Przewiń w lewo
Przewiń w prawo
Zwiń
Przegląd
2/2018
Życie i inne przykrości
autor: Jacek Wakar
Życie i inne przykrości
foto: Proton Cinema

Niedawno oglądany spektakl Imitation of Life oraz wchodzący na ekrany film Księżyc Jowisza przypomniały nam Kornéla Mundruczó – węgierską gwiazdę europejskiego teatru i kina. Artystę, który zastawia pułapki. Na nas, a czasem i na siebie.

 

Kiedy przed pięcioma laty pisałem w „Teatrze” o Nietoperzu z TR Warszawa i innych pokazywanych na polskich festiwalach przedstawieniach Kornéla Mundruczó, zaznaczałem, że akurat jeśli chodzi o niego, nie musimy mieć kompleksów, bo twórczość teatralną węgierskiego reżysera znamy dobrze. Potem Nietoperz zrobił ogólnokrajową furorę, między innymi wygrał w Kaliszu i na krakowskiej Boskiej Komedii, a my z Mundruczó niestety utraciliśmy stały kontakt. Nie doszła do skutku realizacja Imitation of Life w TR Warszawa, w założeniu kolejny po Nietoperzu etap współpracy twórcy ze znanym już mu zespołem. Zobaczyliśmy – najpierw na wrocławskich Nowych Horyzontach, a potem w ograniczonej dystrybucji w kinach – film Biały Bóg, ale o teatrze Mundruczó nad Wisłą słuch zaginął. Pokazywany w Krakowie, a potem w Warszawie spektakl Imitation of Life stanowi zatem powrót reżysera do polskiej publiczności.


Przed pięcioma laty był to artysta w innym niż dziś momencie kariery. Jego przedstawienia koprodukowały największe europejskie festiwale, choćby Wiener Festwochen, Romaeuropa albo francuski Avignon. Reżyser ciągle jednak był kojarzony z Węgrami. Tam powstawały jego inscenizacje, tam kręcił filmy. Dzisiaj Mundruczó nie przeczy swej tożsamości, ciągle podkreśla, że najlepiej pracuje mu się u siebie, bo tam ma swoich aktorów, ale przynależy już bardziej do Europy niż do jednego niewielkiego kraju. Jego zespół Proton Theatre, gdzie powstał Imitation of Life, ciągle istnieje i składa się z węgierskich artystów. Jednak gra przede wszystkim poza ojczyzną (w tych dniach omawiany spektakl pokazywany będzie w Hamburgu, Bobigny i Lozannie), jest świetnie rozpoznawany na całym kontynencie. Mundruczó nazywał Nietoperza nie bez racji – ze względu na temat widowiska – pierwszą częścią „trylogii samobójczej”. Jej kolejne odcinki, zatytułowane Dementia oraz Hotel Lucky Hole, powstały odpowiednio w Proton Theatre w Budapeszcie oraz w Zurychu. W międzyczasie artysta dwukrotnie pracował w operze w Gandawie, a także wrócił po ośmiu latach wystawionymi z sukcesem Tkaczami Hauptmanna do prowadzonego przez Luka Percevala Thalia Theather w Hamburgu. Jeśli dodamy do tego, że Mundruczó stał się pieszczochem festiwalu w Cannes, gdzie swe premiery miały jego dwa ostatnie filmy (Biały Bóg dostał nagrodę w sekcji Certain Regard, Księżyc Jowisza startował już w głównym konkursie), będzie jasne, że reżyserowi niepotrzebne są wewnętrzne dylematy jego rodaków. Ze swą pozycją twórcy wizjonera, z powodzeniem łączącego kino ze sceną, swoją karierę lokuje przede wszystkim w Europie Zachodniej. Tam zarabia pieniądze, realizuje swe plany, wszedł już w tamten system produkcyjny. Węgier potrzebuje dla higieny serca i umysłu, ale koegzystować z nimi nie musi. Znam jego filmy i niektóre przedstawienia, i wydaje mi się, że Kornél Mundruczó jest dla węgierskiego teatru trochę kimś takim, jak Krzysztof Warlikowski dla nas. Warlikowski ma na koncie pokaźną listę sukcesów w najważniejszych operach Europy, Mundruczó jest w tej konkurencji dopiero tuż po starcie. Polak pracował pod okiem Ivo van Hove’a w Amsterdamie, Węgier u Percevala w Hamburgu. Ale to Mundruczó uprawia z powodzeniem dwie dziedziny. Zapewne gdyby go zapytać, za podstawową uznałby film, teatr traktując jako ważny, ale jednak dodatek.


Nikt nie zaprzeczy, że jest węgierski reżyser twórcą fascynujących filmowych obrazów, czuje kino jak mało kto, każdym porem skóry. Wystarczy przypomnieć sobie w całości Deltę albo zapierający dech w piersiach prolog Białego Boga, gdy kilkunastoletnia bohaterka filmu jedzie na rowerze przez wyludnione ulice Budapesztu. Za chwilę ze wszystkich nor, wyrw i zakamarków zaczną wyłaniać się psy i będą towarzyszyć w jej rajdzie. Równoprawnym protagonistą filmu czyni w dodatku Mundruczó rudego Hagena, wyrzuconego na ulicę przez ojca dziewczynki.


Dopatrywano się w Białym Bogu wielkiej metafory współczesności, traktowano film jako zawoalowaną opowieść o Węgrach czasu Viktora Orbána, o wszechogarniającej atmosferze wzajemnego szczucia i obsesyjnej podejrzliwości. Nie da się ukryć, że przede wszystkim jego pierwsze sekwencje robią piorunujące wrażenie, zdaje się, jakby biegnące psy miały przebić ekran, wręcz można poczuć namacalne zagrożenie. Nikt nie odmawia autorowi siły rzemiosła i niezwykłej wyobraźni, a jednak z czasem jego obraz traci impet oraz znaczenie. Zdaje się, jakby Mundruczó uwiódł koncept prologu, podporządkował mu więc całość opowieści. Tyle że okazała się ona pusta w środku, wykoncypowana, jakby skrojona pod gust bywalców światowych festiwali. Pokazała, że reżyser wie, jak podkreślić własny styl, jak czasem wręcz onieśmielić fantazją w połączeniu z biegłością warsztatu. Jednak czyni to, z góry zakładając efekt i go osiągając. Cel uświęca środki?


To samo pytanie – z jeszcze większą siłą – narzuca się po obejrzeniu najnowszego filmu Kornéla Mundruczó Księżyc Jowisza. W maju w Cannes podzielił on publiczność na dwa przeciwstawne obozy. Jedni uznali go za arcydzieło, inni – ci byli w większości – obraz wybuczeli, stawiając różnorodne zarzuty, przede wszystkim o pretensjonalność. Wydaje się bowiem, iż tym razem Węgier chciał ponad wszelką wątpliwość udowodnić, że umie wąchać czas, że w lot wyczuwa targające Europą lęki i niepokoje. Jest w Księżycu Jowisza exodus nielegalnych imigrantów, jest wybuch w metrze i antyterroryści, jest gra filmowymi gatunkami, pozwalająca reżyserowi inscenizować efektowne samochodowe pościgi oraz sączyć z ekranu imitację metafizyki. W centrum zdarzeń stoi młody uciekinier z Syrii, który upada pod kulami, ale za chwilę podnosi się i unosi w powietrze. Jego zdolność lewitowania wykorzystuje budapeszteński lekarz, pragnący odpokutować za swe winy z przeszłości. Stąd dziwna spółka młodego i starego, i w konsekwencji ich wzajemne nawrócenie na dobro. Przy tym lewitujący Aryan to nie pierwsza w kinie Mundruczó figura Chrystusowa, a sam film zdaje się niczym więcej, niż tylko zręcznym konglomeratem modnych tematów i idei. Inna rzecz, iż podanych w piekielnie atrakcyjny sposób. Księżyc Jowisza bywa chwilami oszałamiający, jakby reżyser chciał w dwie godziny udowodnić, że w kinie potrafi już wszystko, że nie ma w nim dla niego tajemnic. Skutek jest jednak taki, że ostatni jego film przypomina wysilony tour de force, a jednocześnie owoc zimnej kalkulacji. Znowu powraca kwestia niezależności artysty wobec światowego systemu produkcji i ceny, jaką płaci za bycie w pierwszej linii najbardziej gorących nazwisk filmowej Europy. Po Księżycu Jowisza myślę, że lepiej z podobną presją poradziła sobie na przykład Małgorzata Szumowska. Może pomogło jej rysowanie delikatniejszą kreską, upodobanie do bardziej kameralnych form.


To, czego nie daje nam ostatnio kino Kornéla Mundruczó, otrzymaliśmy w jego ostatnim pokazywanym w Polsce przedstawieniu. Imitation of Life powstało w Proton Theatre i zdaje się być przemyślnie skonstruowaną pułapką na widza. Reżyser, który dotychczas zdawał się również w teatrze bawić możliwościami sceny, tym razem proponuje siebie w wersji na wskroś realistycznej, a przy okazji ascetycznej. Tyle że to tylko pozory. Z początku mamy jednak zapisany na taśmie filmowej dialog starej Romki Lorinc (wielka rola Lili Monori, która od wielu lat współpracuje z Mundruczó) z likwidatorem jej mieszkania. Kobieta pragnie oddalić od siebie widmo eksmisji, opowiada z naturalistycznymi szczegółami o wszystkich nieszczęściach, jakich codziennie doświadcza. Fragment ten inteligentnie gra z konwencją telewizyjnych programów interwencyjnych w rodzaju naszej Uwagi!, ale skonstruowana przez stałą partnerkę reżysera Katę Wéber opowieść wyrzucanej na bruk kobiety – także z powodu kunsztu aktorki, a może przede wszystkim dzięki niemu – robi doprawdy piorunujące wrażenie.


Podobnie jak scenografia Mártona Ágha, która przedstawia werystycznie wierne odbicie pokoju i kuchennego aneksu w komunalnym mieszkaniu bohaterki. Mieszkanie jest odwzorowane w najdrobniejszych szczegółach, wypełnione meblami, sprzętami, potrzebnymi i niepotrzebnymi przedmiotami. I ukazane w mikroskali, niejako w pomniejszeniu, ujętym w ramy pudełka sceny, jak starą fotografię ograniczają czarne, nadpalone czasem ramki. W momencie przejścia od historii Lorinc do wątku młodej kobiety, zajmującej jej miejsce, razem z synem, a kryjącej się przed agresywnym partnerem, przestrzeń robi powolny, metodyczny obrót o trzysta sześćdziesiąt stopni. Otwierają się szuflady, wersalka, ze zlewu wypadają naczynia, sztućce, o sufit roztrzaskuje się szkło, wypadają klocki lego. Za dłuższą chwilę mieszkanie przedstawiać będzie obraz ruiny, tak jak ruiną jest życie bohaterów w bezdusznym społecznym systemie. Inspirowany filmem Douglasa Sirka o tym samym tytule, z roku 1959, spektakl Mundruczó nie jest jednak dokumentem. Obrót sceny jest tutaj wielkim znakiem teatralnym, konkretem i metaforą w jednym. Obrazuje życie ludzi tu i teraz, może w dzisiejszym Budapeszcie, ale nie tylko, w jednej chwili zamieniające się w stertę gratów, zdezelowane i wydrążone. A z drugiej strony pokazuje nowe możliwości teatru, nie potrzebującego wielkiej skali, aby w wycinku rzeczywistości opowiedzieć wszystko. Imitacja życia – mówi tytuł spektaklu Proton Theatre, ale przynajmniej ja czytam go wspak. Teatr może się bawić w imitowanie życia – zdaje się twierdzić Kornél Mundruczó – bo ma i takie możliwości, taką siłę. Jednak naśladowanie życia na dłuższą metę staje się jałowe, tym bardziej, że składa się na nie wiele większych i mniejszych przykrości. Dlatego imitując realizm, warto od niego uciekać, naznaczyć rzeczywistość własnym piętnem, jak czyni to w teatrze węgierski reżyser. Wtedy krótkie, trwające ledwie półtorej godziny przedstawienie stanie się klinem wbitym w serce, a przy okazji testem empatii dla publiczności. Nie przestając być jednocześnie zastawioną na nas pułapką, czym innym, niż się wydaje, kolejnym upozowanym na skromność radykalnym gestem nietuzinkowego artysty. Obserwowanie jego teatru jest prawdziwą przygodą. Nieprzewidywalną, inspirującą. Dobrze, że doczekamy się powrotu Mundruczó do TR Warszawa. Premiera jego nowego spektaklu – właśnie tam – przewidywana jest na połowę grudnia.
 

Proton Theatre w Budapeszcie
Imitation of Life
scenariusz Kata Wéber
reżyseria Kornél Mundruczó
premiera 27 kwietnia 2016
pokaz 18 listopada 2017
w TR Warszawa

 

Księżyc Jowisza
scenariusz Kornél Mundruczó, Kata Wéber
reżyseria Kornél Mundruczó
premiera 19 maja 2017
premiera polska 26 stycznia 2018
 

Komentarze
W najnowszym numerze
„Teatr. Krytycy” tom 2

„Teatr. Krytycy” tom 1

http://polskidramat.pl/http://centrumsztukitanca.eu/http://www.przeglad.teatrlalek.wroclaw.pl/http://www.instytut-teatralny.pl/projekty/konkurs-fotografii-teatralnej


Nasz serwis korzysta z plików cookies zgodnie z polityką prywatności i plików cookies [dowiedz się więcej]. Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym lub ich usunięcie możliwe jest po właściwym skonfigurowaniu ustawień przeglądarki internetowej. Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może spowodować utrudnienia lub brak działania niektórych funkcji serwisu. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie.

Zamknij