Przewiń w lewo
Przewiń w prawo
Zwiń
Przegląd
3/2017
Zbieracze słów
autor: Katarzyna Flader-Rzeszowska
Zbieracze słów
foto: Paweł Ogrodzki

Opowiadacz to komentator rzeczywistości, który nieraz ostrzej niż inni widzi i odważniej artykułuje.

 

„Zaczęło się wszystko od mówienia, a nie od pisania” – podkreślał Miron Białoszewski. Słowo żywe obecne jest przecież we wszystkich praktykach człowieka, pozostaje zasadniczym faktem kulturowym, podstawą ludzkiej komunikacji, drogą prowadzącą od człowieka do człowieka. Mimo że zadomowiło się w przestrzeni Internetu, to wciąż mowa jest podstawowym doświadczeniem porozumiewania się. Jej status został jednak obecnie nadwątlony. To, co jeszcze niedawno pisano o przewadze w życiu społecznym komunikacji ustnej nad zmanipulowanym, niewiarygodnym, bo poddawanym procesom celowego przekształcania przekazem pisemnym1, przestało być aktualne. Żywe słowo także podlega manipulacji, a zaufanie do niego dramatycznie spada. Poprzestanie jednak na takim stwierdzeniu nie tylko byłoby niebezpieczne, ale i graniczyłoby z hipokryzją. Odpowiedzią na słowo zakłamane może być tylko słowo autentyczne, słowo-działanie wyrażające postawę i wrażliwość mówiącego.


Od dziesięciu lat jesienią Stowarzyszenie Studnia O. organizuje w Warszawie Międzynarodowy Festiwal Sztuki Opowiadania. W tym „zatrzymanym” czasie słuchacze mogą zanurzyć się w świat różnych opowieści. Niewątpliwą wartością festiwalu jest jego przeglądowy charakter. Dzięki dwunastu prezentacjom (nie liczę programu skomponowanego z myślą o dzieciach) można poznać różne nurty i tradycje opowiadania, reprezentowane przez wykonawców pochodzących z odmiennych kultur. Co roku pojawiają się opowiadacze starych eposów: Iliady, Odysei, Gilgamesza; narratorzy podtrzymujący dawne tradycje opowiadania ze swoich obszarów geograficznych, dla których żywa opowieść stanowi ważną część kultury i nierzadko ma charakter sakralny. Tak jest dla Kirilla Nikiphorova – opowiadacza ustnych eposów jakuckich (oloncho) czy serbskiego pieśniarza Slobodana Markovicia śpiewającego po wołosku. Ale zawsze są też wykonawcy, którzy dzielą się literaturą najnowszą czy opowiadaniami zaczerpniętymi ze współczesnych zdarzeń. Każda z żywej narracji jest swoistym komentarzem do zachodzących na naszych oczach przemian społeczno-polityczno-kulturowych.


O sztuce opowiadania najlepiej opowiadać, ale spróbuję napisać. Przynależę od lat do środowiska recytatorskiego – niegdyś brałam udział w konkursach, dziś bywam jurorką. Sztukę żywego słowa łączyłam wyłącznie z artystycznym interpretowaniem literatury, głównie poezji. Ale, jak udowadnia odbywający się w Instytucie Teatralnym Festiwal Sztuki Opowiadania, sztuka żywego słowa mieści w sobie też żywą opowieść, która może zupełnie oderwać się od literatury, a wyrastać ze źródeł pamięci i ustnej tradycji, zasadzać się na przekazywanych z pokolenia na pokolenie historiach (oczywiście, często są one spisywane). Wszystko zależy od opowiadacza, który decyduje, co chce powiedzieć i przy pomocy jakich środków artystycznych. Jego opowieść zawsze jest bardzo osobista, lecz niepozbawiona społecznych odniesień. Opowiadacz to komentator rzeczywistości, który nieraz ostrzej niż inni widzi i odważniej nazywa. Jaką wybierze do tego formę, pozostaje już jego wyborem. Czasem opowieść może być skromna, uwewnętrzniona, innym razem energetyczna, pełna pasji i oratorskich efektów.


Niewątpliwie opowiadaczem-gwiazdorem jest Nick Hennessey z Wielkiej Brytanii. Finlandzki epos Kalevala w jego wykonaniu staje się przede wszystkim bardzo żywym tekstem, zabawnym i jednocześnie mądrym.

 

Ogarnęło mnie pragnienie,
Myśl mi w mózgu zaświtała,
Żeby czas przywołać pieśnią,
Zaklinaniem wyczarować,
Z kłębka wysnuć rytm rodzimy,
Wiersz powtórzyć powierzony.
Słowo spływa mi na usta,
Miarowo zbiegają zdania
[…]
Śpiewał je dawno mój ojciec
Przy struganiu toporzyska,
Uczyła ich matka moja,
Obracając kołowrotek
[…]
Insze wszak słowa bywają:
Wyuczone wraz z przygodą,
Co się nawinęły w drodze,
Na wrzosowisku zerwały
[…]
Inne śpiewki wiatr przynosił,
Przypędzały morskie fale,
Słów mi dorzucały ptaki,
A zdań całych drzew wierzchołki
[tłum. J. Litwiniuk]

 

Runem pierwszym Hennessey rozpoczyna występ. Jego wykonanie jest jak najlepszy one man show. Barwne, pełne żaru, powiedziane z wirtuozerią podpartą świetną techniką mowy. To opowieść wydobywającą dźwięk, magię i siłę kreacyjną słowa, które buduje sugestywne obrazy stworzenia świata przez Ilmatar – córkę przestworzy, czy wyprawy do Louhi w celu uwolnienia Słońca i Księżyca (szczególny aplauz publiczności zauroczonej opowieścią robiły fragmenty o budowie kantele ze szczęki szczupaka). Hennessey ma świetny warsztat aktorski i muzyczny, a bycie na scenie przynosi mu prawdziwą satysfakcję, co potwierdził w drugim programie przygotowanym wspólnie z Hugh Luptonem (Drzewo swobody. Robin Hood i jego historia).


Opowieść może też być ascetycznym teatrem jednego aktora, jak w przypadku Historii Julii i jej Romea w wykonaniu Jeanne Ferron (Francja). Pomysł na zaprezentowanie miłosnej historii Szekspirowskich bohaterów z perspektywy starej niańki wydawał się bardzo obiecujący. Kobieta, która niegdyś karmiła piersią małą Julię, stała się poplecznicą dorastającej dziewczyny. Uczucia niańki są tym mocniejsze, że w młodości straciła własną córeczkę. Ale na tym oryginalność opowieści niestety się kończy. Ferron jest bardzo sprawną wykonawczynią, o ciekawej fizjonomii i ekspresyjnej gestyce. Ale w moim przekonaniu opowieść jest bardziej interesująca, kiedy staje się mocno osobista i gdy zostawia miejsce na wsłuchanie się w publiczność, pozwala na dialog z nią (nie chodzi o to, by widzowie odpowiadali, choć i to jest częstą praktyką w żywej opowieści, lecz o to, by się angażowali). Czasem warto odejść od scenariusza. A na to Ferron, odtwarzając po francusku ściśle ustalone kwestie wyświetlane po polsku na tylnym ekranie, nie daje sobie przyzwolenia. Sprawnie i interesująco recytuje duże fragmenty dramatu Szekspira, gubiąc jednak pierwotne założenie, że jej świat jest światem starej, dotkniętej przez życiowe zdarzenia, niańki.


Opowiadacz może też potraktować literaturę jako partyturę do wypowiedzenia i wyśpiewania. Tak było w przypadku programu Z Białoszewskim Studni O. Za scenariusz posłużyły wykonawcom poetyckie i prozatorskie teksty (głównie Port praski) Mirona Białoszewskiego wypowiadane w różnym stylu, z różną siłą. Beata Frankowska mocno akcentuje słowa, wyciąga je jakby spod powierzchni ziemi, nadaje im wagę, każde oddzielnie zauważa. To mówienie staccato. Małgorzata Litwinowicz uskrzydla słowa, daje im lekkość i unosi je ponad głowy słuchaczy, delikatnie łączy wyrazy w jedną opowieść. Mówi legato. Jarosław Kaczmarek (skądinąd świetny w opowieściach futbolowych Kto tu tak pięknie strzela prezentowanych podczas zeszłorocznej edycji festiwalu), który jako Białoszewski zaczyna i kończy ten mówiono-czytany spektakl, początkowo denerwuje, mówi od niechcenia, bez większej energii, ze zmęczeniem. Kiedy pojawia się, by zamknąć historię, okazuje się, że ubrany w kaszkiet, artykułujący z lekką nutą nonszalancji, świetnie pasuje do świata ulotnych wrażeń, sensualnych doświadczeń, przemijających wspomnień, urwanych historii, dziania się i niedziania. W opowieści Studni O. bardzo ważna jest muzyka, zarówno ta grana na akordeonie przez Roberta Lipkę, ta wystukiwana przez opowiadaczki, jak i ta wydobywająca się ze słów. Dzieła zespołu czasem przechodzą w kantylenę, czasem są pieśnią, innym razem recytacją. Białoszewskiego, który fascynuje się muzycznością słowa, zestawia wyrazy w nietypowy sposób, łamie ich gramatykę, przeobraża je, wydobywa z nich nowe sensy i dźwięki, trzeba tak mówić.


Najbardziej cenne były dla mnie spotkania (trudno nazwać je spektaklami) z opowiadaczami sięgającymi do żywych opowieści swojej kultury, do ustnych historii, które poprzez zawartą w nich mądrość i uniwersalność świetnie współgrają z dzisiejszą rzeczywistością, pokazują starą prawdę, że człowiek jest ten sam, choć nie taki sam. Rachid Akbal, jak już wskazywał tytuł jego występu, przywiózł ze sobą plecak pełen opowieści zrodzonych w Kabylii i na paryskich przedmieściach (jak większość opowiadaczy, ze względu na różne kultury pochodzenia i zamieszkania, łączy w sobie odmienne tradycje). Rozpoczyna on opowieściami, w których upersonifikowane zwierzęta odgrywają główną rolę. Historia o ośle, który, mimo iż nie miał odwagi lwa ani sprytu lisa, jako jedyny wynegocjował u nowych władz Algierii pewne przywileje dla zwierząt, przywiózł z wyprawy do miasta walizki pieniędzy i modny garnitur, brzmi niestety znajomo. Rzecz bowiem w tym, że osioł w przeciwieństwie do lwa i lisa, którzy ponieśli porażkę, podejmując próbę dotarcia do rządu, miał rodzinę we władzach. Piękna jest opowieść o małym, odważnym ptaszku, który pokonał dyktatora syryjskiego i przywrócił ludziom godność oraz wolność, a także o papudze, która kradnie masło z kanapek drwala, by smarować konar wysokiego drzewa i zjeżdżać po nim jak z wysokiej zjeżdżalni, odczuwając przy tym upragnioną niezależność. Obecność zwierząt jest zresztą powszechną cechą gatunków oralnych. Mogą one – jak przekonywał Jack Goody w swojej książce Mit, rytuał i oralność – wcielać się w podobne role jak ludzie, podobnie działać, czy też stać się ciekawym narzędziem satyry na ludzkie zachowania2. W drugiej części spotkania Rachid Akbal przywołuje krótkie, mądre, a zarazem zabawne opowieści o Nasreddinie Hodży – mędrcu, filozofie z Anatolii, którego postać znana jest przede wszystkim na Bliskim Wschodzie i Bałkanach.

 

Pewnego dnia Nasreddin zgubił pierścień gdzieś w domu. Po chwili szukania, bez sukcesu, wyszedł na dwór, aby szukać dalej. Kiedy sąsiad zapytał go, czego szuka, odpowiedział, że pierścienia.
– Gdzie go zgubiłeś? – zapytał sąsiad.
– Gdzieś w domu – powiedział Hodża.
– Więc dlaczego szukasz poza domem?
– Ponieważ tam jest więcej światła! – odpowiedział Nasreddin.

 

To tylko jedna z wyciągniętych z plecaka opowieści historii. Akbal mógłby zapewne opowiadać całą noc. Ale jako dobry opowiadacz, który dialoguje z publicznością, wie też, kiedy przerwać swą opowieść.


W tym samym nurcie tradycji opowiadania umieściłabym Opowieści ze sznurka na pranie Janet Pankowsky („mam francuskie imię, polskie nazwisko i meksykańską duszę”). Wykonawczyni – sięgając do tradycyjnych opowieści i literackich przykładów – odwołuje się do zwyczaju prania nad rzeką i w miejskich pralniach, kiedy to kobiety zbierają się i wypełniają czas historiami. Opowieści te mówią o praczkach znanych z wiosek, o młodej dziewczynie z miasteczka piorącej ubrania Niemca i o starej praczce z Krochmalnej w Warszawie, kochającej ponad wszystko syna. Poprzez metaforę opowiadaczka dotyka najważniejszych, bo zasadniczych tematów ludzkiego życia: miłości, cierpienia, przemijania i śmierci. Pranie, jak słuchanie opowieści, staje się rytuałem oczyszczania, przywracania ładu w świecie. Opowieści Janet Pankowsky są szczere, pozbawione jakiegokolwiek efekciarstwa. Przejęcie, z jakim opowiada wykonawczyni, udziela się widzom, którzy wierzą płynącym słowom. Warto zaznaczyć, że Plecak pełen opowieści i Opowieści ze sznurka na pranie tłumaczone były konsekutywnie przez polskich opowiadaczy: Magdę Górską i Anetę Cruz-Kąciak. Stanowiło to dodatkową wartość, gdyż nikt tak jak opowiadacz, znający nie tylko dany język, ale i wykonawcę, nie jest w stanie tłumaczyć żywej narracji. „Opowieści Janet – przekonywała Aneta Cruz-Kąciak – są jak delikatna, przepiękna tkanina, która tkana jest na naszych oczach: odcienie, kolory i wzory, misternie połączone, tworzą razem niepowtarzalną całość. Każde słowo jest ważne – a Janet opowiada tak, byśmy mogli to poczuć, stwarza nam przestrzeń do zasłuchania”3. Podczas warsztatów z Pankowsky każdy mógł zmierzyć się ze sztuką tkania słowa.


Czas zadać jednak pytanie, które stało się tytułem zeszłorocznego festiwalu: Halo, Ziemia? Czy nas słychać? Czy to, co mówimy, ma sens? Czy w ogóle warto jeszcze opowiadać? Czy mamy o czym opowiadać i do kogo? Cóż… Jeśli nawet sztuka żywej narracji jest tylko maleńkim wycinkiem ludzkiej praktyki, to w epoce braku zaufania do słowa próbuje przywrócić mu moc prawdy, chce dotykać najważniejszych dla człowieka tematów nie poprzez wielkie historie, lecz poprzez intymne zdarzenia, o których jedni nie mogą przestać mówić, drudzy chcą ich słuchać. Wszyscy zaś potrzebują „dźwiękowego opiekuństwa” słowa, które buduje sytuację prawdziwego, a nie wirtualnego spotkania.
 

 

1. Zob. J. Bartmiński, Opozycja ustności i literackości, „Literatura Ludowa” nr 1/1989.
2. Zob. J. Goody, Mit, rytuał, oralność, tłum. O. Kaczmarek, Warszawa 2012, s. 93.
3. Meksykańska tkanina opowieści, [z A. Cruz-Kąciak rozmawia J. Kaczmarek], źródło: http://sztukaopowiadania.pl/meksykanska-tkanina-opowiesci-rozmowa-z-aneta-cruz-kaciak/, dostęp: 8.12.2016.
 

XI Międzynarodowy Festiwal Sztuki Opowiadania
Warszawa, 16–20 listopada 2016
 

Komentarze
W najnowszym numerze
„Teatr. Krytycy” tom 2

„Teatr. Krytycy” tom 1

http://polskidramat.pl/http://www.instytut-teatralny.pl/projekty/konkurs-fotografii-teatralnejhttps://tcn.at.edu.pl/spektakl/zywot-jozefa/http://teatrszwalnia.pl/fwp_portfolio/festiwale-teatru-szwalnia/centrumsztukitanca.euwww.fnt-rzeszow.pl


Nasz serwis korzysta z plików cookies zgodnie z polityką prywatności i plików cookies [dowiedz się więcej]. Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym lub ich usunięcie możliwe jest po właściwym skonfigurowaniu ustawień przeglądarki internetowej. Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może spowodować utrudnienia lub brak działania niektórych funkcji serwisu. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie.

Zamknij