowując cztery jednoaktówki Samuela Becketta, czułem pewne ryzyko, ale chciałem zrobić spektakl z myślą o Romanie Kłosowskim – mówi Jan Tomaszewicz. – I publiczność odpowiedziała pozytywnie. Ona chce święta w teatrze. Chce, żeby teatr, jak mówiło się dawniej, był świątynią. To widać również po odświętnych ubraniach. Znamienne jest również to, co słyszę od widzów: nie chcą, żebyśmy przyjeżdżali do nich i grali w miejscowym domu kultury. Chcą, żeby wszystko było z prawdziwego zdarzenia.


Rozwój infrastruktury sprawił, że widzowie docierają nie tylko z Międzyrzecza, Międzychodu, ale również ze Szczecina.


– Otwarcie drogi S3 skutkuje tym, że Szczecinianie z osiedla Słoneczna mogą być u nas w czterdzieści minut – mówi dyrektor. – Bywalcy spektaklu Trzy razy Piaf mówią mi, że szybciej mogą dojechać do Gorzowa niż do zatłoczonego centrum Szczecina.


Perełką teatru są Gorzowskie Spotkania Teatralne, na których w tym roku wystąpiły takie gwiazdy jak Jerzy Trela (Wielki John Barrymore) i Wojciech Malajkat (Klub hipochondryków). Bilety kosztowały nawet 105 zł, zaś karnet – 560 zł. To ceny warszawskie. A jednak, rok przed kolejną edycją, 150 karnetów zostało kupionych w ciemno.

 

Nieznane znanych


Co najmniej kilka scen, w tym kilka uznanych, będzie mogło rozpoznać frekwencję dopiero po zakończeniu sezonu 2014/2015. Głównym powodem jest zmiana dyrekcji. Po sukcesach w Bydgoszczy Paweł Łysak objął kierownictwo Teatru Powszechnego w Warszawie, gdzie frekwencja na niektórych spektaklach wynosiła kilkadziesiąt procent. Wyzwaniem dla nowego dyrektora jest umowa podyktowana inwestycją Unii Europejskiej. Dyrektor Łysak musi na koniec sezonu wykazać się widownią nie mniejszą niż czterdziestotysięczna.


Inne wyzwania stoją przed dyrektorem Janem Klatą w Narodowym Starym Teatrze. Przyjął ostry kurs na zmianę, czego konsekwencją było odejście wielu gwiazd, w tym Jerzego Treli, a także rezygnacja ze współpracy wybitnych reżyserów, m.in. Krystiana Lupy i Mikołaja Grabowskiego. Zdarzyły się protesty na widowni i ostra kampania w mediach. Bilans jest taki, że w 2013 roku Stary odwiedziło 65 tysięcy widzów, zaś w pierwszych trzech kwartałach bieżącego roku było ich 35,5 tysiąca. Można mówić o sporym spadku. Rok 2015 pokaże, czy Stary odzyska równowagę, czy spadek frekwencji będzie stałą tendencją.


Podobny problem może mieć Dramatyczny Tadeusza Słobodzianka w Warszawie. Po kontrowersyjnej fuzji gra na trzech scenach – w Pałacu Kultury i Nauki, Na Woli oraz w Przodowniku. Słabszą frekwencję w stolicy miał w 2013 roku tylko Powszechny.


Na Scenie im. Gustawa Holoubka frekwencja nie przekroczyła sześćdziesięciu procent z wynikiem 22 tysiące widzów. O cztery tysięcy więcej zgromadziła na dużej scenie Teatru Studio dyrektor Agnieszka Glińska. Liczby są najlepszym komentarzem do dyskusji, w której padały opinie, że to Agnieszka Glińska powinna być dyrektorem Dramatycznego.
 

Komentarze
W najnowszym numerze
„Teatr. Krytycy” tom 2

„Teatr. Krytycy” tom 1

http://polskidramat.pl/centrumsztukitanca.eu


Nasz serwis korzysta z plików cookies zgodnie z polityką prywatności i plików cookies [dowiedz się więcej]. Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym lub ich usunięcie możliwe jest po właściwym skonfigurowaniu ustawień przeglądarki internetowej. Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może spowodować utrudnienia lub brak działania niektórych funkcji serwisu. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie.

Zamknij