Przewiń w lewo
Przewiń w prawo
Zwiń
Przegląd
11/2013
Ślady po (nie)obecnym
autor: Joanna Stacewicz-Podlipska
Ślady po (nie)obecnym
foto: Konrad Pustoła

W jednym z wywiadów Małgorzata Szczęśniak powiedziała: „Scenografia jest wtedy dobra, jeśli ma sens i niesie w sobie znaczenia. Można ją jedynie oceniać w kategoriach mądra albo głupia. Natomiast czy jest ładna, czy brzydka, to sprawa drugorzędna. Estetyzacja się starzeje, myśl nigdy”. Potwierdzeniem tych słów, a zarazem najlepszym dowodem odporności myśli na działanie czasu, zdaje się być wystawa, którą do końca sierpnia oglądać można było w Hali Warsztatowej Teatru Nowego. Pojawia się i znika. Archeologia scenografii Małgorzaty Szczęśniak to podróż w świat, z którego wylęgły się niezwykłe, plastyczne wizje, współtworzące jedne z najważniejszych przedstawień ostatnich dekad, a stanowiące dziś już kanon współczesnej polskiej oraz światowej scenografii.


Wyprawa ta, przypominająca ostrożne i pełne skupienia wkraczanie do „biednego pokoiku wyobraźni”, jak swoje artystyczne uniwersum nazywał Kantor, rozpoczyna się na placu przed wejściem do hali MPO – obecnej siedziby Teatru Nowego. W drodze towarzyszy nam audioprzewodnik, zawierający fragmenty wywiadów z artystką, dialogi z przedstawień, teksty napisane przez kuratorkę Aleksandrę Wasilkowską i dramaturga Piotra Gruszczyńskiego, a także muzykę Pawła Mykietyna. Zanim przekroczymy próg tego domu, usłyszymy w słuchawkach pytanie, znane z Kabaretu warszawskiego, o to, czym byłby świat bez teatru. Czy można mieć nadzieję, że w razie przeciągającej się, katastrofalnej „suszy” odrodzi się on jak żabki, w które wierzy Elizabeth Costello z powieści Johna Maxwella Coetzeego?
 

Podczas gdy migotliwa tkanka tekstów, wybranych przez Krzysztofa Warlikowskiego, a wykrojonych tu na potrzeby wystawy, tworzy kolejne piętra znaczeń, gra skojarzeń mapuje „hiperrealną” przestrzeń wokół teatru. „Obiekty znalezione” przybierają tu „kształty utopii”, a ich kontury, rozmazując się, odsłaniają nowe, nasączone dziwnie przekonującym sensem, oblicza. „Mogę więc na wstępie powiedzieć, że nie lubię teatru, jest to przestrzeń zamknięta i klaustrofobiczna – deklaruje Szczęśniak. – Źle się czuję w zamkniętych, małych i ciemnych przestrzeniach. W tradycyjnym teatrze wszystko jest konwencjonalne i ograniczające ze wszech stron możliwości oddechu zarówna dla widza, jak i dla aktora. Jedyny sposób, żeby to zmienić, to zburzyć niepotrzebne granice, stworzyć przestrzenie otwarte, zgodne z rytmem natury i rytmem człowieka. Logika to szaleństwo uporządkowanej abstrakcji. Zaczynam więc od tej idei, by się nie nudzić, nie ograniczać, czuć otwartość przestrzeni, a co za tym idzie – otwartość myśli i idei. Możliwość eksploracji. Możliwość zachłyśnięcia się otwartością przestrzeni, w której rozgrywany jest nasz teatr”.


Przewodnik zaprasza do wejścia. Słyszymy precyzyjne instrukcje, niekiedy miękkie i łagodne, innym razem szorstkie w tonie i stanowcze. Głos zachęca bądź rozkazuje: „a teraz wstań i podejdź do drzwi”, „odwróć się”, „skręć w lewo”, „zdejmuj buty”, „połóż się na materacu”… Choć kategoryczność słów może budzić opór, oczywiste jest, że instruktaż ten to nie przepisy właściwego użytkowania przestrzeni, lecz zachęta do jej pełnego „doświadczania”, a co za tym idzie – zaproszenie do szczególnego rytuału, niemającego nic wspólnego z potocznym rozumieniem „zwiedzania wystawy”. Tak jak w koncepcji Carol Duncan, która zaproponowała pojmowanie muzeum jako przestrzeni rytualnej, tak i w tym wypadku rytuał odgrywają tu sami widzowie, a przestrzeń wystawiennicza gra rolę scenografii. Potwierdzają to słowa przewodnika: „Teatr to nie jest udawanie. On się rozgrywa w tobie”. Kolaż scenograficznych dzieł Szczęśniak występuję tu więc w swej pierwotnej, nienaruszonej funkcji, nadal obecny, w pełni aktywny i (współ)tworzący. To nie aranżacja muzealnych eksponatów, lecz labirynt na nowo tworzących się znaczeń, który „po-ja-wia-się-i-zni-ka”. Spotykamy w nim szereg znanych rozwiązań, tworzących rozpoznawalne struktury świata artystki. Jest piasek z „resztkami realności”, użyty w Fenicjankach Eurypidesa oraz King Kong ze Sprawy Macropulos Janáčka, są manekiny i obiekty w ciągłym ruchu, a także dżungle i „choreografie ścian”. Pojawiają się też słynne „znaki firmowe” Szczęśniak, a więc konstrukcje z pleksi, lustra i szkła, kopiowane dziś bezceremonialnie przez zastępy epigonów. Przywołują one po raz kolejny na myśl rozważania Rolanda Barthesa, który jadąc samochodem i obserwując przez szybę krajobraz, zauważał: „mogę dowolnie skupiać wzrok na krajobrazie i na szybie: raz uchwycę obecność szyby i odległość krajobrazu, drugim razem – przeciwnie – przezroczystość szyby i głębię pejzażu”.
 

Podobnie dzieje się tutaj. Niekiedy wzrok „cumuje u brzegu”, złapany w pułapkę lśniących powierzchni i uwięziony wśród piętrzących się asocjacji, niekiedy zaś „dryfuje” swobodnie, poddając się „rytmowi natury i rytmowi człowieka”. Poszczególne elementy organizacji przestrzeni są raczej odczuwane czy też przeczuwane niż identyfikowane, co zgadzałoby się zresztą z unikalną metodą pracy Małgorzaty Szczęśniak. W jednym z wywiadów artystka przyznała, że w didaskaliach niektórych sztuk zdarzało się jej podkreślać przymiotniki, których wydobycie i zestrojenie pozwalało skomponować nastrój sztuki. „Z tych przymiotników, z takich elementów zmysłowych zawartych w tekście aktorskim, zaczyna się wyłaniać samoistnie jakaś dziwna przestrzeń, może ta sama, którą wyobrażał sobie pisarz w trakcie tworzenia dramatu?” – zastanawiała się w jednym z wywiadów. Wydaje się, że działanie to, faworyzujące przymiotniki w miejsce uprzywilejowanych w tradycyjnej scenografii rzeczowników, znajduje swoje symetryczne odzwierciedlenie czy też dopełnienie w sposobie percepcji dzieł Szczęśniak, które obierają odmienne, „szerokopasmowe” kanały komunikacji z widzem. Sprzyja temu niewątpliwie „wschodnia” z ducha estetyka jej realizacji, odwołująca się do koncepcji „szlachetnej pustki” i rezygnacji z wielosłowia i wszelkiego nadmiaru. Tam gdzie inni kumulują, ona redukuje, pozostawiając, wzorem pejzażystów zen, samą esencję.
 

W sztuce tej nie ma więc miejsca na epatowanie pomysłowością, nie chodzi o element zaskoczenia czy zadziwienia widza. „Teatr wbrew pozorom nie jest sztuczny – przekonuje Szczęśniak – scenograf, reżyser i kompozytor muszą stworzyć przestrzeń, która będzie naturalnym środowiskiem, miejscem, w którym będą żyli ludzie. Jak na obcej planecie”. Widz, składając na niej wizytę, powinien czuć się niezbywalną częścią tego świata, wkomponowaną i wkomponowującą się płynnie w jego struktury. To myślenie, tak typowe dla dzieła Szczęśniak, ma zresztą swoje wieloletnie tradycje, zapoczątkowane przez przedwojennych reformatorów teatru. Eksperymenty takie przeprowadzali już w latach trzydziestych scenografowie współpracujący z uczniem Meyerholda – Mikołajem Ochłopkowem, twórcy teatru Art et Action, a na gruncie polskim także Szymon Syrkus. Po wojnie idea zniesienia podziału między sceną a widownią stała się osią centralną awangardowych poszukiwań, a jej kolejne realizacje obserwować można było w teatrze Kantora oraz w pracach Grotowskiego i Gurawskiego. Scenograficzne światy Małgorzaty Szczęśniak sytuują się na przedłużeniu tych doświadczeń, oferując widzom wniknięcie w organiczną tkankę teatru, która odsłania się tu w swojej najintymniejszej warstwie. W „wyczyszczonych”, aseptycznych przestrzeniach, wśród łazienkowych dekoracji, przypominających o Goffmannowskim rozróżnieniu scen i kulisów „teatru życia codziennego”, dokonuje się ostateczne zniesienie rampy. Należy jednak pamiętać, że na tej „obcej planecie” widz jest jedynie gościem, a jednoczący stan również poddany jest prawu pojawiania się i znikania. Na wystawie przypomina o tym głos przewodnika, kategorycznie żądający od widza, aby natychmiast opuścił teatr. W pamięci pozostaje syntetyczny obraz „archeologicznego stanowiska”, skrywającego zapewne kolejne pokłady znaczeń.
 

Jacques Copeau, jeden z najzagorzalszych wrogów rozbudowanej scenografii, twierdził, że dla jego celów wystarczy goły podest. „Na nasze wezwanie rozgości się tu wszechświat, a te trzy, cztery stopnie starczą, by umieścić w odpowiedniej hierarchii demona, kwiat i bestię, człowieka, jego namiętności i jego bogów” – deklarował. Szczęśniak mówi podobnie: „Całe moje bestiarium. Nadmiar jest tu zbędny. Tu ma powstać przestrzeń, która zmieści małpy, ludzi, żaby, anioły, szpital, zakład pogrzebowy, ogródek warzywny, łazienkę, salę gimnastyczną, most, audytorium, wilka i pustynię”. Wszystko z powodzeniem się zmieściło, otwarte pozostaje tylko pytanie o hierarchię.
 

Pojawia się i znika. Archeologia scenografii Małgorzaty Szczęśniak
koncepcja i projekt wystawy Aleksandra Wasilkowska
wystawa czynna od 12 lipa do 31 sierpnia 2013

Komentarze
W najnowszym numerze
„Teatr. Krytycy” tom 2

„Teatr. Krytycy” tom 1

http://polskidramat.pl/http://centrumsztukitanca.eu/


Nasz serwis korzysta z plików cookies zgodnie z polityką prywatności i plików cookies [dowiedz się więcej]. Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym lub ich usunięcie możliwe jest po właściwym skonfigurowaniu ustawień przeglądarki internetowej. Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może spowodować utrudnienia lub brak działania niektórych funkcji serwisu. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie.

Zamknij