Przewiń w lewo
Przewiń w prawo
Zwiń
Przegląd
6/2012
Akademia w ruchu
autor: Tadeusz Nyczek
Akademia w ruchu
foto: Michał Modlinger

Akademia Ruchu, jedna z ikon alternatywy teatralnej w powojennej Polsce, obchodzi swoje czterdziestolecie. Po wystawie w Zamku Ujazdowskim, dokumentującej działalności teatru, Tadeusza Nyczka oprowadza Wojciech Krukowski, szef Akademii.

TADEUSZ NYCZEK Wodzu, prowadź.

WOJCIECH KRUKOWSKI Wystawa dotyczy wyłącznie pracy na ulicy, prawie wyłącznie w Polsce i prawie zawsze pracy odniesionej do kontekstu społecznego albo politycznego.

NYCZEK Począwszy od roku 1976? Bo choć sama Akademia debiutowała w 1973, początki były stricte teatralne.

KRUKOWSKI Nie, od 1975. Progiem był niewątpliwie Autobus. Głód z 1974 jeszcze był teatrem ruchu, Autobus już teatrem bezruchu. Ten bezruch związany był z atmosferą stagnacji, jaka nastąpiła w związku ze zmianami konstytucji [zadekretowaniem kierowniczej roli Partii i podległości wobec ZSRR – przyp. T.N.]. Atmosferę z połowy lat pięćdziesiątych, symbolizowaną przez obraz Bronisława Wojciecha Linkego Autobus, poniekąd przenieśliśmy na formę tego spektaklu-niespektaklu z połowy lat siedemdziesiątych. Do statycznego układu wybranych postaci z obrazu dodaliśmy minimalny ruch, a wszystko zostało spowite w dźwięk będący zapisem codziennej rzeczywistości tamtego czasu, parad, defilad, przemówień, odgłosów ulicy i produkcji itd.
Wydawało nam się na początku, że to będzie zwykła prowokacja wobec publiczności, która popatrzy i za chwilę wyjdzie. Ale minął kwadrans i nie wyszła, minęło dwadzieścia minut i nie wyszła, potem pół godziny, czterdzieści minut i wciąż nie wychodziła, więc wyszarpnąłem kabel zasilania, magnetofon stanął, zapaliłem światło na widowni, a ludzie wciąż trwali w jakimś dziwnym transie przejętym z tego obrazu. Ket Puzyna powiedział potem: doszliście do szczytu, ale i do ściany.

Podchodzimy do ściany, na sporym zdjęciu widać wrak prawdziwego autobusu, w nim siedzących aktorów w pozach z autobusu scenicznego. Krukowski dopowiada:

Ten wrak stał między stacją kolejową w bieszczadzkiej Wetlinie a samym miasteczkiem. Nasz autobus zatrzymał na godzinę ludzi kursujących między stacją a miastem. I ta przygodna widownia bardzo żywo komentowała wszystkie sensy, konteksty i skojarzenia wynikające z naszej akcji.

NYCZEK Zapraszaliście kogoś do środka autobusu?

KRUKOWSKI Nie. Mogli tylko się zatrzymać, przyglądać się albo iść dalej. Całe to działanie pozostawało dla nich tajemnicą. Mieli szansę najwyżej sami się uaktywnić wobec tego, co nieruchome, i to zrobili. Wszystko, co na zewnątrz, mogło mieć znamiona ruchu – zieleń poruszana wiatrem, latające motyle, chodzący ludzie, ale autobus to był założony bezruch.

Przechodzimy pod kolejną ścianę. Na niej fotografie z różnych ulicznych zdarzeń.

Od manifestacji bezruchu przeszliśmy do pierwszych akcji bezpośrednio ulicznych. Tu widzimy Potknięcia. To był plac w Ciechanowie w lipcu 1975: w tym samym miejscu w krótkim czasie potykało się na chodniku bez widocznej przyczyny bardzo wiele osób. Potem to samo dwukrotnie powtórzyliśmy w Warszawie. Nastąpiło coś w rodzaju poruszenia się rzeczywistości, tyle że jakby bez udziału jej samej. W miejscu nieistniejącej materialnie przeszkody pojawiła się przeszkoda poniekąd mentalna i pozostawało kwestią wyobraźni, co naprawdę spowodowało potykanie się ludzi. Oczywiście przechodnie nie zdawali sobie sprawy, że mają do czynienia z performerami. Po wszystkim do akcji włączali się „analitycy”, którzy rzecz komentowali, wciągali do rozmowy przypadkowych widzów.

Wojtek wskazuje na tło jednej czy drugiej fotografii z tych akcji. W tym tle widać plakaty, sztrajfy propagandowe, naturalny pejzaż uliczny tamtych lat.

Nieprzypadkowo organizowaliśmy nasze akcje w pobliżu tych właśnie haseł, sloganów partyjnych. Czyli przeszkód zarazem mentalnych i rzeczywistych, które normalnie uchodziły uwadze. Ludzie zazwyczaj przechodzili obok nich obojętnie, a przecież to były także „potknięcia” w rzeczywistości.
Dochodzimy do roku 1976. Fizycznie – pałowanie robotników w Ursusie i Radomiu. Propagandowo – wiec potępiający warchołów na Stadionie Dziesięciolecia za pomocą przemówień, transparentów itp. Przepisaliśmy te hasła na swoje transparenty i pocięliśmy je na fragmenty. W Koninie, Warszawie, Łodzi i innych miastach, na jedenastu podwórkach płukaliśmy te frazesy w wodzie i rozwieszaliśmy na sznurach do suszenia bielizny. Tu akurat musieliśmy już poprosić mieszkańców o zgodę.

NYCZEK I co, zgadzali się?

KRUKOWSKI Zawsze. Akcja była robiona w wielu miastach w Polsce i nikt nigdy nie odmówił.

Oglądamy zdjęcia z tych działań. Porozwieszane na sznurach w przypadkowej kolejności słowa nie tworzą oczywiście żadnego sensu. Tak jak nie miały go w „oryginale”, kiedy składały się na hasła nowomowy propagandowej. „Wiara”, „zbaw”, „sojusz”, „dyktatura”, „sukces”...

Akcja nazywała się Wieża, od wieży Babel oczywiście. Czasem w te partyjne hasła zaplątały się słowa z frazeologii kościelnej.
Rodzajem kontynuacji Wieży była akcja Europa, też nawiązująca do wypadków radomskich 1976. Rozpisaliśmy na transparentach poszczególne słowa z poematu futurystycznego Anatola Sterna Europa, rewolucyjnego tekstu z czasów wielkiego kryzysu w latach trzydziestych. Wieczorem, w świetle reflektorów samochodowych i przy dźwięku klaksonów, nasi performerzy wbiegali kolejno z tymi transparentami, po czym rzucali je na ziemię. Każdy z widzów mógł sobie potem z tego kłębowiska szmat zabrać do domu dowolne słowo.

Na podłodze pod wielkim zdjęciem akcji leżą pliki kartek z wydrukowaną „Europą”. Zabieram jeden plik ze sobą.

NYCZEK Pamiętam tę akcję z Warszawy, spod mostu Poniatowskiego, latem 1976. Dawny poemat Sterna brzmiał niezwykle mocno, brutalnie w swoich sformułowaniach. Wręcz antyreżimowo.

KRUKOWSKI Oczywiście wszystkie akcje były poza cenzurą. Kiedy pierwszy raz usiłowałem uzyskać zgodę władz miejskich i cenzuralnych, dostałem co prawda na naszym piśmie jedenaście pieczątek, ale zgody już nie.

Przechodzimy pod kolejną ścianę. Zawieszony tu monitor pokazuje film z dziwnej akcji widzianej z perspektywy kogoś, kto idzie ulicą i mija kolejne bramy otwarte na przestrzał; w każdym prześwicie widać dwie podobne sylwetki: jedna okazuje coś drugiej.

Człowiek idący ulicą, akurat tu warszawskim Nowym Światem, mógł w dziewięciu kolejnych bramach zobaczyć ten sam motyw – okazywanie milicjantowi albo ubekowi dokumentu tożsamości. Widok nie tak rzadki na ulicach PRL-u, zawsze wzbudzający uczucie przykrości albo wręcz lęku. Człowiek miał wrażenie, skądinąd odgórnie założone, że władza jest wszędzie, może wszystko i wszystko kontroluje.
Inną akcją podobnego typu, poniekąd podprogową, była ta z gazetami. Ustawialiśmy się w czterech punktach miasta przy kioskach Ruchu, kupowaliśmy gazetę i natychmiast wyrzucaliśmy ją do kosza.

NYCZEK Czy prawdziwa jest legenda, że to była głównie „Trybuna Ludu”, ówczesny organ KC PZPR?

KRUKOWSKI Tak. „Trybuna” bywała zresztą używana także w różnych późniejszych przedsięwzięciach.

Przechodzimy dalej; cały czas podczas wędrówki po tej sali towarzyszy nam wielki, czarno-biały film, zajmujący niemal całą ścianę, ukazujący fragment ruchliwej ulicy. To jest tło i jednocześnie symbol całej wystawy – miejska przestrzeń, zmienny obiekt ingerencji Akademii Ruchu.

Kolejna sytuacja. Wiadomo, że magicznym słowem, zaklęciem tamtych czasów było „mięso”, którego zawsze brakowało. Równocześnie w czterech punktach Łodzi, gdzie stały kolejki pod sklepami mięsnymi, po przeciwnej stronie ulicy ustawialiśmy własną kolejkę – donikąd. Postronni obserwatorzy bez trudu chwytali związek między tymi dwiema kolejkami.
Idźmy dalej... Tu mamy jeszcze inną akcję, ze Świnoujścia przed 22 lipca, świętem państwowym. Przez dwa tygodnie wystawialiśmy pomniki „szarych ludzi”...

NYCZEK Doskonale ją pamiętam, to było przecież na FAM-ie w 1977 roku.

KRUKOWSKI Owszem. Otóż przed świętem 22 lipca postawiliśmy na ulicy kilka szarych postaci...

NYCZEK Które potem codziennie przesuwały się w inne miejsca. To był mężczyzna w marynarce, obok kobieta z siatką, pewnie żona, i może dziesięcioletni chłopiec z ręką w kieszeni. Ich wzajemny układ się zmieniał, tak jakby coś między nimi zachodziło, jakieś utajone relacje.

KRUKOWSKI Ludzie z wielkim zainteresowaniem obserwowali „rozwój wypadków”. Przekazywali sobie informacje, gdzie dzisiaj można tę rodzinę spotkać. Oswoili się z jej stałą obecnością. Tuż przed 22 lipca przekazano nam z szefostwa FAM-y wiadomość, że służby zabroniły pokazywania tej akcji podczas obchodów samego święta. Zdjęliśmy więc tę trójkę z ulicy, ale wstawiliśmy ją za to do prywatnego mieszkania, udekorowaną obowiązkowymi chorągiewkami.

NYCZEK Pamiętam okno tego mieszkania, otwarte; oni nieruchomo stali w tym oknie. Ludzie zatrzymywali się, przechodząc obok, bo te figury, choć pozbawione rysów twarzy, wyglądały jednocześnie dziwnie i wiarygodnie. I jakby dwuznacznie... Tu w mieście świąteczne dekoracje, ruch i barwność, a tam w oknie ludzka szara martwota...

KRUKOWSKI Właśnie o to chodziło, o zderzenie życia i pozorów.
Teraz przeskoczymy parę lat. Tu mamy akcję Zielnik. Jest rok 1980, marcowe wybory do Sejmu. Uczciliśmy je, rozrzucając przez dwa tygodnie na placu Defilad, Krakowskim Przedmieściu, placu Zamkowym duże sześciany z lodu, w których na wzór utrwalonych w bursztynie owadów zatopiliśmy rozmaite dokumenty z tamtego czasu, ulotki, bilety, artykuły spożywcze, na przykład kurczaka, foliowane mleko, parówki. Codziennie wykładaliśmy coraz to nowe zamrożone rzeczy. O, tu na fotografii widać, jak ktoś próbuje rozbić o latarnię lodowy kubik, żeby wydobyć kurczaka.

Przechodzimy pod następną ścianę. Na niej zdjęcia i filmy, skądinąd dosyć podłej jakości, jak wszystkie z tamtych przaśnych technologicznie czasów, przedstawiające jakieś tajemnicze wydarzenie odbywające się wokół stojącego na uboczu autobusu.

Tym razem musimy się cofnąć o kilka lat. To jest nasza reakcja na bardzo popularną w czasie wspomnianego lata 1977 w Świnoujściu objazdową wystawę Orbis Terrarium Animalium, zorganizowaną przez braci Czechów. Były tam różne wypchane zwierzęta, cielę z dwiema głowami i tak dalej. Wypożyczyliśmy autobus i zaprosiliśmy do udziału w akcji – w charakterze eksponatów – przedstawicieli rozmaitych grup zawodowych. Nazwaliśmy tę wystawę Terrarium Homine, terrarium ludzkie. „Eksponaty” dostały od nas całodzienne wyżywienie – tu akurat widzimy odżywiającego się metalowca z Warszawy. Zobacz efekt: przy wystawie czechosłowackiej pustka, przy naszej długa kolejka.

NYCZEK Czym to filmowaliście?

KRUKOWSKI Pentaksem. To był taki enerdowski aparat, kamera, którą znalazłem na szafie w administracji Dziekanki (dla niewtajemniczonych: Dziekanka to popularna nazwa warszawskiego akademika wyższych szkół artystycznych). Plus oczywiście słynne filmy ORWO Color, też enerdowskie.

NYCZEK SB nie biegała za wami? Filmowanie w publicznej przestrzeni było wtedy dosyć podejrzane...

KRUKOWSKI Najczęściej pracowaliśmy kamerą ukrytą w wielkim kartonowym pudle. Czasem dwóch stawało, a trzeci spomiędzy nich filmował spod pachy. Nie było problemu. Bywało, że kamery używaliśmy jako glejtu. Kiedy MO ingerowała w jakąś naszą akcję, mówiliśmy, że to, co im wydaje się dziwne albo podejrzane, jest filmem eksperymentalnym. Proszę bardzo, tu mamy specjalny papier z pieczątką Centrum Środowisk Artystycznych Dziekanka. A jeśli pytacie panowie o cenzurę, to przecież wiadomo, że film można ocenzurować dopiero po jego nakręceniu. No i dawali nam spokój.
Idźmy dalej. Tu mamy akcję Happy Day. Rok 1976. Trochę to wszystko nie po kolei, ale chodzi o pewną kompozycję zdarzeń. Przestrzeń Krakowskiego Przedmieścia pomiędzy hotelami Bristol, Europejskim a Uniwersytetem. Szara ulica szarego grudniowego dnia, zmarznięci przechodnie. I nagle, na trzy minuty, wchodzą w tę przestrzeń z różnych stron kolorowe postaci. Różowy żołnierz, kolorowi kelnerzy niosący kosze obfitości z cytrusami, z parówkami, dziewczyny w długich teatralnych sukniach. Z ulicznych głośników rozlegają się fragmenty Lata Vivaldiego (notabene w sali, gdzie teraz jesteśmy, cały czas rozlega się ta właśnie muzyka Vivaldiego). I po trzech minutach tej rozbuchanej letniej barwności nagle zapada cisza, muzyka milknie, postaci znikają, wraca pejzaż szarej zimowej ulicy.

NYCZEK Skąd braliście te banany, winogrona, pomarańcze? Rzadko można było je wtedy dostać... Stąd pewnie zaskoczenie przypadkowych przechodniów.

KRUKOWSKI To była cała złożona operacja. Najpierw zakup dolarowych bonów towarowych, potem wycieczka do Peweksu, gdzie można było te luksusy dostać... A jaką frajdą później było spożywanie tych dóbr w gronie wykonawców...

NYCZEK Nikt z ulicy nie próbował się dobierać do pater i koszy?

KRUKOWSKI Nie, ludzie byli zbyt oszołomieni.

Przechodzimy do następnej sali. Krukowski kontynuuje.

W dalszym ciągu mamy lata siedemdziesiąte, późne. Przechodziłem już rodzaj wewnętrznej przemiany w stosunku do działań ulicznych. Dotychczasowe akcje były anonimowe, niespodziewane. Wiadomości o nich rozchodziły się najwyżej w naszym środowisku. Nie mogliśmy ich ogłaszać publicznie, bo nie było oficjalnej zgody odpowiednich czynników. Miałem poza tym poczucie, że ci, którzy nas nie znają i nie wiedzą, o co chodzi, bywają zdezorientowani. A nam szło bardziej o interakcje z ludźmi niż o same działania.
W zimnym marcu 1977 roku przeprowadziliśmy akcję dedykowaną pasażerom miejskiej komunikacji, wracającym codziennie z pracy warszawskim mostem Śląsko-Dąbrowskim. Przez dwa tygodnie na zamarzniętej Wiśle naprzeciwko mostu pokazywaliśmy szybką animację długich czerwonych szarf, wykonywaną przez zmieniające się grupy „aktorów”. Ożywialiśmy w ten sposób martwy kadr pustej, zamarzniętej rzeki. Liczba animatorów tych szarf ciągle rosła, bo ludzie, którzy się o tym zwiedzieli, zgłaszali się do nas, że też chcieliby wziąć udział w przedsięwzięciu. (Obserwuję na monitorze te działania: pary ludzi trzymających końce kilkunastometrowych, wąskich pasów czerwonego materiału wykonują na lodzie rozmaite ewolucje; czerwień rozciągniętych, czasem krzyżujących się, ruchomych pasów na tle bieli lodu robi niezwykłe wrażenie). Akcja zresztą nazywała się Czerwone i białe.
Inna sytuacja. W Lublinie tuż przed 1 Maja zaproponowaliśmy mieszkańcom pewnej ulicy wspólną dekorację tego święta – na elewacjach ich domów. Na rutynowych miejscach wieszania portretów dostojników państwowych wywiesiliśmy portrety mieszkańców. A na miejscach propagandowych transparentów wieszaliśmy własne, z cytatami ze zwykłych, przypadkowych rozmów. Ktoś szedł ulicą, znajomi go pytali: „gdzie idziesz?” – a on odpowiadał: „idę w kierunku dalszym”. No to tę odpowiedź umieściliśmy na transparencie. Jakaś kobieta, obierając ziemniaki, mówiła: „więcej to ma korzeni niż kartofli”. I tę wypowiedź wywiesiliśmy. Wszystko, jak widzisz, to już zdecydowane współdziałanie z ludźmi.
Jedna z akcji Dom polegała na tym, że wspólnie z mieszkańcami czytaliśmy zakazaną poezję. W tym wypadku chodziło o Ryszarda Krynickiego, na którego był cenzorski zapis. Proponowaliśmy czytanie tych wierszy do mikrofonu, na podwórku, na co mieszkańcy ochoczo przystawali. Tu na zdjęciu widać to podwórko i knajpę, która miała tam zaplecze. Kucharki z tej knajpy tak się zasłuchały, że jak akcja się skończyła, zaprosiły i nas, i mieszkańców na to zaplecze i nie troszcząc się o knajpianych gości, ugościły nas tym, co miały najlepszego.

NYCZEK Widzę po zdjęciach i filmach, że wszędzie ludzie się do was garną.

KRUKOWSKI Ani razu nam nie odmówiono.

NYCZEK Jak wam się udawało wciągać ich w to wszystko? Ludzie w tamtych czasach byli jednak dosyć nieufni. Zresztą w dzisiejszych także.

KRUKOWSKI Miałem na to pewien przepis. Najpierw wciągaliśmy ich w rozmowę z błahego powodu. Powiedzmy, pukało się do mieszkania i pytało, czy mogliby pożyczyć młotek albo gwoździe. Kiedy się zastanawiali, dopowiadaliśmy, że jesteśmy artystami z takiego jednego teatru. Na to oni pytali, z jakiego, a kiedy nadal nie bardzo dowierzali, robiliśmy szybki pokaz akrobatyki. Reszta sąsiadów wyglądała z mieszkań i już niebawem wszyscy z nami sympatyzowali. Potem jeszcze dwa, trzy dni przychodziliśmy, rozmawialiśmy i tworzyła się dobra atmosfera, dzięki której można było właściwie wszystko wspólnie zrobić.

Przechodzimy do kolejnej sali. Panuje dziwny półmrok, jakby przepaliła się większość żarówek i została jedna, najsłabsza.

NYCZEK Dlaczego tu tak ciemno?

KRUKOWSKI Jesteśmy w latach osiemdziesiątych...

A, taka sztuczka. Rozumiem. Patrzę na kilka fotografii przy wejściu. Widzę most, w dole biała płaszczyzna – śnieg? – na jej tle sylwetki jakby ptaków, ale wyglądają na sztuczne.

W dziesiątą rocznicę Grudnia ’70 z warszawskiego mostu Gdańskiego wypuściliśmy chmarę czarnych samolocików-jaskółek. Normalnie takie samolociki są białe...
Tu znowuż mamy akcję związaną z momentem rejestracji „Solidarności”, jesień 1980. Tłumy ludzi stoją przed warszawskimi sądami, oczekując na ten akt...

Widzimy na jednym zdjęciu fronton gmachu sądu, na nim wykuty napis: „SPRAWIEDLIWOŚĆ JEST OSTOJĄ MOCY I TRWAŁOŚCI RZECZYPOSPOLITEJ”.

Jak wiadomo, mało się to miało do rzeczywistości. Nagle wpadam na pomysł. Dzwonię do Dziekanki, polecam chłopakom namalować transparent z takim samym napisem. Po jakimś czasie przywożą go tramwajem. Tłum na ten widok wybucha śmiechem, porywa transparent i wiesza na frontonie budynku naprzeciwko sądu.

NYCZEK Żyjący napis będący wyzwaniem dla tamtego martwego, wykutego. Tak jakby te patetyczne słowa ożyły i stały się głosem ludzi z ulicy.

KRUKOWSKI Dokładnie tak.
Idźmy dalej. Mamy stan wojenny, choć formalnie jakiś czas po. Marzec 1984.

Stoimy przed ekranem, na którym przewija się ten sam motyw. Ciemność wieczorna rozjaśniana ostrym światłem reflektora; w tym świetle pojawiają się ludzie idący skądś dokądś; przechodząc przed kamerą, zakrywają twarze rękawami, teczkami czy co tam kto trzyma w ręce.

To był refleks „okradania ludzi z twarzy” przez telewizję stanu wojennego. Władza chciała przy pomocy telewizji pokazać, że wszystko na ulicach jest normalnie, ale ludzie na widok kamer odruchowo zakrywali twarze. Powtórzyliśmy ten manewr: ustawiliśmy kamerę, zaświeciliśmy dwa reflektory i namawialiśmy przechodniów, żeby wykonali ten gest. Oczywiście uprzedziliśmy ich, dlaczego to robimy. Całe rodziny przychodziły „pokazać się w telewizji”, w istocie się ukrywając. W pewnej chwili nadszedł prawdziwy patrol wojskowy. Zażądali dokumentów i spytali o zgodę na filmowanie. Pokazałem im papier ze zgodą, którą... sam sobie wystawiłem. Była tam tylko pieczęć Dziekanki, no i mój podpis. Nie skojarzyli, że podpisany tam jest ten sam facet, którego dowód osobisty trzymali w ręku...
Tu (Krukowski pokazuje przestrzenną konstrukcję z wózkiem dziecięcym i kamerą) mamy akcję z tego samego marca 1984. Sklep warzywny na Krakowskim Przedmieściu. Zziębnięci ludzie w kolejce (widzimy ich wielkie zdjęcie na całą ścianę). Do kolejki podchodzi Zbyszek [Olkiewicz – przyp. T.N.] z wózkiem spacerowym, na którym jest zamontowany projektor Super-8. I wyświetla tym zmarzniętym ludziom obrazki z ciepłych krajów. (Na monitorze wystawowym widzimy te same co wtedy obrazki: plażę w Miami, dwa delfiny pluskające się w oceanie). Jednocześnie Zbyszek, trzymając w ręku megafon, podaje godziny odjazdu autobusów, puszcza muzykę. Ludzie chcą wyciągać jakieś pieniądze... Na to wszystko z piskiem opon zajeżdżają trzy radiowozy. Wykręcanie rąk bez słowa, próba wciśnięcia do radiowozu wózka z projektorem... Próba nieudana, więc przodem, w kierunku komisariatu, jadą dwa radiowozy z nami, a za trzecim radiowozem idzie milicjant, pchając przed sobą ten wózek z projektorem na wierzchu.

Przechodzimy pod następną ścianę.

Pozwalano nam już wtedy – połowa lat osiemdziesiątych – jeździć na zagraniczne festiwale. Na jednym z nich, we włoskim Santarcangelo, przeprowadziliśmy akcję mającą lepiej uświadomić tamtejszej społeczności sytuację ludzi w stanie wojennym. Mieszkańcy Santarcangelo obudzili się pewnego dnia i zobaczyli, że jedna z ich ulic, mniej więcej stumetrowa, cała jest wyklejona białym papierem. Tym samym papierem wykleiliśmy również witryny uliczne.

Przyglądam się fotografiom; pusta, biała ulica robi wrażenie jakiejś onirycznej scenografii.

Na końcu tej ulicy, w takim jakby kiosku, też białym, siedzi Ola i przez cały dzień w nieznanym im języku polsko-węgierskim komentuje reakcje ludzi na tę uliczną biel. Wieczorem, kiedy zbliża się pora festiwalowych spektakli i gromadzi się publiczność, wręczamy zgromadzonym czerwone flagi obszyte złotymi frędzlami, z hasłami wypisanymi cyrylicą. Prowokujemy ich do maszerowania w takt muzyki towarzyszącej wjazdowi Hitlera do Gdańska w roku 1939. Podczas tych przemarszów zrywamy z witryn i ulicy ów biały papier, pod którym znajduje się staniol – odbijający jak w lustrze wszystko, co się na ulicy dzieje.

NYCZEK Lustro podstawione Włochom i ich komunistycznym ciągotom?

KRUKOWSKI Trochę tak. Ale następnego dnia czeka ich kolejna niespodzianka. Budzą się i widzą tę samą ulicę – tym razem czerwoną. Wieczorem też dostają flagi, ale dla odmiany białe. To musiało być dla nich poruszające, bo niektórzy płakali. Następnie przeprowadzamy ich na plac pokryty białym papierem (ostatniego dnia czerwonym), tam wykonujemy kilka czynności typowych dla polskiej rzeczywistości tamtych czasów. Później polewamy plac z konewek oczyszczoną naftą i wręczamy im kartonowe czerwono-złote pochodnie, tym razem zapożyczone z koreańskiej parady Kim Ir Sena. Jeden z performerów bierze taką pochodnię i podpala naftę. Plac wybucha ogniem, aktorzy brodzą w nim po kolana. Szokujące wrażenie.
Inna akcja, już w Polsce. Rok 1986, Katowice. Na ulicy przy miejscowym teatrze, na długości dobrych 60 metrów, porozkładaliśmy wiązki polakierowanego na czerwono zboża. Ułożyliśmy je w snopki i zaczęliśmy się zachowywać jak prawdziwi rolnicy z ich polnymi rytuałami, łącznie z jedzeniem kartofli ze zsiadłym mlekiem. Ale kiedy kładliśmy się do rytualnego snu, okazywało się, że pod tym zbożem są takie małe miasteczka, zbudowane z dziecinnych zabawek. I kiedy wyglądało, że cała akcja już się kończy, wkraczało dwóch „służbowych” ludzi. Podchodzili do stojącej nieopodal tablicy przeciwpożarowej i z wielkim hałasem przybijali do niej typowe narzędzia pożarnicze: siekierę, bosak, kilof, wiadro. Jako ostatnie narzędzie „opieki i ochrony” przybijali... wielką czerwoną pałkę milicyjną.

Wybucham śmiechem, ale okazuje się, że to jeszcze nie koniec.

Ludzie klaskali, a tymczasem za ich plecami znienacka otwierały się drzwi samochodu firmy piekarniczej. Samochód zaczynał powoli odjeżdżać, a stojąca w otwartych drzwiach dziewczyna żonglowała dwiema bułeczkami. I co mnie zaskoczyło, ten dwustu-, trzystuosobowy tłum zaczął biec za tym samochodem...
Zrobiliśmy też kilka akcji na motywach filmowania scen z codziennego życia mieszkańców. Na przykład pukaliśmy do jakiegoś mieszkania – to akurat było w Łodzi – i pytaliśmy, czy zgodziliby się, żeby wieczorem sfilmować jakiś kawałek z ich życia rodzinnego. Kiedy się godzili, filmowaliśmy to (na zdjęciach widać wnętrze typowego pokoju peerelowskiego: stół, lampa, przy stole dwoje ludzi, oglądają telewizję, nic specjalnego się nie dzieje), a następnego dnia na fasadzie domu, gdzie było dane mieszkanie, wyświetlaliśmy ten film.

NYCZEK To wygląda, jakby kamera prześwietliła mur kamienicy i ujawniła coś, czego normalnie nie widać.

KRUKOWSKI Tak, o to właśnie chodziło.

Idziemy do kolejnej sali. Już jaśniej, nie trzeba się poruszać z małymi latareczkami ręcznymi rozwieszonymi na ścianach, jak w salce poprzedniej.

Jesteśmy w latach dziewięćdziesiątych, początek nowej ery. Rozpościera się jasna przyszłość. Mamy radykalną zmianę ustrojową, ludzie są wolni. Tyle że nie wszystko rozumieją z tego, co się dzieje. Powszechna dezorientacja. Na poznańskiej Malcie zrobiliśmy wielkie widowisko, na tysiąc ludzi z okładem.

NYCZEK Stoimy przed ogromnym ekranem, na nim film... Jeden performer w żółtym kostiumie, drugi w jaskrawoczerwonym... Przecież nigdy...

KRUKOWSKI ...Zaraz, to może ja powiem. Nazwaliśmy tę akcję Polskie głosy. Wcześniej przez miesiąc spisywałem skargi Polaków na rzeczywistość.

NYCZEK „Bezradność państwa”... „Czy macie prawo sprzedawać własną ojczyznę?”... „Tu każdy zwala winę na każdego”... „Gdzie jest etyka rządzących”...

KRUKOWSKI I tak dalej. Stworzyliśmy potężny chór wykonujący te skargi (słyszymy go w tle projekcji), a warstwę wizualną tworzą postaci trzymający ogromne flagi.

NYCZEK Dlaczego są tak dziwnie ubrani, jakby po japońsku, w kolorowe kimona?

KRUKOWSKI To tylko luźne „teatralne” szaty. Barwne, żeby je było widać na białym tle maltańskiego stoku narciarskiego ze sztucznym śniegiem.
Akcji dotyczących tłumaczenia w rzeczywistości zrobiliśmy kilka. Otworzyliśmy na przykład wraz z Komuną Otwock Biuro tłumaczeń, gdzie przez cały dzień dyżurowaliśmy, próbując odpowiadać na wszelkie możliwe pytania. Bywało, że jeśli czegoś nie wiedzieliśmy, to ludzie nam tłumaczyli.
Inna akcja z tego cyklu, Uczty duchowe z 1993 roku. Na środku placu ułożyliśmy kunsztowną martwą naturę. Dookoła w fotelach zasiedli mędrcy, którzy czytając Habermasa, Derridę i innych filozofów, próbowali opowiadać rzeczywistość ludziom, którzy absolutnie tych tekstów nie pojmowali. Również uczta odbywa się jakby per procura.

Oglądam film z tej akcji, którego w pierwszej chwili nie mogę zrozumieć. Produkty składające się na martwą naturę – butle z winem, kieliszki, owoce południowe, jakieś rzadkie warzywa, wszystko trudno dostępne w PRL-u – są przywiązane do skomplikowanego systemu linek, którymi manipulują performerzy w białych rękawiczkach, usytuowani po bokach wielkiej, białej płachty rozścielonej na placu. Butelka wędruje na sznurkach w powietrzu, zawisa nad kieliszkami, przechyla się i leje do nich wino, potem w podobny sposób wędrują owoce i nóż służący do ich obierania... Wszystko w powietrzu, bez dotykania... Rzeczywiście „per procura”.

Pokazaliśmy świat, w którym mądrość i przyjemność nie dotykają bezpośrednio ludzi. Wszystko spełnia się poza nimi, nad nimi. Świat do oglądania, przyglądania się.

NYCZEK Jednym słowem, „życie jest gdzie indziej”. A co robi tu ten biały samochód wjeżdżający na pole gry? Wsiadają do niego mędrcy... Rozjeżdżają kołami te mięsa i owoce...

KRUKOWSKI Swoje zadanie wykonali i jadą realizować następne.

Uderza brutalność tej puenty, przy całej poetyckiej metaforze sceny. Idziemy dalej.

Tu mamy ciekawą akcję, nad którą pracowaliśmy dwa lata. W połowie lat dziewięćdziesiątych bywaliśmy na Mazurach, gdzie wskutek panującego bezrobocia opuszczone i porozwalane pegeery zmieniały się w miejsca kryminogenne. Nocowaliśmy z punkami i skinami. W którymś momencie, w Ostródzie, postawiliśmy na przystankach stoliki przykryte białymi obrusami. Przy stolikach stały punki i proponowały ludziom – to był listopad – kubeczek gorącego barszczu. Ludzie, jak wiadomo, za punkami nie przepadają, więc ostrożnie podpytywali: a co tu robicie, dlaczego, co chcecie za ten barszcz itd. A oni: nic nie chcemy, tylko żebyś zapisał jedną linijkę twojego wiersza. – Ale ja nie piszę wierszy! – mówił dany przechodzień. – No ale jakieś swoje słowa chciałbyś zapisać? – No mogę. Ludzie swoje teksty zapisywali, wypijali barszcz i szli. Myśmy całą noc układali z tych zapisków poematy, a następnego dnia we wszystkich miejscach, gdzie przedtem były stoliki, stały ekrany z poematami stworzonymi przez przypadkowych autorów. Ludzie przychodzili potem całymi rodzinami, żeby poczytać sobie te teksty.

Oglądam zdjęcia z tej akcji. Na jednym z ekranów taki fragment: „Kocham więc jestem miłość jest pierwszą z nieśmiertelnych rzeczy”.

NYCZEK No proszę. Bardzo ładny kawałek.

KRUKOWSKI W którymś momencie prowadziliśmy warsztaty w okolicach warszawskiego Dworca Wschodniego. I zdarzył się głośny incydent: policjant zastrzelił Afrykańczyka na pobliskim bazarze „Europa”, dziś jest tam Stadion Narodowy. Były rozruchy czarnych, policja w żółtych odblaskowych kamizelkach z napisem „POLICJA” te rozruchy pacyfikowała. Nabyliśmy czterdzieści takich kamizelek i napisaliśmy na nich między innymi: „ETYK”, „POETA”, „PIELGRZYM”, „FILOLOG”, „PASTERZ”, „HUSYTA”, i weszliśmy na teren Dworca Wschodniego i jarmarku „Europa”. To spowodowało, że ci z napisem „POLICJA” stamtąd się usunęli.
O, tu jest piękna akcja! Nazwaliśmy ją Pole cudów. Polegała na tym, że na deptaku w Bytomiu albo Łodzi układaliśmy coś w rodzaju bieżni z trzech tysięcy orzechów włoskich. Można było po nich deptać albo rozłupywać je i zjadać. Czasem łupiny okazywały się puste. W takim wypadku można było składać reklamacje przy stoliku, gdzie siedziała Jola [Krukowska – przyp. T.N.]. Miała przed sobą dwie miski, w jednej były ziarna orzechów, w drugiej prawdziwe perły rzeczne. Pytała: perła czy orzech? Można było wybrać perłę. To ich otwierało na rozmowy z Jolą albo między sobą.

Oglądam rejestrację filmową z tego zdarzenia. Co ciekawe, orzechów zdaje się nigdy nie brakować, bo puste miejsca po zabieranych albo rozgniatanych performerzy natychmiast wypełniali nowymi orzechami. Zaskakująca akcja, zwłaszcza na tle dotychczasowych.

Jesteśmy już w naszych czasach, w wieku XXI. W miastach, które coś znaczą, projektowaliśmy akcje, których podstawowym tworzywem były duże, podświetlane od wewnątrz sześciany-moduły. Tu akurat mamy rok 2006, Warszawa. Wieczorem po obu stronach Wisły, tej od Czerniakowa i tej od przeciwległej Pragi, wciągnęliśmy do gry kilkaset osób zgromadzonych po jednej i drugiej stronie rzeki. Przychodzący ludzie zastawali tam gotowy budulec w postaci tych modułów. Mówiono im – zanieś to tam a tam. W lot chwytali, o co chodzi, i budowali początkowo struktury abstrakcyjne, a potem z napisami. Warszawa do Pragi wysyłała na przykład sygnał świetlny: „PATRZ”, a Praga do Warszawy: „PAMIĘTAJ”. To było oczywiście nawiązanie do sytuacji z powstania warszawskiego, kiedy z jednej strony tylko się przyglądano, a z drugiej to zapamiętano.
Tu jest akcja warsztatowa całkiem już współczesna. Młodzieży pewnego liceum artystycznego z Łodzi zaproponowaliśmy stworzenie Słownika Plag Łódzkich. No i powstał taki słownik, na który złożyły się przykładowo: stres, brud, dryl, smog, bieda, dewocja, bełkot, porno. Jak wiadomo, na pewnym odcinku Piotrkowskiej jest coś w rodzaju Alei Gwiazd, na wzór hollywoodzkiej. Chodzi się po wmurowanych w chodnik gwiazdach z imionami i nazwiskami znanych twórców kina i teatru. I ta aleja została przedłużona podobnymi gwiazdami, tyle że jako podpisy figurowały słowa z tamtego słownika.

Dla tych, co teraz o tym czytają, ale widzieć nie mogą, dodajmy, że w roli gwiazd wystąpili osobiście autorzy słownika, układając się, jeden za drugim, w trzystumetrowy, jak powiada Krukowski, ciąg leżących na chodniku ciał. Gwiazdy i podpisy mieli ułożone na sobie.

Teraz przejdźmy do czegoś, co bardzo mi się podoba. Czysto plastyczna instalacja. W Lublinie można zobaczyć podwaliny rozebranego w XIX wieku kościoła gotyckiego. Żadnego śladu sacrum już w nim nie ma. To dziś popularne miejsce spotkań ludzi, którzy lubią się napić, pobaraszkować albo zwyczajnie posiedzieć. Nałożyliśmy na te zarysy dawnej budowli drewnianą konstrukcję-kratownicę, będącą czymś w rodzaju zmaterializowanego w drewnie planu mieszkania. Ponieważ w takich rysowanych planach architektonicznych poszczególne pomieszczenia są podpisywane – pokój dzienny, dziecinny, kuchnia, łazienka i tak dalej – myśmy to też podpisali, ale tylko dwoma określeniami: pokój dzienny i pokój czyniący. Ten ostatni to cytat z Chrystusowego Kazania na górze. Instalację zostawiliśmy na trzy tygodnie, podczas których się... usakralizowała. Nikt tam wtedy nie pił piwa, nie barłożył się, nie chodził po tym.

NYCZEK Nic nie uległo zniszczeniu?

KRUKOWSKI Nic. Wszystko zostało uszanowane. No i tym sposobem dobrnęliśmy do końca, bo to już ostatnie lata naszej działalności.
 


Wystawa autoprezentacja: AKADEMIA RUCHU. MIASTO. POLE AKCJI prezentowana była w CSW w dniach 17 lutego – 29 kwietnia 2012.

Wchodzimy do piwnicznego pomieszczenia, gdzie na ścianach jeden przy drugim plakaty, afisze, sztrajfy, programy, ulotki. Na stoliku programy i książki. Wszystko o Akademii Ruchu, od początków do dzisiaj. Dokumentacja przede wszystkim działań stricte teatralnych, kiedyś intensywnych, od pewnego czasu mniej widocznych, jako że Akademia, od lat pozbawiona własnej bazy lokalowej i organizacyjnej, funkcjonuje jako wolne stowarzyszenie przyjaciół. Na poszczególne akcje i przedsięwzięcia zdobywają granty, sami nie biorą pieniędzy, pracują w swoich zawodach.
Krukowski od dwóch lat nie jest już dyrektorem Centrum Sztuki Współczesnej w Zamku Ujazdowskim, gdzie odbywa się wystawa, po której wędrówkę właśnie zakończyliśmy. Dyrektorował dwadzieścia lat. I sądząc po reakcjach, nawet niewyrażonych wprost, wszystkich spotykanych po drodze pracowników, nadal traktują go jak swojego dyrektora.
Nie wszystkie pokazane na wystawie akcje udało się tu przywołać, jest ich po prostu za dużo. Ale nawet wystawa nie pomieściła wszystkich, jakie przez ponad trzydzieści lat działalności Akademia Ruchu zrealizowała. Najbardziej imponujące przedsięwzięcie parateatralne, jakie zdarzyło się w całej powojennej historii Polski.
 

Komentarze
W najnowszym numerze
„Teatr. Krytycy” tom 2

„Teatr. Krytycy” tom 1

http://polskidramat.pl/http://centrumsztukitanca.eu/https://www.teatr-rozrywki.pl/projekty/obserwatorium-artystyczne-entree/189-obserwatorium-artystyczne-entree.htmlhttp://www.instytut-teatralny.pl/projekty/konkurs-fotografii-teatralnejhttp://teatrszwalnia.pl/fwp_portfolio/festiwale-teatru-szwalnia/http://www.terazpoliz.com.pl/corywarszawskie-100lat


Nasz serwis korzysta z plików cookies zgodnie z polityką prywatności i plików cookies [dowiedz się więcej]. Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym lub ich usunięcie możliwe jest po właściwym skonfigurowaniu ustawień przeglądarki internetowej. Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może spowodować utrudnienia lub brak działania niektórych funkcji serwisu. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie.

Zamknij